piątek, 7 września 2007

Żółcioburzcy

Pomyślcie sobie o każdym kogo znacie z rocznika lat '70. Tzw. ludzie ok. 40 roku życia. Ludzie, którzy w wieku młodzieńczym widzieli jak upada komunizm itp. szczytne hasła bez znaczenia historycznego. Dzisiaj większość z nich to skończone, zawszone i w rzeczywistości zamknięte w sobie osobniki, które marzą jedynie o tym aby zapewnić sobie własną poduszkę wypchaną kasą po brzegi, aby mogli na nich usadowić swoje tłuste tyłki. Bezkrytyczni, pozbawieni świadomości społecznej, marzący o powrocie do lat młodości, nieważne czyim kosztem. Tacy właśnie osobnicy, wielce niezadowolenie ze swego życia, produkują kolejnych podobnych sobie, a jednocześnie napędzają tych, którzy już w tym wieku są. To się już staje ideologią.





***



Dawno o rodzicielce nie było. A kiedy usłyszałem to co usłyszałem od razu zebrała mi się ochota na pisanie. Ogromna.





***



Siedziałem sobie przed monitorem laptopa tak jak teraz. Czytałem sobie akurat blog który naprawdę mnie zainteresował tj. "Zostałaś zgwałcona", a na który trafiłem całkowicie przypadkowo, nawet nie pamiętam jak. Czytam go sobie i czytam i dopadło mnie ni z tego ni z owego pragnienie. Napicia się czegoś, żeby nie było, że podnieca mnie powyższa tematyka. Powodowany normalnym, fizjologicznym odruchem, skierowałem swe kroki ku kuchni do świeżo zakupionego dzisiaj kartonu z sokiem pomarańczowym, który już wcześniej sukcesywnie popijałem w podobnym co na daną chwilę celu. Dziarskim chodem pokonałem dystans może sześciu czy siedmiu kroków, kiedy zorientowałem się, że natrafiłem na rozmawiającą przez komórkę Elżbietę. Nawet nie wiem z kim rozmawiała. I usłyszałem ciekawe słowa: "...właściwie to jestem w stanie po wypadnięciu dwóch dysków dwa dni temu..." Dziękuję za informację, obywatelu RP Elżbieto Domagało. Wsadź sobie te kręgi... na miejsce. Sama.





***



Teraz pierwotna przyczyna notki, czyli dzisiejsza lekcja polskiego. "W Chałupie" W okna chałupy, zwrócone Ku chmurnej stronie zachodu, Bije i bije szaruga. A kropla deszczu za kroplą Wsiąka przez szybę stłuczoną, Którą zapchano szmatami. Snadź to ostatki sukmany, Bo skrawek, zewnątrz wiszący, Tedy owedy drucianym O szkło zaskrzypi haczykiem. Wicher szparami wciąż wieje, Że liść geranii i laku, Co w poszczerbionych doniczkach Na zgniłej stoją poręczy, Gnie się i razem z szarugą, Ze skrawkiem starej sukmany I z kroplą deszczu, sączącą Zlewa swe dreszcze w dysonans Nędzy. Na stole, w łyżce blaszanej Podpartej cegły odłamem, Pali się knotek, zasycan Kawałkiem świeżej okrasy, I rzuca mdławe światełko W zmrok zadymionej izdebki. W kącie, przy ścianie zapadłej, Na butwiejącej przyciesi Łyżnik o barwie brunatnej I o zębatej fasadzie: Na nim talerze gliniane, Dzbanek i garnki z żelaza, W połowie sadzą pokryte. Na ziemi woda we wiadrze O zardzewiałych obręczach I drwa, rąbane na jutro, Tworzą z łyżnikiem i knotkiem, Z garnkiem i miską dysonans Nędzy. Na ławie, wąskiej a długiej, O nogach górą zwężonych, Ślady spożytej wieczerzy: Kartofel łokciem zgnieciony, Szare łupiny, solnica I na dnie misy czerwonej Resztki zgęstniałej polewki. W małym piecyku żelaznym Tleją się jeszcze iskierki, Przez szpary kręgów złocistym Zabłysną czasem promykiem I żółte światło poleją Na mąką zaschły żurownik I na zmoczone pończochy, Które się suszą u brzegu. Oto je podmuch w tej chwili Rozszerzył w język płomienny, Gwiżdżąc w kominie dysonans Nędzy. Przy piecu starsza kobieta: Włos czarny, krótko ucięty, Zza błękitnego zawoju Na skroń się białą wysuwa, Powieki na dół spuszczone, Broda na piersi obwisła I ręce skryte pod fartuch. Tedy owedy, gdy wicher Głośniej zadzwoni o szyby, Budzi się z drzemki i oko To rzuci ku drzwiom zamkniętym, To znów, gdy słoma zachrzęści, Błyśnie z ukosa w kąt izby, Aż czoło w fałdy się zwęża. Oko niebieskie, ostatnią Paląc się jeszcze pięknością, Tworzy z tołubem wybladłym I z lic bruzdami dysonans Nędzy. Pod strzępem kołdry, na słomie, Zasłanej zgrzebnym płachciskiem, Szesnastoletnia śpi dziewka, Łokieć wsunęła pod głowę, Że aż koszula opadła Z wypełniającej się piersi. Ze stołu spływa żółtawy Tłuszczowej lampy promyczek I koralowe policzki Okrasza jeszcze różowiej . Czasem się w lekkim uśmiechu Rozszerzą wargi czerwone: Śni o paniczu z fabryki, Co ją ukradkiem pochwycił I udo przycisnął kolanem. Patrzaj! ten uśmiech i sen jej, I pierś namiętnie wydęta Łączą się w smutny dysonans Nędzy. Jan Kasprowicz Taki oto wiersz dostaliśmy do interpretacji na rozgrzewkę. Nasza zdolna klasa oczywiście w mig odgadła czego należy szukać aby zdobyć punkty- naturalizmu, elementów stylizacji, wyobrażeń, obecności świeczki i braku elektryczności i widma nędzy... duchowej. Aż dziw mnie wziął nie z tej ziemi, że moja nowa nauczycielka, mgr Kędra Aleksandra nie mówiła nic o rzeczywistej nędzy, nędzy jak najbardziej namacalnej, albo i nienamacalnej tak jak nienamacalny jest nieobecny chleb, pełny garnek czy chociażby częściowo zapełniony. No bo po co? Przecież człowiek w pierwszej kolejności żyje poezją, teatrem, nauką, postępem, modą i zdrowiem. Nie ma tak dobrze.





***



Aż się prosi o Abrahama Maslowa! Piramida potrzeb jaką stworzył jest naprawdę jedyną odpowiedzią na taki a nie inny stan rzeczy. Dlaczego? Bo nie jestem zwolennikiem wczuwania się w pozycje autora piszącego dany tekst i rzekomo w ideologie jaka mu przyświecała, czasy w jakich żył i biografię jaką miał na karku. O wiele ważniejsze są wnioski, które dać nam mogą czasy współczesne- czasy fizyki molekularnej, biotechnologii, inżynierii genetycznej, psychologii i socjologii. Szczególnie, że jedynie następuje marnowanie czasu kiedy nie dochodzi się do naprawdę pomocnych wniosków, które zaoszczędzają bardzo wiele wysiłku, energii i czasu. Dla mnie bezwartościowe jest gadanie o interpretacji, jeżeli wniosek jest beznadziejny. Tak już miałem z Raskolnikowem, z Rzeckim i Wokulskim, tak było z Tomaszem Judymem- wszyscy maksymalnie spłyceni lub uogólnieni. Opisani, ale tylko fizycznie. Procesy jakie nimi targały, syndromy, zespoły, zasady... wszystko to co się na nich składało. To, co było wypadkową nie tylko bohatera literackiego, ale wręcz namacalnego człowieka ze wszystkimi jego doskonale sparowanymi cechami, zarówno pozytywnymi jak i negatywnymi. To jest dopiero głębia postaci.





***



Tytuł notki mówi sam za siebie. Nowy dział notek zostaje oficjalnie powołany do życia. "Żółcioburzcą" może zostać wszystko i każdy. Wystarczy mnie zdenerwować swoją skromnością w prezentowaniu inteligencji.





***



Udało mi się wypisać. Spisałem to co chciałem. Dalej już nie piszę, tylko lecę do "Chłopów" tomu pierwszego oraz z Magdą pomówić bo szaleje mi ostatnio, a ja wraz z nią :P.



Pozdrawiam krogulczas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz