poniedziałek, 13 października 2008

Jedna z obiecanek

Słowo się rzekło.

***


Ja i komunikowanie

Gdybym powiedział, że odczuwam pilną potrzebę, mógłbym zostać różnie zrozumiany. Mógłbym równie często spotkać się z aprobatą, jak i z dezaprobatą, mógłbym otrzymać pomoc od moich przyjaciół, jak i od zupełnie obcych ludzi. Mógłbym zostać zaatakowany, mógłbym otrzymać nagrodę fundowaną przez bliżej mi nieznaną osobistość. Jest to zdanie na tyle wyrwane z kontekstu, że może oznaczać wszystko. Nie jest w żaden sposób definiowane przez żadne wewnętrzne czy zewnętrzne czynniki. Zapewne nawet dla fizyka kwantowego, powyższe zdanie łatwo mogłoby się stać pretekstem do ciekawego eksperymentu myślowego. Ja może fizykiem nie jestem, lecz na pewno zgadzam się z teorią chaosu, wg której wszystko jest możliwe - od tego, że, dajmy na to, mój komputer w każdej chwili może się rozgrzać do temperatury zbliżonej do temperatury odnotowanej na Słońcu po temperaturę bliską zeru bezwzględnemu. Na takiej samej zasadzie, nie wiem jak odbiorca mojego komunikatu może się zachować. I tu zaczyna się moja zabawa z komunikacją i komunikowaniem.
Istotnie, komunikowanie z innymi ludźmi uszczęśliwia mnie. Myśl o tym, jak na moje słowa zareaguje mój rozmówca czy czytelnik, pobudza mnie do aktywności. Wychwytywanie spośród setek pytań formułujących się w umyśle zaledwie w ciągu ułamków sekundy akurat tego, które może pomóc mi w rozmowie, w odczycie danych o drugiej osobie i przekazywanych od drugiej osoby, pobudza mnie do działania. Kiedy jestem pobudzony do działania, odczuwam autentyczną radość. A kiedy jestem zadowolony rozmową, mam ochotę działać dalej- analizować i syntezować, wyłuskiwać i ignorować, dociekać i zbywać, czuć, współczuć, współodczuwać, myśleć. Kiedy próbuję odgadnąć co myśli druga osoba, czuję się tak, jakbym przewidywał przyszłość. Nie jest to jakiś wielki wyczyn, bo mówimy tu wszakże o najbliższych sekundach czy minutach, a ponadto te przewidywanie są bardzo szybko weryfikowane – właśnie poprzez odpowiedź współrozmówcy.
Czyżby bardzo specyficzne perpetum mobile? Rozmawiam, bo czuję się szczęśliwy, a kiedy czuję się szczęśliwy, to rozmawiam? Można chyba tak to podsumować. Każdą rozmowę dokładnie analizuję – gdzieś tam głęboko w podświadomości, ale proces ten istotnie zachodzi. Wiem, że ten proces ma miejsce, bo z każdej wymiany zdań wyciągam wnioski o bliższym lub dalszym zasięgu.
Komunikując się, nie wiem jaki będzie efekt moich językowych zabiegów. Rozmowa- coś, co wiele osób czyni automatycznie, mnie dostarcza niesłychanej liczby bodźców. Swoją wiedzę o kulturze języka, o mowie ciała, o prajęzyku, o empatii poszerzam już od dobrych kilku lat. I też jest to dla mnie, jak można łatwo się domyślić z dotychczasowego toku myślowego, zabawa.
Lecz coby takie podejście nie wydało się nazbyt prędko lekkodusznym, warto nadmienić, że każda próba komunikacji jest jednocześnie wyzwaniem, i tak naprawdę cały proces sprostania oczekiwaniom drugiej osoby (czasem grupy osób), obserwowanie wstępu, rozwoju i ewaluacji procesu komunikacyjnego, który potocznie nazywamy rozmową, jest tak naprawdę źródłem przyjemności jaką odczuwa umysł. Wychodzę z założenia, że umysł ćwiczony to umysł szczęśliwy, a umysł szczęśliwy to człowiek szczęśliwy. Jeżeli więc rozmowa jest w stanie dostarczać takiej dawki emocji, czyż nie warto doprowadzić sztuki rozmawiania na szczyty ku własnemu zadowoleniu? Moim zdaniem, to właśnie udana rozmowa i sprawne komunikowanie się jest receptą na satysfakcjonujące życie.

wtorek, 7 października 2008

Choroba piękna, choroba przeklęta

Nie dane mi będzie wiedzieć, które powiedziało „tak” dla nich jako pierwsze. Wiem tylko, że padło zaledwie trzy lata temu. Chociaż i tu nie ma absolutnej pewności, powodowanej brakiem danych.
Piękne zjawisko. Oboje zakochani na zabój. Jedno drugiemu przychyliłoby nieba, drugie pierwszemu, coby dłużnym nie pozostać, złożyłoby cały świat u stóp.
On pięćdziesiąt cztery lata, a ona czterdzieści. Nie dane mi będzie wiedzieć, jakie mieli plany. Mogę jedynie stwierdzić, że były wielkie. Odnośnie reszty, nie skolekcjonowałem dostatecznej ilości informacji.
Pewnego dnia, on się przeziębił. Łykał leki takie, jakich potrzebował. Ale nie pomagały. Miał potworne kłopoty z kaszlem. Wtedy pojechali do szpitala.
Nie dane mi będzie wiedzieć, kiedy stwierdzili, że nie można go uleczyć. Stwierdzili, że nie będzie mógł oddychać, bo nie może odkrztuszać. Udusi się. Umrze.
Była u mnie. Codziennie od trzech miesięcy przyjeżdża do niego. Dzień w dzień, bez dnia przerwy. Teraz ja zamieszkałem w Łodzi, więc poproszono mnie, abym ją przenocował. Zapytała mnie, czy mam telewizor, bo jak coś, to ona ma jeden w samochodzie. De facto, ona w tym samochodzie mieszka.
Tutaj przypominam sobie chwilę, w której ona pokazała mi filmik z nim w roli głównej. Zrobiony na telefonie. „Nie, to niemożliwe. Nie zrobiłaby tego”. Zrobiła. Film po filmie, cztery nagrania, może po jakieś dwadzieścia sekund każde. A on... on tam po prostu był. Ćwiczył i był na masażu (ona pochlipywała). Było też nagranie, jak wyglądał parę miesięcy wcześniej. Warto powiedzieć, że tylko na tym ostatnim nagraniu go słychać. Jedno, może dwa słowa. Nawet nie wiem jakie, bo nie dosłyszałem (a jej głos jej drżał). Od czasu pobytu w szpitalu, on nie może mówić, bo zrobiono mu tracheotomię i przez nią ma doprowadzoną rurkę z tlenem bezpośrednio do płuc, a to są jedynie słowa jakie ona od trzech miesięcy może usłyszeć.
Potem pokazała mi zdjęcia, przeskakując szybko od jednego do drugiego, tak jakby mógł uciec. Płakała, gdy widziała kolejne zdjęcia. Spał na jednym z nich.
-Zobacz jaki on piękny, spójrz jak on pięknie śpi, mój najsłodszy, najmilszy, kochany... Czemu jemu to się przytrafiło, czemu nas to spotkało? Mojego Wojtusia.
Wybucha. Emocjami. Na płacz, zawodzenie, szlochanie nie ma już sił. Jest przemęczona. Czuję to.
Przeprosiłem i poszedłem po chusteczki. Dla niej. Objąłem ją ramieniem. Podawałem jedynie kolejne chusteczki. To było jedyne co mogłem zrobić. Jej też nic poza płaczem w takiej sytuacji nie zostało. Żaden lekarz nie mógł jej pomóc, bo jego choroba nie jest uleczalna.
-Całe życie na niego czekałam, całe życie czułam, że przy każdym facecie zapala się żółte światło. Przy nim momentalnie zapaliło się zielone.

Nie jestem w stanie dobrze oddać wszystkich nagromadzonych uczuć, pojedynczych emocji i wszelkich nagromadzonych myśli. Dzielę się nimi teraz, bo najpierw chciałem przemyśleć, w jakiej formie można by zawrzeć tak przepełnione zarazem miłością, jak i rozpaczą doświadczenie. Dziękuję tej, która powierzyła mi swoje uczucia w dzień moich urodzin. Ja traktuję to jako podarunek. Ona o tym nie wie, bo teraz dopiero tak to odczuwam i doceniam. Nauczyła mnie tego dnia wiele o miłości... dużo więcej, niż na swój wiek byłem w stanie przyjąć.

niedziela, 5 października 2008

O moim jubileuszu

... który mija już za niecałe 10 minut, tak jak co roku mijał. Dzisiaj mija po raz 19. z rzędu :).
Wrzuciłbym zajebisty tekst jaki napisałem na zajęcia z komunikacji społecznej... ale się wstrzymam. Pozdychaj z ciekawości, czytelniku, kiedy będziesz pić me zdrowie ;).

sobota, 4 października 2008

O rolowaniu

Ach, stare piękne czasy, kiedy zapuszczam sobie muzyczkę, siadam z czymś do jedzenia (w tym wypadku 1/4 czteropaku jogurtowego od danona) i zaczynam pisać. I wysypuje mi się klawiatura, która uparcie twierdzi, że moim językiem urzędowym jest 214 wersja polskiego. Ale mniejsza.
Jak już wspomniałem... Ach! Stare piękne czasy! Nickelback "Too bad" w tle, coś jeszcze zdatnego do jedzenia, wolna chata... I zaczynam pisać!
Na dzisiejszą notkę miałem pomysł wczoraj. Miałem nawet pomysł, aby ją wczoraj spisać, ale... zbytnio się rozmarzyłem podczas kąpieli. A potem to już nic mi się nie chciało...
(o, "Out of the silent planet"...)
... i zakończyłem wieczór snem.

Po tym oto wstępie czas najwyższy przejść do meritum, do sedna, do tego nie owiniętego w bawełnę (zastanawialiście się kiedyś, co owijamy w bawełnę?), do notki. (Czas najwyższy... ale z drugiej strony- czy czas może osiągnąć najwyższy stan, skor w swej naturze, nieskończenie przemija?)
Wczoraj oto zostałem wyrolowany. Trzykrotnie. W przeszłość, teraźniejszość i tak na przyszłość. Chronos się domaga, więc zacznijmy od tej, co ma pierwszeństwo.

Pani Iwona. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Łódzkim, lat nie za dużo, zmarszczek też jeszcze mało. Umówiłem się z nią. A i owszem, właśnie tak. I ona pierwsza mnie wyrolowała. Umówiłem się z nią w odwrotnej kolejności, niż spodziewana, bo osobiście na telefon.
Pani Iwona miała mi dać znać, czy uda się przełożyć zajęcia grupy przygotowującej się do egzaminu CAE w trybie rocznym z poranków wotrkowych i czwartkowych (kiedy to jest mi wybitnie nie na rękę)na poranki poniedziałkowe i środowe (kiedy zdąże się wyspać, obudzić, pójść pouczyć, wrócić, a nawet ponownie wyspać). To było w środę. Dzwonię do mej wybranej przez los/sekretarkę i słyszę:
-Proszę mi dać 15 minut.
Te 15 minut obchodzi dzisiaj 1/91,25 rocznicy (to oznacza, że już za 361 dni będzie można mówić o rocznicy!).

Rolowanie teraźniejsze ma nieco inny przebieg. Ktoś na bieżąco robi z Ciebie idiotę. I używa do tego garnków dużych, średnich i małych, jednej patelni oraz rondelka.
Wspomniałem parę dni temu o spaleniu garnków, prawda? Otóż wczoraj je zabrano do obejrzenia w biurze wynajmujących nam mieszkanie. Na taką komisję pojechały. Komisja stwierdziła co następuje, a opinię przekazała przez telefon słowami następującymi:
-Wie pan co, to nie jest przypalenie. Taka po prostu jest woda w Łodzi.
-Proszę pani, z Radomska dostarczono mi inne garnki. I one nie przypalają się od jednego gotowania wody. To nie jest kwestia wody, ale materiału.
-A bo widzi pan, garnki emaliowane mogą inaczej reagować. A my w Łodzi mamy po prostu taką, a nie inną wodę.
Myślę sobie "Chuja macie".
-Czy mamy zakupować nowe garnki?
-A będą tak samo chujowe? Proszę poczekać, naradzę się z koleżanką.
"Bla bla" z Olką o tym, że nas rolują.
-Nie, nie chcemy nowych, chujowych garnków.
-Doskonale! W takim razie proszę podskoczyć kiedyś do naszego biura, a my wspólnie wykreślimy je z protokołu...
No żeby mnie tak rolować. No ludzie.

O. Jeszcze przyszłość. Na przyszłość zostałem wyrolowany w prosty sposób- będę nocował koleżankę mojej mamy, która przyjeżdża do chorego meżą w szpitalu. Miała dzwonić ok. 12.30... ale chyba jej się cyferki przestawiły... i zadzwoniła o 21.30. "Se miałem wolną chatę" myślę. Zgodziłem się, pewnie. Do diabła z tym, że ją nocuję, bo mi to kompletnie nie rzutuje. Myślałem po prostu egoistycznie, że może jednak zwątpiła, i że dzisiejszy wieczór będzie całkiem fajną wigilią dnia moich urodzin. Ale jednak nie.

Tak mówiąc o tym rolowaniu, przypomniała mi się pewna zabawna, tegoroczna akcja znad morza... Ale o tym może w następnej notce.

czwartek, 2 października 2008

O pierwszych nadziejach

Mukashi, mukashi ostatnim razem czułem się tak jak dzisiaj. Autentycznie czuję podekscytowanie tymi studiami. Co z tego, że przetrenowałem mięśnie zlokalizowane w okolicach lewej pachy (takich mściwych mięśni to ja jeszcze nigdy nie czułem), że właśnie puszczam sobie wodę w wannie, bo inaczej ich nie rozgrzeję? Co z tego, że straciłem już okazję na dodatkowe punkty na komunikacji społecznej, bo już się na nie spóźniłem? Cóż mi po tym, że wiąże się to automatycznie z utratą 2,5 punkta (ze 100 przewidzianych)? Czy jest coś dziwnego w tym, że wróciłem nieżywy do domu, ale za to z książką, która już teraz daje mi możliwość przeanalizowania wczorajszego spotkania? Co z tego, że dzisiaj miałem cztery wykłady?
Dzisiaj poczułem się jak ryba w wodzie. To jest właśnie to!
Bałem się o historię stosunków międzynarodowych, ale wygląda na to, że obejmuje okres z lat 1815-1939 na obecną chwilę, a to oznacza dla mnie dar niebieski, że nie trzeba będzie przechodzić przez całą historię świata od prapoczątków. Z dużą dozą optymizmu podszedłem do historii dyplomacji polskiej (de facto, takiej historii polskiej), oraz do podstaw stosunków międzynarodowych (de facto, takiej politologii)... i słusznie! Kolejni świetni wykładowcy, obaj wypuścili nas po 45 minutach. Ten pierwszy, bo miał tak wyznaczone zajęcia, że kolidowały z inną grupą w tym samym czasie, ten drugi, bo stwierdził, że nie ma nam już nic więcej do powiedzenia :D.
Jestem zbyt podekscytowany tym, co się dzisiaj wydarzyło, żeby pisać jakoś spójnie. Pardon zwyczajnie. Lipa, że będę potrzebować intensywnie dostępu do drukarki, bo pierwsza praca już zapowiedziana, i do oddania za tydzień ;). Możliwe, że sobie jeszcze do niej dzisiaj siądę... jak tylko nie będzie mi zbyt dobrze :D.

No. A teraz powiem tylko jedno- it is a good day to take a bath ;).

środa, 1 października 2008

O stosunkach międzynarodowych

Słowo się rzekło, podanie sie złożyło... mieszkanie się wynajęło. Ameryka, Kanada, Hiszpania, Norwegia- póki co z tymi krajami się wstępnie zintegrowaliśmy razem z Olgą.

To był planowany przypadek- kupiliśmy ciastka w Tesco dwa dni temu, poszliśmy dzisiaj :P. A gdzie poszliśmy? Obok. Do mieszkanka obok, i piętro niżej. Obok- Texas i Kanada. Piętro niżej- Nowy Jork i Toronto.
(I szisza. Ale za to jaaaka. Wysoka, na oko 140-150 cm, obrotowa, z cybuchem dwukrotnie większym od mojego XD. Rozpalana moim węglem [PL], tytoniem Benjamina [NY])
I teraz, robi się cieplej. Szisza w ruch, i jak na boski znak wprost z Niebios- międzynarodówka. Multum ludu z całego świata. Chciałbym szpanersko powymieniać ich z imienia, jak Ciechowski w "Białej Fladze", ale niestety pamięci do imion nie mam :). Wiem, że jest Ben (wspomniany Nowojorczyk). Wiem, że jest Ruby (Toronto). Wiem, że jest chyba jakaś Hinduska, która wychodzi za parę miesięcy za mąż.
Rozmowa, muzyka, faja wodna, trochę poszukiwań na google maps gdzie mamy nasze wydziały. Pomogliśmy im nawet zlokalizować najbliższą siłownię :).
A potem było ich jeszcze więcej! "No nie dam se rady" pomyślałem, jak tylko narzucili tempo rozmowy. Ale dawało radę, z czego jestem nadzwyczaj zadowolony.
I potem znowu: rozmowa, muzyka, faja wodna. Naprawdę świetny wieczór i świetni nowi znajomi. Znowu czułem się "tym najmłodszym szczeniakiem pośród studentów", ale przynajmniej sam jestem studentem. I to się liczy :).
I chociaż towarzystwo zwinęło się już ok. 21, to i tak było to aż nadto. Uwierzcie mi, że brzuch potrafi nieźle od nadmiaru fajki rozboleć ;).

A tutaj drobny upominek od my flatmejt, Olgi:





Się zakochała :D. Te filmiki zrobiły furorę dzisiejszego wieczoru. Następnym razem pokażę im w ramach rekompensaty Waverly Films :D.
Dzisiaj za to walę już w kimę. Jutro pierwsze wykłady, biczys!

P.S. O! I do wszystkich, którzy twierdzą, że dymem z fajki wodnej nie da się puszczać kółek! You rascals! Da się! Dwóch puszczało kółka, o!
P.S.2. Notki-fotki z wakacyjnych wydarzeń odkładam na weekend. Wtedy wbiję sobie na stałe łącze w pokoju obok, i tylko będę sie zastanawiał- czy te drobne reportażyki przyprawią o ból brzucha, policzków, głowy, czy wszystkiego jednocześnie :).