środa, 28 marca 2007

Spętanie?

Muszę pisać. Nie wiem czemu, ale coś mnie dopadło. W głośnikach leci intensywnie "Three days grace", album "OneX". Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego.
Ale czy to ważne?
Przyczyna nie jest istotna, ważny jest początek, rozwój, koniec i wnioski.
Spojrzałem właśnie na pewną notatkę, sporządzoną 27.02.2007. Wtedy to mnie dopiero dopadło załamanie, łuhu! W stylu tych porządnych, że za chwilę będziesz miał ochotę... usiąść w rogu pokoju, bo to najlepsze co chcesz zrobić. Zabawne, jak się człowiek sobie potrafi przyjrzeć z perspektywy czasu. Dopadła mnie wtedy doprawdy zadziwiająca ilość poczucia beznadziejności.

***



Powstała nawet liryka...

Improwizacja erotyczna

Zaplanowałem inwazję
Nieplanowaną, lecz Zaimprowizowaną
Poszukując miłości, straciłem miłość
Wyznaczając cel, straciłem cel
Cel był prosty, a było nim szczęście
Nie za długie, za krótkie też nie
Szczęście
A spotkałem jedynie jego brak
Odcisnęło się na mnie,
jak na dnie wrak

Jestem bardziej wrakiem?
Czy bardziej dnem?
Dzień dzisiejszy przeklinam
Bo kocham cię.

A kim jesteś?
Sam nie podjąłem decyzji.
Zalecana jest śmiałość, a tej
U mnie brak

Niezły ze mnie wrak

Uczepiłem się jednej myśli
I wokół niej krążę
A może to myśl krąży?

Spokoju nie daje
Jak plamki światła na tafli jeziora
Niby nic nie robią samej powierzchni
Zwyczajnie podążają fizycznym prawem
Odbicia, załamania i czego tam Bóg zachciał

Fizyczny też jak widać wrak

I nagle pustka...
Czystość, brak myśli
Skojarzeń
Wyobrażeń
Wyrażeń
Wydarzeń
Marzeń

Problemem nie jest co i jak
Ale jak i co
Jak odnaleźć jedność?
Jak odnaleźć doskonałość?
Pogoń
Carpe diem, bo uciekniesz
Ale na nic nie ma już ochoty
Tylko jawna potrzeba
Czy więc jeśli nie mogę realizować
siebie
To czy czuję bezpieczeństwo?

Ciekaw jestem co by powiedział
Szukaj miłości
Czekaj na nią
Ja czekam aż odszukam.

***



Zasadniczo nadal nie obrałem tematu. Dostrzegam jednakże fakt, iż jest on wymagany. W końcu, jak można pisać bez tematu? Miałbym się czuć jak anioł bez skrzydeł? Jak Kain bez brata? To ostatnie akurat dość kiepsko wypada- fakt. Lecz z jakiego powodu? Niby powodu możnaby wręcz rzec.
Taki Kain miał przecież święty spokój. No, może nie święty... prędzej miał święty niespokój. Albo nieświęty spokój. Przeklęty dość delikatnie, a zdecydowanie.
Gdyby spojrzeć na niego z perspektywy motywu, zapewne coś by się wykrystalizowało. Lecz na co? Wątki nie zawsze mają koniec. Zasadniczo- nigdy go nie mają. Taka historia jak już raz się zacznie to dać spokoju nie chce- zapętli się, epiloguje szybciej niż rodzą się króliki.

***



O, ostatnia piosenka. "OneX" właśnie. Przeleciałem właściwie pobieżnie przez całość i tylko "Pain" przykuło moją uwagę. Za chwilę znowu poleci.

***



Wracając. Tematyczność motywów jest dość ściśle ograniczona. Na obecną chwilę trudno będzie dokonać jakiegokolwiek nowego odkrycia. Właściwie, zawsze było trudno go dokonać- nam, znającym dane technologie, kultury, filozofie wydają się one oczywiste. Obecnie następuje intensywna eksploatacja tego, co już zostało stworzone. Jedynym nowym nurtem w poszukiwaniu nowości jest (ha! ha!) odkrywanie przeszłości, dokopywanie się do najstarszych korzeni. Powielenie sprawdzonego, ale podane w nowej panierce. Stworzenie czegoś nowego jest już możliwe tylko absurdalnością. Czyżby Homo Absurdus był w drodze?

***



Prędzej chyba Krogulus Absurdus znowu się zagalopował.

***



Oho.

***



Jest.

***



Zalecane uważne patrzenie.
Powtórek nie będzie.

***



Za chwilę zakończę tę notkę. Ciekaw jestem, co takiego w niej zawarłem. Tak właściwie, to w tej chwili śmieje się w sobie, bo mam poczucie spełnienia. Nie stworzyłem niczego. Poćwiczyłem palce- fakt. Miło było je rozprostować.

***



Czy ktoś czuje się w tym momencie wykorzystany? Czy ktoś nazwałby mnie w tym momencie egoistą? Szaleńcem? Paranoikiem? Dupkiem? Gówniarzem?
Bo naprawdę sobie palce przyjemnie rozprostowałem.
Pewnie znajdą się i tacy. Lecz przez życie przejdę raniąc jak najmniejszą ilość ludzi. Gorzej, że otaczają mnie masochiści XD.
Jakkolwiek, ludzie mają zadziwiającą tendencję do komplikowania sobie życia. Pisałem już o tym, ale zaręczam- nadal wprawia mnie to w zdumienie. Kiedy czasami patrzę na poszczególne sytuacje z boku, z perspektywy widza, perspektywy Boga- kogoś tak dalece oddalonego i pozbawionego uprzedzeń... Z czystym spojrzeniem kogoś, kto nie ma ochoty się angażować, dopóki nie uzna, że jest to właściwe. Bo kiedy patrzę w ten sposób nie tylko na innych, ale i na siebie, to doprawdy w głowie mi się to wszystko nie mieści. Pozostaje mi jedynie śmiać się w sobie, najlepiej z siebie i własnej głupoty. Bo czyż jest coś głupszego od Boga? Od bycia nim? Móc widzieć wszystko i nie reagować, mimo mocy Słowa?
Aż mi się wierzyć nie chce w to wszystko. Aż mi się wierzyć nie chce w to co mówię. Aż mi się wierzyć nie chce w siebie. Pogańskie korzenie się chyba odzywają.

***



Czuję się spętany. Własną głupotą. Własną boskością. Własnym śmiechem. Własną pogardą do samego siebie. Ale śmieję się, bo... dlaczego nie?

***



Jako akcent kończący podam może ów wspomniany słynny "Pain". Oto w co w pewnym momencie się zamieniam. A śmiech jest najlepszym znieczuleniem.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all

You're sick of feeling numb
You're not the only one
I'll take you by the hand
And I'll show you a world that you can understand
This life is filled with hurt
When happiness doesn't work
Trust me and take my hand
When the lights go out you will understand

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all

Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing
Rather feel pain

I know (I know I know I know I know)
That you're wounded
You know (You know you know you know you know)
That I'm here to save you
You know (You know you know you know)
I'm always here for you
I know (I know I know I know I know)
That you'll thank me later

Pain, without love
Pain, can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 25 marca 2007

Regularność kolorów, nieregularność życia

Podsumowanie ostatniego czasu tj. czasu od ostatniej notki nie wypada zbyt... mało kolorowo. Tak, to dobrze odda sprawę. Wypada czarno niczym mrok, złoto niczym blask poranka. Złoty jest też rosół, jaki jadłem u dziadków wraz z ojcem, widząc go po raz pierwszy od spotkania wspomnianego z poprzedniej notce. Ten czas przypada jednakże prędzej pod kolorem harcerskiej zieleni, raz nawet fioletu klasowego. Pojawił się różnież ognisty czerwony kolor miłości Walentynek oraz jego intensywna, nagromadzona, może nawet i dojrzała odmiana, która dopadła mnie później. Była też biel bandaży i granat nowego temblaka dla wybitego barku. Nawet brąz objawił się w gitarze, a róż, którego w życiu bym do domu nie zaprosił, okazał się sztandarowym kolorem kursu języka japońskiego. Dostrzegłem również szarość wielkiego miasta stołecznego, zaledwie w ostatni weekend. Pomarańczowa jest okładka mojej książki pomocniczej do historii, do PO i do niemca, z których mam do środy mieć klasówki- dzień po dniu. Nie wpasował się jedynie WOS, ostentacyjnie błękitny, a z którego jest również jeden ze sprawdzianów- ten wypada w środę. Kolory lasu- zieleni, czerni i brązu, maskują nowy plecak, a komórka rozbrzmiewa innymi odmianami i odcieniami niebieskiego w zależności, czy ktoś dzwoni, czy ja dzwonię, czy przychodzi sms.

***



Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?

***



Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.

***



Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.

***



Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.

BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH

Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light

I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now

Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others

Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)

Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

***



Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.

Pozdrawiam
krogulczas