sobota, 13 grudnia 2008

Święta

Flatmejtek nie ma w domu, więc szaleję, jak dawno nie szalałem. Odpoczywam sobie.
Jakkolwiek mieszkanie z dwoma pięknymi paniami ma swoje zalety, takowo czasem dobrze facetowi robi odpoczynek od płci pięknej. Taki czas dla siebie. Robi się to, co się lubi: gotuje, śpi, ogląda filmy edukacyjne, śpi, czyta, śpi. W międzyczasie kąpiel z gazetką w dłoni. A na kolację parówki na zimno. Z chlebem z masłem. I kawa. I keczup.

Niecodziennie zdarzają się codzienne dni.

***


Od jakiegoś czasu nosiłem się z uporządkowaniem tego miejsca. Trochę się tu pozmieniało. A wszystko dzięki sprytnemu Bloggerowi. Gdybym miał to wszystko pisać w htmlu... chyba bym to zrobił. Na całe szczęście, trochę javy jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

P.S. Jestem zauroczony. I poszukuję pracy. I sesję organizuję. W ogóle sesja idzie. Z wrażenia, lepiej już pójdę się ogolić.

cmok cmok

czwartek, 11 grudnia 2008

Zakapturzony uczony

Zasadniczo nie jestem osobą, która lubi wdawać się w uczone dysputy z mężami stanu, kultury i nauki. Nigdy nie byłem również zwolennikiem rozwiązań siłowych wszelkich sporów. Jestem osobą mało konfliktową.
Dlatego nie wiem co odpowiem dwóm zgolonych uczonym, kiedy stanę wobec dylematu o naturę mej egzystencji, kiedy ci uczeni zadadzą mi pytanie: Widzew czy ŁKS?

Pomóżcie.

Coby wspomóc nie tylko mnie, ale także wielu innych szacownych, mało konfliktowych obywateli, dobrze by było stworzyć encyklopedię trudnych dylematów natury egzystencjonalnej. I udzielić możliwie skutecznej odpowiedzi. Liczę na was :).

środa, 10 grudnia 2008

Krogul Prisonbreak

Zaczęło się polowanie na moje życie. Jako z Matrixie, maszyny powstały przeciw swym panom. I mnie.

***


Najlepiej zacząć od wczoraj. Wczoraj jest zawsze cudownym terminem, no, może poza "od poniedziałku". Ale w tym wypadku zaczęło się wczoraj.
Pamiętam, że wychodziłem z wykładu geografii politycznej i ekonomicznej. Był to fascynujący czas. Nie pamiętam tylko dlaczego, bo obudziłem się dość gwałtownie pod koniec zajęć. Brać zdecydowała się opuścić budynek nietypową drogą: skrótem. Skrót polegał na wyjściu bramą prosto na ulicę, zamiast wić się oficjalnym korytarzem buk wie ile. Wystarczyło tylko minąć taką podnoszącą się automatycznie zaporę dla samochodów i jest się na zewnątrz.
Tyle, że ta zapora, ta rogata maszyna, zapolowała na mnie. Podniosła się równiez gwałtownie co niespodziewanie w momencie, gdy wymijałem ją będąc skierowany bokiem do kierunku marszu, a brodą do samego wynalazku. Widocznie coś się akurat wtedy jej nie spodobało, że mnie, idącego jako ostatniego, musiała rytualnie zdzielić po brodzie prawym sierpowym oddolnym. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.
Następne były łyżwy. Te już dzisiaj. Miało ich jeszcze długo nie być, ale... flatmejt się zgodziła.

ONA: Pojeździłabym sobie na łyżwach (raz w manu była i myśli, że świeci)
JA: Tak sobie myślę... Flatmejt, masz zamiar się uczyć?
ONA: Nie... nie!
(po chwili)
ONA: Czekaj chwilę, sprawdzę łyżwy.

Pierwszy raz miałem na nogach łyżwy, pierwszy raz tak boli mnie ręka i tyłek jednocześnie od upadania przodem i tyłem, na wznak, na linię i interlinię, wreszcie na bok i punkt. Było kilka niebezpiecznych dla mojego życia okoliczności losowych, jak chociażby inne łyżwy na nogach innych łyżwiarzy. Naturalnie pozostawiłem po sobie na lodowisku gustownego orzełka. Ponownie, tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.

Wracam z łyżew z flatmejt. Jedziemy dziewiątką, bo nas pod dom ma wysadzić, ale najpierw zatoczy piękne kółeczko, a po drodze mijamy właściwie nasze mieszkanie o jedną przecznicę.

(tram stanął na przystanku)
JA: Matejki. Wysiadamy może?
ONA: Okej.

Wstaliśmy. Podeszliśmy do otwartych drzwi. Ja, jako cham i prostak, wysiadam pierwszy, coby później pomóc flatmejt wysiąść. A bynajmniej spróbowałem wysiadać, bo ostatecznie musiałem wyskoczyć. Albo skok, albo zmiażdżenie przez zamykajce się drzwi. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.

I ja tak sobie myślę, że ja się doskonale obejdę bez tej całej technologii. Żadnych skrótów- po prostu pójdę tam, gdzie trzeba i jak długo trzeba. Żadnych łyżew- buk dał mi stopy, nie łyżwy. Żadnych tramwajów- zdrowiej jest się przejść. Z chodzeniem sam ze sobą mam duże doświadczenie i czas je wykorzystać. O ile chcę dożyć następnego dnia rzecz jasna.

A teraz w końcu idę na zasłużony sen. Pobudki o 7.15 to jest to, co małe krogule lubią najbardziej. Mrau.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Rammstein, Wenecja i ocalenie

Przyznam się do czegoś. Odkryłem, czym jest Rammstein.

Zaczęło się od niewinnej podróży, chyba do Wenecji. Muszę przyznać, że samo miasto zrobiło na mnie takie wrażenie jak na Japonię kolejne tsunami- ot miasteczko dziwów nad dziwy, które jakimś cudem wciąż jest zalane, wciąż śmierdzi. I wciąż Wenecjanie są z tego trwania w zawieszeniu pomiędzy wodą, ziemią a niebiem zachwyceni.
Skąd w Wenecji taka odmienność, takie zamiłowanie do wody, mimo że jest ona naprawdę kategorii co najmniej poniżej krytyki. Jak kto lubi, lecz jak powiada pewne starogreckie przysłowie: "eureka!". Otóż nasuwa mi się tylko jedno wytłumaczenie: są z Marsa.
Zauważmy, że system kanałów, którym Wenecja tak się szczyci, jest żywym odzwierciedleniem systemu nawadniania kanałowego znalezionego na Marsie przez pana Angelo Secchi (Włocha zresztą, całkiem nieodlegle od Wenecji zrodzone, chociaż w Rzymie wykształconego). Jego racji dowiódł Giovanni Schiaparelli (tak tak, kolejny Włoch), potwierdzając użycie słowa "kanał". Po prostu chcieli nieśmiało przedstawić swoje dziedzictwo. No bo czemu innemu te kanały miałyby służyć?
Miał nawadniać planetę. Jest to system niebanalnie rozbudowany, bo obejmuje sporą część marsjańskiego globu. Gdzie się nie spojrzy- tam kanał. Warunki klimatyczne widocznie zmuszały naród Marsjański do bytowania w warunkach zbliżonych do starożytnego Egiptu i podobnego do nich działania w tymże ciężkim, suchym i gorącym klimacie.
Niestety, Marsjanie nie byli w stanie oprzeć się żywiołowi pustyni. Sezonowe wylewy rzek zasilanych z topniejących lodowców na biegunach planety nie wystarczały dla rozwijającej się populacji. Cóż im po rozwoju, jak nie byli w stanie przeżyć? Dlatego zdecydowali się uciec, wdrażając w życie opisany przez japońskiego naukowca i artystę Yasuhiro Nightow, program "Seeds" (z angielskiego "ziarna", z marsjańskiego [luźna parafraza] "adios frajerzy, schnijcie równomiernie") który w swej pracy pt. "Trigun" zaprezentował historię tegoż programu od odliczania, przez problemy z ludzkimi elektrowniami atomowymi po katastrofę i nieomal zupełne unicestwienie całego programu.
Wiadomo jest, że naród marsjański miał zostać podzielony na dwie floty, niezależnie przemierzającego Kosmos. "Rammstein I" - pierwsza flota, miała lecieć w stronę Słońca, "Rammstein II", czyli druga flota, miała lecieć gdzie jej się żywnie podobało, byle dalej od Jedynki. Z tej pierwszej niestety za wiele nie zostało (wspomniane żywe elektrownie atomowe, no... one namieszały trochę). Właściwie to został z niej tylko jeden statek, który my dzisiaj nazywamy Półwyspem Apenińskim.
Druga flota miała więcej szczęścia, bo dotarła aż do Midgaardu, gdzie po krótkiej walce z dużymi i brodatymi, lecz nielicznymi tubylcami zajęli tenże świat. Na cześć tej walki, oddziały walczące po stronie Dwójki nazwano "timen", bo były to jedyne litery jakie zapamietali. Wyobrażacie to sobie? Walczyć tak długo, że zapamiętuje się jedynie pięć liter i to tylko dlatego, że były one obecne na boku ocalałego z walk statku ("RamMsTEIN II"; zachowały się powiększone litery). Historię tymenów bliżej opisuje w swej rozprawie biograficznej o żywocie pewnego cesarza (z uwzględnieniem losów pewnego niczego niespodziewającego się badacza z Ziemi) "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosław Grzędowicz.
A co z dzielnymi Jedynkami? Ci mieli gorzej, bo nie dość, że przetrwał tylko jeden statek, to jeszcze zapamiętali tylko cztery litery. Co ciekawie, znowu wypisane na ich statku ("RAMmStein I"; jak poprzednio, zachowały się właśnie powiększone litery). Nie trzeba wiele rozumu, żeby skojarzyć, że R, A, M i S mają jakiś związek z ich domem.
I na tym polegał problem. Zadecydowali o tym najmniej rozgarnięci członkowie wyprawy.
Reszta, oburzona tym, że pochodzą z "Mars", odeszła. W historii ziemi pojawią się jeszcze raz, w kronikach niejakiego Pizarra, który podbił Inków. (I pomyśleć, że mogli się nazwać "Ram", a nie "Ink". To pierwsze chyba lepiej by się trzymało niż rozlewający się tusz; ale to tylko drobny eksperyment słowny i nie będziemy się nim zajmowali).
Ci właśnie Marsjanie osiedlili się w okolicach Wenecji, gdzie zaczęli budować kanały na wzór tych ze swej ojczystej planety. Nie mogli wybrzydzać wodą, której na nowej planecie mieli pod dostatkiem. Jak to śpiewa Ryszard Riedel "lecz we mnie zostało coś z tamtych lat", po prostu szanowali wodę, jakkolwiek w wielu przypadkach przyniosła im ona niejednokrotnie zarazę, wojny i śmierć, a także sporo utonięć śmiałków, którzy próbowali orać tę wodę w okresach (wg nich przynajmniej) suchszych.
A co ma do tego Rammstein? Pewna przepowiednia głosiła, że kiedyś pojawią się bardowie, którzy będą znali wszelkie dzieje dawnej Czerwonej Planety. Nie potrzeba wiele rozumu by zauważyć, że ich rozwiązła twórczość trafnie koresponduje z przepychem weneckich karnawałów.
Właśnie. Przynajmniej ładne karnawały mają. Ale poza tym to jakieś dziwne te Wenecjany są.

Zgodzicie się?