Ach, stare piękne czasy, kiedy zapuszczam sobie muzyczkę, siadam z czymś do jedzenia (w tym wypadku 1/4 czteropaku jogurtowego od danona) i zaczynam pisać. I wysypuje mi się klawiatura, która uparcie twierdzi, że moim językiem urzędowym jest 214 wersja polskiego. Ale mniejsza.
Jak już wspomniałem... Ach! Stare piękne czasy! Nickelback "Too bad" w tle, coś jeszcze zdatnego do jedzenia, wolna chata... I zaczynam pisać!
Na dzisiejszą notkę miałem pomysł wczoraj. Miałem nawet pomysł, aby ją wczoraj spisać, ale... zbytnio się rozmarzyłem podczas kąpieli. A potem to już nic mi się nie chciało...
(o, "Out of the silent planet"...)
... i zakończyłem wieczór snem.
Po tym oto wstępie czas najwyższy przejść do meritum, do sedna, do tego nie owiniętego w bawełnę (zastanawialiście się kiedyś, co owijamy w bawełnę?), do notki. (Czas najwyższy... ale z drugiej strony- czy czas może osiągnąć najwyższy stan, skor w swej naturze, nieskończenie przemija?)
Wczoraj oto zostałem wyrolowany. Trzykrotnie. W przeszłość, teraźniejszość i tak na przyszłość. Chronos się domaga, więc zacznijmy od tej, co ma pierwszeństwo.
Pani Iwona. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Łódzkim, lat nie za dużo, zmarszczek też jeszcze mało. Umówiłem się z nią. A i owszem, właśnie tak. I ona pierwsza mnie wyrolowała. Umówiłem się z nią w odwrotnej kolejności, niż spodziewana, bo osobiście na telefon.
Pani Iwona miała mi dać znać, czy uda się przełożyć zajęcia grupy przygotowującej się do egzaminu CAE w trybie rocznym z poranków wotrkowych i czwartkowych (kiedy to jest mi wybitnie nie na rękę)na poranki poniedziałkowe i środowe (kiedy zdąże się wyspać, obudzić, pójść pouczyć, wrócić, a nawet ponownie wyspać). To było w środę. Dzwonię do mej wybranej przez los/sekretarkę i słyszę:
-Proszę mi dać 15 minut.
Te 15 minut obchodzi dzisiaj 1/91,25 rocznicy (to oznacza, że już za 361 dni będzie można mówić o rocznicy!).
Rolowanie teraźniejsze ma nieco inny przebieg. Ktoś na bieżąco robi z Ciebie idiotę. I używa do tego garnków dużych, średnich i małych, jednej patelni oraz rondelka.
Wspomniałem parę dni temu o spaleniu garnków, prawda? Otóż wczoraj je zabrano do obejrzenia w biurze wynajmujących nam mieszkanie. Na taką komisję pojechały. Komisja stwierdziła co następuje, a opinię przekazała przez telefon słowami następującymi:
-Wie pan co, to nie jest przypalenie. Taka po prostu jest woda w Łodzi.
-Proszę pani, z Radomska dostarczono mi inne garnki. I one nie przypalają się od jednego gotowania wody. To nie jest kwestia wody, ale materiału.
-A bo widzi pan, garnki emaliowane mogą inaczej reagować. A my w Łodzi mamy po prostu taką, a nie inną wodę.
Myślę sobie "Chuja macie".
-Czy mamy zakupować nowe garnki?
-A będą tak samo chujowe? Proszę poczekać, naradzę się z koleżanką.
"Bla bla" z Olką o tym, że nas rolują.
-Nie, nie chcemy nowych, chujowych garnków.
-Doskonale! W takim razie proszę podskoczyć kiedyś do naszego biura, a my wspólnie wykreślimy je z protokołu...
No żeby mnie tak rolować. No ludzie.
O. Jeszcze przyszłość. Na przyszłość zostałem wyrolowany w prosty sposób- będę nocował koleżankę mojej mamy, która przyjeżdża do chorego meżą w szpitalu. Miała dzwonić ok. 12.30... ale chyba jej się cyferki przestawiły... i zadzwoniła o 21.30. "Se miałem wolną chatę" myślę. Zgodziłem się, pewnie. Do diabła z tym, że ją nocuję, bo mi to kompletnie nie rzutuje. Myślałem po prostu egoistycznie, że może jednak zwątpiła, i że dzisiejszy wieczór będzie całkiem fajną wigilią dnia moich urodzin. Ale jednak nie.
Tak mówiąc o tym rolowaniu, przypomniała mi się pewna zabawna, tegoroczna akcja znad morza... Ale o tym może w następnej notce.
sobota, 4 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz