Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2008

Sukinsyn

Jest nów. Przed chwilą musiałem zmienić ustawienia klawiatury z "Polski (214)" na zwyczajny "Polski", bo z niewiadomych przyczyn, czasem mi się to tak robi i chuj strzela polskie znaki diaktryczne.
Przed chwilą kliknąłem także na pajaca.
A jeszcze wcześniej skończyłem Straż Nocną Terry'ego Pratchetta. I zaraz po tym wydarzeniu doszedłem do wniosku, że to dobry moment na pierwszą, czerwcową notkę.

Jest nów. Biorytm z wp.pl jasno stwierdza, że moje siły fizyczne, intelektualne i emocjonalne osiągnęły prawie najniższy punkt. Wszystko przede mną już 12. czerwca, kiedy sprawiedliwość zatriumfuje i wszystkie określające mnie kolorki- fioletowy, różowy i zielony, spiszą mnie na straty na tym śmiesznym wykresiku. Niżej mnie już nie będzie, a przynajmniej nie mieści się to w skali.
Dlatego właśnie ostrzegam, że istnieje u mnie tendencja spadkowa. Ta notka może skończyć się załośnie, albo tak jak zwykle- spojrzysz, przeczytasz, uśmiechniesz się i pójdziesz rozwieszać to pranie, właśnie które ci sę dokładnie przed momentem skończyło no popatrz jaki przypadek że to akurat teraz.

Zebrało mi się bowiem na parę przemyśleń. Głównie o mnie i o sukinsynach. Posłuchajcie tego, bo bardzo mi się teraz podoba.

Kupuję sobie jabłka w sklepie co się nazywa Zorza. Jestem sobie przy kasie. I dostaję sobie swoją resztę. Bez grosza. Słyszę tylko pomruk.
- A gdzie grosz?- odzywam się.
- Bez grosza.
- Znowu?
Ekspedientka, którą nauczono obsługiwać klientów do momentu, aż zaczynają sprawiać kłopoty, odeszła. Żadnego uprzejmego "przepraszam", za to cała masa dalekiej od uprzejmości ciszy i nieobecności kogoś, kto powinien to jedenastoliterowo słowo wypowiedzieć. I pomimo, że grzeczność nic nie kosztuje, handlowcy stanowczo jej unikają.
Jutro więc mam zamiar się troszkę zabawić. Im mniej będą chętnie do współpracy, tym dłużej się pobawię. Zabawa będzie opierać się na kilku prostych prawach, jak chociażby prawie Danego Słowa, prawie Proszę Tylko Tu Podpisać I Znikam, prawie Pożyczki, prawie Konsumenta (w tym prawie Do Wkurzania Sprzedawcy), Prawie Do Wezwania Kierownika, prawie Każdego Tygodnia Kradniecie Moje Grosze I Tak Odkąd Jestem Tu Stałym Klientem i wielu innych żelaznych prawach, nad którymi jeszcze się zastanowię.

Inne sukinsyństwo. Niedopowiedzenie, sugestie i aluzje. Lubię, kiedy ktoś wprost mówi mi, że mnie nie lubi, a nie że woli się o mnie nie wypowiadać. Kiedy mówi mi wprost, że jestem niegrzeczny, a nie że powinienem zastanowić się nad sobą. Kiedy mówi mi wprost, że mam ugryźć się w język, a nie że zachowanie człowieka świadczy o nim. A tak właśnie wczoraj pani Jadzia, obiecująca bibliotekarka, z ramach moralizatorskich instynktów, skwitowała mój dogłębnie szczery opis pewnego osobnika, którego twarz chciałem na szybko skrystalizować wyrazem bliskoznacznym tj. "mordą", (jak w "mordo ty moja!" albo "o w mordę..."- przyp. tłumacza).
No i moje zachowanie widocznie świadczy o mnie jako o człowieku. A właściwie zachowanie ludzi świadczy o nich. Czyż nie sposób się zgodzić z tak przepełnionym ludową mądrością (manipulacją- przyp. tłumacza) stwierdzonkiem? No to potwierdziłem. Potwierdzania nikt się nie spodziewa po Uwadze, a na pewno nie nauczyciel, który myśli, że rozmawia z byłym uczniem. Przykro mi (albo i nie- przyp. tłumacza), ale tak to działa, że właśnie tym byłym uczniem jestem.
I dlatego za tą szkołą, w której grono pedagogiczne jest przekonane, że mogą zmienić człowieka na własną modłę, nie tęsknie. Jest paru fajnych belfrów, których miałem przyjemność spotkać na ścieżce swego żywota. A reszta niech spierdala.

I wreszcie ZHP. Jestem członkiem XVI Szczepu, przeniesionym do zastępu wędrowniczego "V Element", bo akurat był to piąty działający zastęp i Krychu miał tego dnia cięty dowcip.
Mam też papiery opiekuna. I akurat 30 czerwca jedziemy na obóz. I nie mamy opiekunów. No, jak sądzicie, co mogą organizatorzy wykombinować...
Fajnie, ale ja 30 czerwca odbieram wyniki matur. Dodatkowo, mam ustalony egzamin na prawo jazdy kategoria B, część praktyczną, na 17 lipca na godzinę 7.30 w Częstochowie. I chociaż powiem wprost, że bardzo dobrze, że pojawiły mi się dzisiaj takie terminy, to jednak taki obrót spraw bardzo mnie cieszy i mówię o tym wprost. Nie mam ochoty ratować przed zatonięciem statku, który został zwodowany zbyt wcześniej, nawet pomijając brak masztów, to jeszcze z takimi dziurami w drewnianym, przegnitym poszyciu, bez nawet śladów uszczelnienia ani przeszkolenia załogi, która robi to, co każda załoga w takiej sytuacji robi najgorzej w świecie- improwizuje, opierając się na innych. Najlepiej wypychając się na ich plecach z wody, wpychając bogu ducha winnych pod wodę. A ja pływam dość kiepsko.
Nie winię ich za takie podejście. Nawet nie mam zamiaru kogokolweik oskarżać. Ja już się dotego przyzwyczaiłem. Ba, zawsze brałem w tym udział. Ale tym razem mówię stop.
Stop myśleniu o tym, że przeszłość jest wszystkiemu winna, bo ona niczemu nie zawiniła i ze względu na to, że jej nie ma, nie można jej powołać na świadka, więc tym samym nie należy się nią kierować.
Stop myśleniu o tym, że teraźniejszości zawsze jest pod dostatkiem. Teraźniejszości jest pod dostatkiem, kiedy masz cały zapas przyszłości przed sobą, np. jakieś sześć miesiecy do roku jest przyzwoitym zapasem. A że teraźniejszości nie da się gromadzić, pozostaje ją sobie tylko ładnie poukładać, jak te małe pudełka z bombkami, które po sprzątnięciu choinki trzeba włożyć do takiego większego pudełka, które jest przeznaczone na małe pudełka na bombki.
Stop wreszcie myśleniu o przyszłości, tej czarnej, nieznanej przyszłości, której nieznany moment jest gdzieś tam daleko. Życie to nie wycieczka, nie ma na nim punktów, którego elementy będą się uśmiechać kiedy przewodnik pomacha im przed nosem złotą monetą. O nie. Dobra przyszłość to przyszłość malująca się w najczarniejszych barwach jakie jesteś w stanie sobie wyobrazić (mężczyźni, nawet nie wiecie jak przerażający może być morski, albo ecru). Taka przyszłość oznacza, że wszystko przewidzieliście i że mimo, że spodziewacie sie najgorszego, uda się jakoś przebrnąć przez to i owo, tu i tam, co w ostatecznym rozrachunku pozwoli zaoszczędzić parę strat. W ostatecznym rachunku, człowiek wychodzi w swoim przepełnionym szaleństwem rachunku na zero, a jak jest wystarczająco szalony, to jest tam nawet jakiś plus.
Przyszłość nie jest taka przyjemna. Jest jak ruletka.
Albo jak los na loterii.
Albo jak wypadek.
Albo jak gumowa kaczuszka.
Ponieważ nigdy nie doświadczymy życia w przyszłości sensu stricte, pozwolić sobie mogę na najróżniejsze porównania, a każde z nich będzie równie logiczne w przyszłości co niedorzeczne w teraźniejsze i obojętne dla przeszłości, która jest w tej chwili na wakacjach, opalając się w solarium wyładowaniami, ulokowanym między pojedynczymi neuronami naszych mózgów.

Jaki więc z tego morał? Że gdzieś tam, w innym wszechświecie, dzieje się dokładnie to samo co teraz. Tyle, że tutaj ja się zastanawiam, czy bycie sukinsynem opłaca się bardziej od bycia hipokrytą, uczciwym, demokratą, durniem czy warzywem umysłowym. Gdzieś tam, zapewne znałbym odpowiedź.
Dlatego rusza ankieta. Do 18 czerwca, czyli dwa tygodnie. Jak chcesz, zaznacz odpowiedź. Bądź pragmatykiem, możesz być nawet cynikiem. Możesz też udawać, że masz kręgosłup sprawny moralny. Ja wolę dbać o to, że w ogóle mam jakiś kręgosłup.

wtorek, 15 stycznia 2008

Dziwne życie singla

Dziwnie mi się żyje. Myślę i nie myślę.
Przez pół roku byłem szczęśliwcem jakich mało. A teraz... wciąż jestem szczęśliwy. I wcale nie wbrew sobie- po prostu chcę, mówię i puf! jestem szczęśliwy. Może w końcu dopadł mnie ten młodzieńczy, idealistyczny zapał? Ha, miło.
Niesamowitym zjawiskiem jest człowiek szczęśliwy. Taki prawdziwie szczęśliwy i uśmiechnięty. Jeżeli nadarzy mi się kiedyś okazja, chyba będę studiować szczęście. I rozpracuje je.
Wszyscy mają ostatnio jakieś takie depresyjne opisy... Mam przemożną ochotę wszystkich poblokować. A to coś o łzach, a to o nadziei, a to GTFO, i wszystko to we wszystkich możliwych do przełknięcia dla Polaka językach- polskim, angielskim, niemieckim, u ambitniejszych japońskim, fińskim, łacińskim... Luuuudzie!

Ekspresja uczuć. Taka fajna sprawa. Bez podchodów, obchodów i odchodów. Prosto z mostu walić do kogoś z prośbą o wysłuchanie! Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Czy nikomu już nie ufasz?

Lepiej rozłożyć ból życia na wszystkich, co? Same nihilistyczno-dekadencko-samobójczo-złamane w duchu przypadki...
Też to kiedyś czułem. Pół tego bloga złożone jest z takich wywodzisk. I wiem jedno- jeżeli ktoś jest chętny aby ci pomóc, dopytuje się co ci się stało, warto jest mu zaufać. Od samego początku bezgranicznie zaufać.

Czy tak naprawdę jesteśmy uczeni współżycia z drugim człowiekiem? Oficjalnych relacji jesteśmy nauczeni doskonale, ale gdy przychodzi do relacji bliskich- do bycia kumplem, przyjacielem albo partnerem, wtedy zostajemy sami... Bo ta druga osoba też jest sama. Z każdym tą zażyłość musimy budować od początku. I to właśnie też jest szczęście.

Postuluję więc otwarcie!
Bycie otwartym!
Bycie ufnym!
Bycie sobą!
Bycie dla innych!
Bycie szczęśliwym!

Jak do tej pory stwierdziłem, że muszę otaczać się odpowiednimi ludźmi- ludźmi zdolnymi do uśmiechu. W takim układzie, będę miał mnóstwo przyjaciół! Cieszy mnie to!

Być singlem... jestem od niedawna. Dziwnie mi się żyje.

sobota, 15 grudnia 2007

Zazdroszczę ludziom...

... którzy potrafią płakać. Ot, czują że im oczy mokną i jest wylew łez żewnych a gorzko-słonych.

Nieistotne dlaczego, ważne, że kiedy już chcą, czują, że za chwilę uwolnią się ich łzy, to nie ma w nich nic co by wstrzymywało. Po prostu płaczą i już. Najczysta, fizjologiczna forma wyrażenia żalu. Bez bycia zbędnie wulgarnym albo innych prób nazwania swych uczuć.

Przyjemny do obserwacji powrót osoby płaczącej do jej pierwotnego instynktu. Tego, który ukazuje brak pewności, brak stałości, brak oparcia, brak bezpieczeństwa. Bezradność, której nikt inny nigdy tak naprawdę nie doświadczy.

Dlaczego więc poeci tak usilnie chcą opisywać, malarze malować, a filmowcy filmować uczucia? Empatia przecież nie jest jedynie domeną ludzi, nie jest więc tym czymś, co by wyjaśniało takie działanie. Co więc jest domeną ludzką?




***





Bruce Dickinson - Tears Of The Dragon

For too long now, there were secrets in my mind

For too long now, there were things I should have said

In the darkness...i was stumbling for the door

To find a reason - to find the time, the place, the hour



Waiting for the winter sun, and the cold light of day

The misty ghosts of childhood fears

The pressure is building, and I cant stay away



I throw myself into the sea

Release the wave, let it wash over me

To face the fear I once believed

The tears of the dragon, for you and for me



Where I was, I had wings that couldnt fly

Where I was, I had tears I couldnt cry

My emotions frozen in an icy lake

I couldnt feel them until the ice began to break



I have no power over this, you know Im afraid

The walls I built are crumbling

The water is moving, Im slipping away...



I throw myself into the sea

Release the wave, let it wash over me

To face the fear I once believed

The tears of the dragon, for you and for me



Slowly I awake, slowly I rise

The walls I built are crumbling

The water is moving, Im slipping away...



I throw (I throw)

Myself (myself)

Into the sea

Release the wave, let it wash over me

To face (to face)

The fear (the fear)

I once believed

The tears of the dragon, for you and for me



I throw (I throw)

Myself (myself)

Into the sea

Release the wave, let it wash over me

To face (to face)

The fear (the fear)

I once believed

The tears of the dragon, for you and for me



Pozdrawiam

krogulczas

piątek, 10 sierpnia 2007

Wszędzie dobrze, ale nie w domu

Dzisiaj przeczytałem notkę na blogu mojego przyjaciela, Alexandra Smithsona. Notkę dość rozbudowaną i stworzoną pod wpływem podbijającego rzesze tępych umysłów Kominka link do jego bloga oraz link do notki która sprowokowała go do pisania).
Samą notkę Alexa można poznać tutaj (link).

Jaki jest mój stosunek do patriotyzmu? Chyba udało mi się go wyrazić w pewnej starej pracy szkolnej. Dla pewności przeczytałem ją sobie jeszcze raz, aby sprawdzić, czy nie straciła na aktualności.
Nie.
Poglądy pozostały niezmienione, a na pewno wnioski.

***



„Co to znaczy być patriotą w realiach współczesnego świata?” czyli „Wszędzie dobrze, ale nie w domu”

Pojęcie „patriotyzmu” istnieje już od wielu wieków. Przez ten czas ulegało wielu przeobrażeniom. Jego obecna definicja sprowadza się do słów określających umiłowanie i dumę z ojczyzny, kraju ojczystego. Jest to jednocześnie dostrzeganie wszelkich związanych z pojęciem „ojczyzny” konsekwencji- tych pozytywnych i tych negatywnych. Na dobre i na złe.

Zakładając, że bierzemy pod uwagę ogół współczesnego świata, wówczas mamy problem.

Na całym świecie, przynajmniej od połowy XIX wieku, jest zdecydowana tendencja do dwóch ruchów ideowych: pierwszy- migracyjny, w kierunku północy, zachodu i północnego zachodu, czyli do krajów Europy i Ameryki Północnej; i drugi- rewolucyjny, przemieszczający się w przeciwnym kierunku tj. na wschód i południe i przetaczający się przez kraje Afryki i Azji zachodniej i centralnej. Oba mają na celu jedno: przetrwanie, choć często z różnych pobudek. Członkowie społeczeństwa indywidualistycznego robią to głównie dla siebie, zaś ci wywodzący się ze społeczeństw kolektywistycznych często chcą pomóc rodzinie bądź blisko ze sobą związanym grupom. Dla obu tych ruchów moim zdaniem pojawia się osobna, specyficzna definicja tego, co można by nazwać patriotyzmem.

Patriotyzm emigranta
Większość emigrantów w przypadku społeczeństw indywidualistycznych to młodzi ludzie, najczęściej samotnie migrujący, gotowi na wyzwania, które postawią sobie i innym. W przypadku społeczeństw kolektywistycznych są to zazwyczaj osoby w średnim wieku, przemieszczające się dla dobra rodziny, często wraz z nią, lecz coraz częściej spotyka się również ludzi młodych, od wczesnych lat wychowywanych do wyjazdu. Tak dzieje się np. w przypadku północno-afrykańskich mieszkańców, którzy coraz liczniej wkraczają do Hiszpanii, a stamtąd dalej- do Francji, Zjednoczonego Królestwa. W tym konkretnym przypadku następuje ewolucja mentalności grupowej w jednostkową- namiastka tego podejścia jest przekazywana już w rodzinie, reszty osoby te uczą się od ludzi z którymi mają do czynienia (szczególnie w przypadku pracowników umysłowych). Ewolucja ta jest ułatwiona właśnie z powodu wartości wpajanych od dzieciństwa.
Emigranci zazwyczaj nie czują silnego związku z ojczyzną, najczęściej od czegoś bowiem uciekają- biedy, prześladowania, czy chociażby z powodu własnych poglądów. Mimo tego jednak w pewnym momencie zachodzi zjawisko gloryfikacji znanych sobie wspomnień- tych najmilszych, związanych z przyjaciółmi, rodziną. W chwilę później jednak odzywają się negatywne wspomnienia- beznadziejnych dochodów zestawionych z obecnymi, bycia bitym i poniżanym, wyszydzanym.
Ktoś zapewne spytałby się- gdzie tu patriotyzm? Jest go aż nadto. Może i taki człowiek nie czuje się dumny ze swego państwa, lecz ma zakodowaną olbrzymią ilość informacji pozytywnych, pod postacią wspomnień, a ponadto dostrzega negatywne strony życia w dotychczasowych warunkach. Nie gloryfikuje na siłę ojczyzny i nie uważa, że nie potrzeba jej zmian. Pod tym względem jest to zjawisko bardzo pozytywne, niezależnie, czy ktoś ratuje siebie, czy rodzinę.

Patriotyzm rewolucjonisty
Oto drugi wariant współczesnych nurtów przemierzających świat i związanego z nim postrzegania świata, czyli osoby, która chce udowodnić, że walka jest symbolem patriotyzmu. Obecnie jest to proces daleko już posunięty, mający ścisły związek z dekolonizacją oraz czymś, co można nazwać rekolonizacją, czyli ponownym wprowadzaniem wpływów państw wyżej rozwiniętych do państw niższych.
Trzeba twórcom kolonializmu przyznać jedno- całkowicie odcięli się od wyzwalającego się państwa w momencie uzyskiwania przezeń niepodległości. Wycofywali cały kapitał ludzki i inwestycyjny jaki wprowadzali, pozostawiając jedynie widmo dawnej świetności. Dawnej, bo jak należy zauważyć, byt większości niepodległych państw Afryki i Azji wcale się nie polepszył, lecz z ich subiektywnego punktu widzenia, nowe państwo nie spełniło ich oczekiwań. W ich odczuciu, ich stan życia wręcz się pogorszył! W istocie tak też jest, lecz tylko i wyłącznie z powodu mechanizmów psychologicznych. Krótko mówiąc- proroctwo lepszej przyszłości nie miało możliwości spełnienia tylko i wyłącznie dzięki wizji pozytywnego rezultatu własnych działań.
Teraz zbiera to swoje żniwo poprzez najróżniejsze konflikty o przeróżnej skali. W większości przypadków są one spowodowane nasilającym się niezadowoleniem wśród mas, które jedynie potęgują własne wzorce, sprowadzające się do ukierunkowania źródła niedoli poza sobą, na aparacie państwowym, który zawiódł. W takich przypadkach, ludzie niespodziewanie zmieniają nastawienie i biorą sprawy w swoje ręce. A właściwie- broń w swoje ręce. Afganistan, Rwanda, Algieria. To doprawdy tylko kilka przykładów, kiedy to rewolucjoniści chcieli doprowadzić do polepszenia warunków bytowych. W ich odczuciu, poziom życia ludności był o wiele za niski (konflikt ekonomiczny) bądź też niestosowny (konflikt etniczny). Pomijając jednak różne pobudki, celem tych ludzi jest zazwyczaj walka o dobro narodowe.

Nowocześnie instynktowni?
Powyższa klasyfikacja może narzucić pewne skojarzenia z instynktowną reakcją wszystkich ziemskich istot. Zasada ta nosi nazwę „walcz albo uciekaj” i stosowana jest w wypadku zagrożenia życia, lecz w przypadku ludzi również z powodu dowolnego dyskomfortu, niepewności. Oznaczałoby to, że wszyscy ci ludzie dostrzegają w swojej ojczyźnie zagrożenie dla życia, bezpośrednie lub pośrednie. I to często realne.
Nie jest to sposób pojmowania świata jakiego można by spodziewać się po człowieku.
W istocie problemem jest w tym momencie nie sama ojczyzna i brak miłości do niej jako takiej, lecz zbytnie zaawansowanie człowieka. Niestety, wyprzedziliśmy swoje ciała. Wiedza nie zmienia mózgu, nie zmienia zachowań podświadomości. Owo „nowe szybsze tempo życia” okazuje się zgubne dla człowieka. Nie mamy bowiem żadnego stabilnego miejsca, do którego moglibyśmy powrócić. Brakuje nam w życiu pewności, stałości, oparcia. To jest właśnie cel poszukiwań każdego człowieka- znalezienie własnego miejsca. Niestety, stało się to już chyba „patriofilią”- obsesyjnym dążeniem do znalezienia miejsca bezpiecznego, tylko i wyłącznie naszego.
Prowadzi mnie to do smutnego wniosku- trudno jest szczerze, zgodnie z umysłem i ciałem, nazwać ojczyznę „miejscem umiłowanym”. Nie mając żadnego punktu zaczepienia, często rzucamy się w wir zdarzeń ze świata, które nijak mają się do nas samych. Szukamy szczęścia wszędzie i we wszystkimi, bo ojczyzna nam tego nie zapewnia. „Patriotyzmem” w realiach współczesnego świata jest poszukiwanie bezpiecznego schronienia.

***



Sam chyba również powoli się uspokajam. Tak jak jeszcze rok temu oddałbym życie za ojczyznę, tak teraz targają mną mieszane uczucia. Nie wiem jak bym zareagował w obliczu wojny obronnej (bo chyba tylko na taką stać nasz rząd)...

***



(Tak po prawdzie przydałyby się w Polsce rządy silnej ręki, a nie marnowanie 3/4 kadencji, środków i budżetu na ustalanie koalicji.)

***



... ale wiem, że nie szedłbym jak debil na pierwszą linię. Umierać bez zabicia nawet jednego wroga tylko dlatego, że zamiast leżeć i czekać na okazję to wstawać i bez opamiętania szarżować wprost pod serię ckm'ów i innej broni ręcznej, lub po prostu być wysadzonym granatem albo szczytem dyshonoru- miną.
Nie, to nie dla mnie.
Nie, głupie oddawanie życia przy każdej okazji chyba przepadło ostatecznie genetycznie podczas II Wojny.

***



Teraz ludzie mają zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele myślą zamiast działać... Inna sprawa, że jak już zaczynają myśleć, to myślą JEDYNIE o tym jak napchać swoje kieszenie, a potem je opróżnić w najbliższym hipermarkecie. Doczesne dobra i ich konsumowanie zamiast oczekiwanie na tę jedną krótką chwilę. Ale nie oczekiwanie głupie, bierne, lecz czekanie na efekty własnych zabiegów, własnej pracy. Oddanie swojej woli bezdusznemu medium jest proste, ale to tylko na chwilę zaspokaja pragnienie. „Daj mu rybę, a będzie najedzony. Naucz go łowić, a będzie najedzony do końca swoich dni.”.

***



Alex zadał mi kiedyś pytanie „Czy według Ciebie, jedynym sposobem na walkę z systemem, jest pójście na wieś?”. Odpowiedziałem wówczas „Tak”. Teraz naszła mnie jednak nowa myśl- do walki z obecnym systemem potrzebna jest w istocie cierpliwość. O ileż lepiej smakuje pokonanie olbrzymich przeciwności losu, co czyni to zwycięstwo unikatowym, niż ledwo co wykupiony fastfood, jaki można znaleźć wszędzie i zawsze. Sam też przed momentem popracowałem nad cierpliwością wobec Madzi. Kocham ją i nawet niech nikt nie myśli w to wątpić. Ale czasem potrzeba trochę poczekać, mimo, że wszystko naokoło i wewnątrz gna na złamanie karku...

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 17 czerwca 2007

Where is our John Wayne?

Bruce Dickinson "Sacred cowboys"

With sense of irony everyone
you see is chasing their illusion
Take a dive or sink or swim,
but in the end you're
in the same pollution

In your world escape is swift,
the nonsense list
is all you need to know
In the land of dreams,
you make the right connections,
then you'll be the hero...

Ecstasy, the cult of me
provides our institutions
You can live forever
where graveyard that stands
that people used to function

You can join the
saviours of our culture,
vultures circling overhead my sky
Like the sin of gluttony
won't set you free,
but Betty Ford can help you try

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

CHORUS:
Where is our John Wayne
Where is our sacred cowboys now?
Where are the Indians on the hill
There's no Indians left to kill

People die with oxygen
and all their money can afford a breath
People starving everywhere
and staring in the face of death

Prostitutes and politicians
laying in their beds together
You can be the saviour of the poor
making up the policies
to open the back door...

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)

SOLO

You can get all
the things you never needed
You can sell people
crap and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)


***


Przy takim właśnie sympatycznym utworze zdecydowałem wziąć się za siebie i powrócić na chwilę do świata normalnych, żywych istot. Stoczyć się na ten wesoły padół.
Zaczęło się więc niewinnie, od nadrabiania majowego numeru "Charakterów". Zawsze czytam każdy numer od deski do deski, bo to naprawdę wartościowy miesięcznik. Zaspokaja mnie zarówno pod względem wiedzy psychologicznej, jak i filozoficznej, naukowej, fizycznej, etycznej, kulturalnej, artystycznej, życiowej. Zacząłem więc od paru wstępnych mini-artykulików, nowinek ze świata. Na przykład: że na kobiety w obliczu stresu uspokajająca działa męski pot, chociaż w razie braku tegoż specyfiku równie dobrze spisze się głaskanie kota, albo że mycie zębów może (wg. neurologa z Melbourne) doprowadzić do ataku u epileptyka.
Potem przyszedł czas na artykuł numeru- "Spotkaniem wszystko się zaczyna", czyli jak bardzo spotkania, czy to te trwałe, czy tymczasowe, wpływają na nas, oraz jak mogą na nas takie spotkania nie wpłynąć, lub też jakby mogły na nas nie wpłynąć. Sporo jest prawdy w tym co jest tam zapisane- to zaznaczam już na wstępie. Jedne spotkanie są dla nas mniej lub bardziej istotne, inne stają się takimi (lub przestają nimi być) dopiero po czasie. I nawet się dobrze nie rozgrzałem, a tu zostaje umieszczony pewien fragment wiersza Miłosza... Cały wiersz zamieszczam poniżej:

Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?
1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność
poznawania świata.

2. Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest
zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.

3. Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie
po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.

4. Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.

5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać
towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.

6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada
ścisłej hierarchii.

7. Że nałogiem intelektualistów dwudziestego wieku było "baratin", czyli
nieodpowiedzialne paplanie.

8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia
może zepsuć sztukę.

9. Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych sprzecznych twierdzeń
jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy
utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.

10. Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować "wiarę filozoficzną", czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.

11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu,które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji.

12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych
błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny


(jak się później dowiedziałem)
Z tomu „To” Kraków 2004, s.59-60


I od razu nakotłowało mi to w głowie. Szczególnie punkt czwarty: "Prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę". Chciałem się dowiedzieć więcej, więc szperałem. "Szperanie" to chyba jednak zbyt górnolotne słowo, bowiem oznacza zazwyczaj coś, co robimy z przyjemnością, co jest żmudne i co zajmie nam sporo czasu, aż w końcu albo zakończy się sukcesem, albo porażką, albo przekształci się w "dłubanie", a potem w jeszcze gorsze formy marnowania czasu na bezcelowych poszukiwaniach. Niezależnie od tego czego się dopuściłem przez jakieś 5 minut, znalazłem to:
Wykład IV – Homo poeticus

***


Oto czas mi mija, a ja po paru minutach kończę czytać ów wykład. Potrzebowałem czegoś takiego, podobnie jak teraz potrzebuję coś napisać. Co ciekawe, naszły mnie zupełnie inne skojarzenia niż można by się teraz po mnie spodziewać... np. że chętnie dałbym sobie spokój z komentowaniem tego typu publikacji, gdyż same w sobie są świetnie opracowane. Ale jednak, coś pcha mnie dalej. Antylenistwo, zwane potocznie zapałem twówczym.

***


Kłamstwo. Piętnowane, okrutne, chciwe. Ale i piękne. W filmie "Goodbye Lenin" jaki sobie kupiłem już dawno, ale dopiero niedawno go obejrzałem, kłamstwo daje życie zarówno matce, ale także pozwala wzrastać jej dzieciom w pozorach spokoju. Czy było koniecznie? Było. Mlody Alex okłamywał matkę, wielce oddaną socjalizamowi, w Berlinie, wmawiając jej, że komunizm nie upadł. Mimo, że runął mur. I że na budynku naprzeciwko rozwija się szyld Coca-Coli. I mimo, że ona chce oglądać wiadomości o wybranych porach. Albo jeść przedpotopowe ogórki konserwowe, które teraz skutecznie zastąpiły już produkty holenderskie. Prosty, ale ładny film.
W tym wierszu jest ukazane bardzo dobitnie owo kłamstwo. Niewola. Coś, co współczesnemu człowiekowi nawet przez myśl nie przemyka. Czy na pewno? Zobaczmy.
"Zniewolenie" jest terminem każdemu dobrze znanym. Jest powszechnie potępiane jako skojarzone z czymś negatywnym. Jakże łatwo zmienia zabarwienie, będąc zestawione z chociażby słowem "miłość". Będąc zniewolonym miłością od długiego już w sumie czasu, doskonale się z tym czuję. Przyznałem się do tego parę dni temu, ale to trwało już wcześniej. Tylko o tym nie wiedziałem :D.
Lecz co się dzieje kiedy myślimy o wszystkich aktach niewoli z przeszłości. Nawet Grecy- ci filozofie, uczeni, matematycy, pogrążeni w doskonaleniu sfery ciała i ducha jednocześnie, mieli własnych niewolników. Ludzi od nich uzależnionych. Zarazem jednak, czy można powiedzieć, że tamci niewolnicy kłamali? A co dopiero w Rzymie- tam nawet nie zależało im na kłamstwie, chociaż już wtedy rodził się chyba współczesny, zawarty u Miłosza odbiór zniewolenia, przyrównanego do kłamstwa.
Potem to powoli przekształcało się, ewoluowało, zmieniało postać, rozwijało się tu, a kurczyło tam, gdzieniegdzie mutowało. Normalny tor biegu historii. Przychodzi w końcu czas rozprawianie się z niewolnictwem i mamy tenże wielki, chociaż mozolnie osiągnięty sukces.
I gdzie tu jest coś o kłamstwie?
Zwycięzcy dyktują podręczniki historii. Tak było i tym razem. Niewolnictwo stało w sprzeczności z demokracją, więc zaczęto je w US & A potępiać na całej szerokości, chociaż z pewną zrozumiałą dozą niechęci (vide wojna secesyjna, Ku Klux Klan itd.).
Więc jak skutecznie potępić jakąś postawę?
Po pierwsze, znaleźć (najczęściej: stworzyć) jej korelacje z innym złym zjawiskiem. Tak jak Nietschemu przypisywano stworzenie faszyzmu (owej "woli mocy" z powyższego wiersza Miłosza). Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co będzie pewnikiem potępione. Kłamstwo zazwyczaj zdaje egzamin, ponieważ na nim jest oparte wszelkie zło tego świata. Wszelkie zwroty typu "Nie chciałem", "Pomożemy" czy "To się nie wydarzyło" jest naturalną konsekwencją chęci uniknięcia nieprzyjemności związanych ze stanięciem wobec prawdy.
W tym miejscu pojawia się "po drugie": należy przenieść to wszystko na arenę metafizyki, wyjść poza biologiczną ludzkość, zatrudnić do roboty muzy, przywołać paru nieżyjących staruszków i powołać się na przeciwieństwo owego przyrównywanego przedmiotu potępienia. Dla kłamstwa będzie to rzecz jasna prawda, dla morderstwa- wartość życia. My, ludzie, tak bardzo lubimy wszystko upiększać, gloryfikować i stawiać poza naszą jurysdykcją, nazywając to tak skomplikowanymi terminami, że rzeczywiście może się okazać, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Słodkie, prawda?
I od razu mamy piękny obraz wszystkiego- niewola to kłamstwo, kłamstwo to ucieczka, a uciekamy przed zniewoleniem. Dlaczego? Ha! Sam nie wiem. Nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, ale naprawdę teraz sobie zdałem sprawę z tego, że nasz strach przed owym zniewoleniem ma podłoże czysto ideologiczne.

***


Trochę pouprawiałem baratin, więc chyba mogę iść dalej. Czytając te słowa, dajesz mi na to zezwolenie- na pływ moich słów dalej i dalej. Czy to przyzwolenie, czy zniewolenie? Jeżeli już, to kogo?

***


Jesteśmy zniewalani. Czas mija. O tym również śpiewa Bruce Dickinson. Tęskni, pytając o dawne mity. Ciągłym, nieprzerwanym potokiem słów podsumowuje współczesny los człowieka, robiąc przerwy jedynie na oddech i na solówki gitary. Nie ma w tym ani narzekania, ani zachwytu, ani negowania, ani upiększania. Zwykła tęsknota za tym, co minęło.
Czy zwykła? Ożywia się w momencie śpiewania o poszukiwaniu wyzwoliciela- John’a Wayne’a. Bo sami się z tego nie wyciągniemy. Jedynie mistyczne siły wyciągają nas z objęć tęsknoty. I czy to my nie chcemy jej opuścić, czy to ona nas? Jak stwierdził profesor Philip Zimbardo, człowiek nieśmiały jest dla siebie zarazem strażnikiem i więźniem. Musielibyśmy zarazem przełamać tyle barier- strachu więźnia, oporu strażnika, obawy przed nawrotem tęsknoty. Najlepiej aby zrobił to ktoś za nas. Ale nie jest to takie proste.
Bo to taka ludzka tęsknota, która nie chce nas opuścić. Sami ją wyhodowaliśmy. Co jednak jest najciekawsze- nasze pojęcie zniewolenia jest oparte na kłamstwie. Tęsknota zaś na prawdziwości doznań, czyli wolności. Samo się tak zaplątało, czy też jakieś długie słowo jest za to tym razem odpowiedzialne? A może to my sami komplikujemy sobie życie wtedy, kiedy nie potrzeba? Że o innych na tym globie nie wspominając.
Ta tęsknota jest zniewalająca. Zniewalająca, mimo, że jak najbardziej zgodna z prawdą.

***


Wyjątkowo skupiłem się na konkretach, mimo wielu myśli, które odciągały mnie od toku myślenia zamieszczonego powyżej. I jak na razie to nieobecność Magdy zadziałała na mnie twórczopędnie ;). Ale nauczyć tęsknoty też się muszę...

Pozdrawiam
krogulczas

czwartek, 17 maja 2007

K

Nic go już nie obchodzi. W niczym nie znajduje pasji. Ten, który zawsze był wesół, teraz oddał pola...

***




Zbliża się czas
Kiedy nie będę już więcej jednym z was
oddaliliście się
Oddaliłem się
porzuciliście mnie
Porzucić was też musiałem
Nie chciałem...

Radość i smutek
Euforia i agonia
Łzy... te zawsze były piękne
Niezależnie od formy
w jakie były przybrane
Opuszczony na każdym froncie
Przez każdego kogo się dało
Brata, Ojca, Matkę
Jeden w jednej chwili
Drugi po chwili
A ostatnia co chwila

Zmarnowany?
Zraniony?
Zgorszony?
Zdradzony?
Nie chcę...

Norma to, że jestem szczeniackim wybrykiem
Pogrom postępuje
Fala powraca
Tylko... co mi z tego?
Zostałem nauczony beznadziejności
niedorzeczności
słabości

Bóg o mnie zapomniał, więc wy, na ziemi, zapomnijcie o mnie
Nie cierpię za miliony... chyba że własnych myśli
Kotłują się tu, w środku mnie...

Sił będę miał tyle ile uznam
Zaprzestanę tego co zbędne
A i tak...
a i tak...
A I TAK...
Chcę pomocy

17.05.2007

***



Każdy ma pewien próg tolerancji. Każdy wytrzymuje pewną dawkę energii, siły. To akurat taki fizyczny akcent naszego żywota, który jawnie przypomina nam, że jesteśmy zbudowani z materii martwej.
U mnie próg ten runął. Nawet nie padł... runął jak komunizm. W jednej chwili miałem jakiekolwiek oparcie, w drugiej- żadnego.

***



Przepowiedziano mi powtarzanie klasy z powodu łaciny. Przedmiotu, który powinien grzecznie spoczywać w grobie, a miast tego wysyła swoich sługusów, którzy myślą, że potrafią nauczać.
Przepowiedziano mi powtarzanie klasy z powodu łaciny. Przepowiednia ta z ust osoby, która jest tą wieścią upojona, padła dzisiaj. Tak oto straciłem zaufanie do matki. Absolutnie. Muszę tylko wytrwać i wyjść z domu. Sama takich słów użyła, więc dlaczego miałbym być gorszy, łudzić się? Jebie mnie ta resztka rodziny. Matki nawet nie mam głęboko- nie ma sensu tracić zdrowia. Elżbieta jest dla mnie zwykłym obywatelem, który nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
I vice versa, mateczko.

***



Czasami wole byc zupelnie sam
Niezdarnie tanczyc na granicy zla
I nawet stoczyc sie na samo dno
Czasami wole to niz czulosc waszych obcych rak
Posiadam wiare w niemozliwa moc
Potrafie jesli chce rozswietlic mrok
Moge poruszyc Was na kilka chwil
Tylko zrozumcie kiedy zechce znowu soba byc

Na pewno czules kiedys wielki strach
Ze oto mija twoj najlepszy czas
Bezradnosc zniosla Cie na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala slodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znalezc droge w cieply sen
Slowa zlewaja sie w falszywy ton
Gdy nadwrazliwosc jest jak bilet w jedna strone stad
Oklamali mnie z nadzieja ze
Uwierzylem i przestane chciec
Musze leczyc sie na bol i strach
Gdzie jest czlowiek ktory z siebie sam pokaze mi jak
Kto pokaze mi jak? x3

Czasami wole byc zupelnie sam
Niezdarnie tanczyc na granicy zla
I nawet stoczyc sie na samo dno
Czasami wole to niz czulosc waszych obcych rak
Posiadam wiare w niemozliwa moc
Potrafie jesli chce rozswietlic mrok
Moge poruszyc Was na kilka chwil
Tylko zrozumcie kiedy zechce znowu soba byc
Znowu soba byc... x3

Na pewno czules kiedys wielki strach
Ze oto mija twoj najlepszy czas
Bezradnosc zniosla Cie na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala slodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znalezc droge w cieply sen
Slowa zlewaja sie w falszywy ton
Gdy nadwrazliwosc jest jak bilet w jedna strone stad
W jedna strone stad x3

Niczego nie bedzie zal

Oklamali mnie z nadzieja ze
Uwierzylem i przestane chciec
Musze leczyc sie na bol i strach
Gdzie jest czlowiek ktory...

...Niczego nie bedzie zal


Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 25 marca 2007

Regularność kolorów, nieregularność życia

Podsumowanie ostatniego czasu tj. czasu od ostatniej notki nie wypada zbyt... mało kolorowo. Tak, to dobrze odda sprawę. Wypada czarno niczym mrok, złoto niczym blask poranka. Złoty jest też rosół, jaki jadłem u dziadków wraz z ojcem, widząc go po raz pierwszy od spotkania wspomnianego z poprzedniej notce. Ten czas przypada jednakże prędzej pod kolorem harcerskiej zieleni, raz nawet fioletu klasowego. Pojawił się różnież ognisty czerwony kolor miłości Walentynek oraz jego intensywna, nagromadzona, może nawet i dojrzała odmiana, która dopadła mnie później. Była też biel bandaży i granat nowego temblaka dla wybitego barku. Nawet brąz objawił się w gitarze, a róż, którego w życiu bym do domu nie zaprosił, okazał się sztandarowym kolorem kursu języka japońskiego. Dostrzegłem również szarość wielkiego miasta stołecznego, zaledwie w ostatni weekend. Pomarańczowa jest okładka mojej książki pomocniczej do historii, do PO i do niemca, z których mam do środy mieć klasówki- dzień po dniu. Nie wpasował się jedynie WOS, ostentacyjnie błękitny, a z którego jest również jeden ze sprawdzianów- ten wypada w środę. Kolory lasu- zieleni, czerni i brązu, maskują nowy plecak, a komórka rozbrzmiewa innymi odmianami i odcieniami niebieskiego w zależności, czy ktoś dzwoni, czy ja dzwonię, czy przychodzi sms.

***



Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?

***



Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.

***



Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.

***



Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.

BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH

Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light

I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now

Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others

Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)

Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

***



Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.

Pozdrawiam
krogulczas

środa, 20 grudnia 2006

Znikanie.

Tradycyjnie. Ale... coś w nich do cholery jest. Coś, co zmusza mnie do notkowania.

COMA. LISTOPAD.
Pierwszy znak jakby z wnętrza wydobył się chmur
Bez tchu, bez sił, bez wiary - znak
Jakby ktoś mocno chciał mi przypomnieć
Że jest za kłębem brudnej pary porządek gwiazd

Całą noc nie mogłem spać
Amfetamina ma gorzki smak
Czuję że znów będe się bać
Mimo że ktoś daje mi znak
Mała Ty wiesz dławi mnie tlen
A każdy dzień wymyka się
Druga zero trzy nie ma dokąd iść
Jak mogłeś odejść stąd
wW taką nieludzką noc
Moja głowa chce, moja głowa znać
Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa
Jakiś powód


Na całe szęście wiem jak radę dać bez wiary i
Znalazałem wielu, którzy drogę pokazali mi
Przez całe życie na najwyższej pędzą fali
Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali

Czemu mnie zostawił?
Czemu się oddalił?

Musiałem znowu się schlać
Nie widać drogi we mgle
Listopad włazi do miast
Na dole dzieje się źle

Musiałem tulić brudne ciała suk
Musiałem stracić przezroczystość na którejś z tamtych dróg
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
Nocne płacze i modlitwy
Tyle razy próbowałem
Szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw

Tak mi przykro

O tak mi przykro
Chciałbym jeszcze raz

***



Od pewnego czasu zauważyłem, że nieustannie szukam przyczyn pewnych sytuacji. Dostrzegam właściwie wszystkie możliwe przyczyny, jakie mogą wpływać na taki a nie inny stan rzeczy. A dzięki ostatnim tygodniom nie tylko dostrzegam wszelkie problemy tego świata, ale również po kolei je rozwiązuje. Po kolei.
Dotychczas również rozwiązywałem problemy. Od wieku 14. lat towarzyszą mi moje własne słowa jako zasada życia: "Z przeszłości wyciągaj tylko wnioski".
Lecz wiedziałem, że naokoło mnie wciąż pozostanie nieskończona liczba problemów, których w życiu nie rozwiążę...

***



Do jasnej cholery, ja planowałem swoją przyszłość! Lecz to już nawet nie planowanie było... to było bezcelowe przewidywanie. Np. owo ciągłe rozwiązywanie problemów. Kiedy dojdę do kryzysu wieku średniego to będzie dla mnie praktycznie koniec mojego życia. Nie będę w stanie robić tego wszystkiego co mógłbym, a co byłem w stanie robić. Potencjalnie, rzecz jasna, lecz biorąc pod uwagę moją wesołą przeszłość i wariacje między ojcem a matką oraz mną pośrodku oraz epizody niezależnie z nimi związane... Ciekawie by się działo.

***



Ale przecież mam tylko te siedemnaście wiosen na karku. A w głowie mi wiek średni.

***



Nastąpiła zmiana taktyki. Większości rzeczy mówię bardzo dobitne "a pieprzyć". Nie dosłownie rzecz jasna- kto wie jakby się to mogło skonczyć dla moich bogu ducha winnych genitaliów.

***



Tak. Wracam do siebie. To, co mnie jednakże przeraża, to że przeklinam częściej niż dotychczas. Nie udało mi się zniżyć do poziomu wesołych kiboli, dla których "kurwa" robi za spację, ale i tak jest tego więcej niż zwykle. Średnio mi to się podoba, ale... jak od razu łatwiej eksponuję swoje zdanie i emocje ;). Np. takie "ja pierdolę..." podczas ataku śmiechu. Albo reakcja na szokującą nowinę "o kurwa... ja pierdolę". Cóż, rozpoczynam z dniem dzisiejszym samokontrolę i korekty. Trochę... za daleko to zaszło.

***



Jestem zadowolony z siebie. Jest zupełnie inaczej. A co najlepsze, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu ostatniego roku aż tyle się mogło mi przydarzyć. Totalnie nie poznaję siebie z każdym kolejnym dniem, mając za wzorzec wyjściowy- "Krogul dzień poprzedni". Jest to... zadziwiające. Dopiero z perspektywy czasu to zauważyłem. I muszę powiedzieć, że jest to... miłe uczucie. Poczucie zmian jakie mnie dosięgnęły.
Ile książek przeczytałem, ile filmów, ile serii anime obejrzałem.
Ile kłótni za sobą mam, ile nowych znajomości zawarłem...
Ile we mnie zmian zaszło. I to wciąż dla mnie mało.

***



Zacząłem pisywać wierszyki. Takie białe, zwykłe. Jak odczuwam potrzebę- otwieram z hukiem stosowny zeszycik i jazda. Wisława Szymbowska powiedziała niegdyś "Poetą się nie jest, poetą się bywa". I chyba to mnie właśnie dopadło.

***



Wiecie co jest ważne? Ukierunkowanie swojej energii, siły na wyznaczony cel. Wczoraj tego doświadczyłem. Dopadła mnie wena na zrobienie czegoś. No i wpadła mi do głowy realizacja mojego starego pomysłu- aby na zimowiskach szczepowych brać udział nie jako zwykły uczestnik, ale jako osoba tworząca i realizująca program. Po prostu mnie nosiło po domu. Zajrzałem do lodówki- nie. Kompa nie ma- nie wyżyję się na NPC'ach. Książki! I one zawiodły... Tylko filozoficzne rozprawy Kartezjusza, Pascala, Nietzschego, Hume'a lub Rousseau mi pozostały. A w chwili napięcia umysłu nie miałem ochoty go uspokajać. No to załatwiam sobie robotę- piszę program zajęć, które sam z przyjemnością poprowadzę. Zgłaszam istnienie zalążku odpowiedzialnym za program i wkręcam się w bycie programowcem.
Ah! Spełnienie! Rozkoszne uczucie. Realizowanie własnego planu- to jest to. Najwłaśniejszego jak tylko własnym może być.

***



Eksperymentuję z własnym stylem pisarskim. Eseje fajna sprawa, muszę stwierdzić. Kto wie co wyniknie z moich prac, narazie zamieszczanych na łamach mojego nic nie spodziewającego się zeszytu od polskiego...

***



...ale mi właśnie staw skoko-goleniowy strzelił :D...

***



Chcę podróżować. Cholera jasna, jak bardzo chciałbym zorganizować sobie fundusze na wyjazd w najbliższym czasie. Najchętniej do Krakowa. Bardzo lubię tam przebywać, może miałbym okazję poznać je lepiej np. zgubić się gdzieś w jego wesołych uliczkach. Bardzo chętnie bym się tam zgubił- adrenalinka jakich mało, zaręczam.

***



Więc narazie oczekuję ciebie przyszłości, przyszłości niepewny
Jak bardzo mi spać nie dasz, gdy wyjawisz mi nieoczekiwane sekrety

***



Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 10 grudnia 2006

Dlaczego.

Coma. Terapia w drodze.

***


Jestem wrakiem.
Totalnie upadłym człowiekiem.
Psychicznie.
Fizycznie.
Lecz nie duchowo. Ta ostatnia sfera pozwala mi jeszcze jako tako funkcjonować, ale kto wie ile wytrzymam.

***


Wczoraj był "Opal 2006"- festiwal. Mimo tylu znanych mi tam ludzi, dotarło do mnie to, do czego dochodziłem już wcześniej- że jestem kompletnie sam. Wypełnia mnie totalna pustka. Nie mam nikogo- dlatego chwytam się kogo i czego się da. To może być człowiek, to może być przedmiot, to może być myśl, albo emocja. I idę na dno. Jak wrak.
Nigdy nie byłem w takim stanie w jakim obecnie jestem. To, co się wydarzyło, zbiera żniwo.

***


Rzuciłem się na matkę. Jakieś dwa tygodnie temu.
Pełen wściekłości, gniewu, goryczy, żalu, strachu, paniki.
Z dnia na dzień osiągam kolejne granice- robię to, czego pragnąłem. Osiągnąłem granice nienawiści, osamotnienia, pustki moralnej, gniewu, odrzucenia.

***


Na obecną chwilę jestem sam na tym świecie. Żadnej matki, żadnego ojca. Żadnych dziadków, ani ciotek, ani wujków. Nikogo. Przyjaciół też nie mam. To tylko znajomości i znajomi. Doszedłem do kresu zaufania i przeszedłem na stronę nieufności. Nikomu nie chcę zaufać. Boję się zaufać.
Po tym jak ją uderzyłem, wybiegłem na cmentarz, do Kuby- mojego brata, zmarłego po porodzie. Tam pojawiły się pierwsze obajwy braku zaufania. Myślałem "Przecież mógłbym do kogoś iść... nie mam do nikogo daleko, bo za dużo osób znam. Ale nie chcę." Kiedy powiedziałem o tym matce, nazwała to instynktem obronnym. Brak zaufania jest oznaką instynktu obronnego! Dawno tak nie chciało mi się płakać i śmiać. Obie emocje zdusiłem.

***


Po tym zdarzeniu co jakiś czas dopadały mnie stany owego oczyszczenia- swego rodzaju obojętności wobec wszystkiego, wszystkich i siebie. Wszystko jest takie jasne, przejrzyste, nieskomplikowane... zwyczajnie pozbawione uczuć. Lecz kiedy tylko uczucia wracają, a myśli pozostają na swoim miejscu, zapadam się. Zamknięcie uderza ni stąd, ni zowąd. Osamotnienie pozostaje.

***


Jestem ostoją wiedzy. Mnichem, wiedzącym wszystko, znającym wszystkich. Potrafię wszystkich złamać, wszystko zmienić. Mam taką siłę.
Ale nie potrafię nikogo poznać. Nie potrafię niczego poznać. Nikogo nie zmieniam, nie przekonuję. Jestem bezsilny.
Mnich w "Podróży na Zachód" znalazł w końcu to, czego nie potrafił posiąść- umiejętność śmiania się. Ja już nie potrafię się śmiać- miast tego zamykam się w swoich myślach. Nikt mnie nie obchodzi, więc ja nie obchodzę nikogo.

***


Chciałoby się umrzeć, skończyć walkę, męki, cierpienia. Lecz co bym tym udowodnił? Nawet nie widziałbym aktu swego zwycięstwa i kapitulacji oponentów. Dlatego nie kończyłem do tej pory z życiem. I tak łatwo nie skończę- za bardzo mam ochotę dopierdolić matce. Szczerze. Nie ma sensu udawać syna, kiedy ona nazywa mnie wrogiem, agresorem, chamem, gówniarzem, sukinsynem i... synem. Tym ,któremu nie można zaufać. Kiedy trzeba, mam siedzieć cicho, aby jej nie zranić, albo żeby ona mogła ranić mnie.
Koniec z tym...

***


Czy rzeczywiście?

***


Strach. Gniew. Nieufność. Zwątpienie. To wszystko skumulowane zaledwie w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.

***


I koniec

wtorek, 3 października 2006

Samoceona- jak najwyższa oraz (po napisaniu 75% notki) wina ludzkiego winowajcy

"PRZEDOSTAŁAŚ SIĘ W PARSZYWY CZAS
PRZEZ ULICE ZAKAŻONE BEZRADNOŚCIĄ DNI
PRZEZ KORYTARZ BETONOWYCH SPRAW
PEWNOŚĆ ŻE MY
MIMO WSZYSTKICH NIEPRZESPANYCH NOCY
MIMO PRAWDY PORZUCONEJ NA ROZSTAJACH DRÓG
POTRAFIMY W RZECZYWISTY SPOSÓB
ZNALEŹĆ SIĘ JUŻ

W DOMU BĘDZIE OGIEŃ
A DO DOMU PROSTE DROGI
WIODĄ SŁUSZNIE MOJE STOPY
NIE ZABRAKNIE MI SIŁ
CZAS POPLĄTAŁ KROKI
JEST ŁAGODNY I BEZTROSKI
MA ZIELONE KOCIE OCZY
TAK SAMO JAK TY

NAUCZYŁEM SIĘ UMIERAĆ W SOBIE
NAUCZYŁEM SIĘ UKRYWAĆ CAŁY STRACH
NIE DO WIARY ŻE TAK BARDZO PŁONĘ
NIE DO WIARY ŻE ROZUMIEM KAŻDY ZNAK

ZAPOMNIAŁEM ŻE OD KILKU LAT
WSZYSCY GINĄ JAKBY NIGDY ICH NIE MIAŁO BYĆ
W STU TYSIĄCACH JEDNAKOWYCH MIAST
GINĄ JAK PSY
DOBRE NIEBO KIEDY WSZYSCY ŚPIĄ
POCHLIPUJE MODLITWAMI NIESTRUDZONYCH UST
TYLKO BŁAGAM NIE ZAŁAMUJ RĄK
CHRONI NAS BÓG

JA MÓGŁBYM TYLE SŁÓW UTOCZYĆ
KRĄGŁYCH I BEZTROSKICH
ZE SŁONEGO CIASTA ZMIERZCHÓW
JEŚLI ZECHCESZ JE ZNAĆ
WZROK PRZEKROCZYŁ LINIĘ
HORYZONTU ABY ZGINĄĆ
A TY PRZY MNIE ŚPISZ I ŻYJESZ
NIEODLEGŁA W SNACH

NAUCZYŁEM SIĘ...
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
CZEKAM"

Zadziwiający tekst autorstwa Comy. Zadziwiający jest dla mnie również fakt wylosowania się tegoż utworu w momencie, kiedy rozpoczynałem myślenie o spisaniu jakowejś notki. Na poziomie tych myśli, które człowiek ma zwyczaj snuć sam do siebie i jakkolwiek by się nie starał, to i tak ich nie przedstawi- na tym właśnie poziomie moje myśli się nie wykrystalizowały. Stało się tam dla mnie jasnym o czym będę pisać.
A jednak nie wiem. Zadziwiające, jak człowiek potrafi... być niezgodnym ze swoim ciałem. Nie rozumieć go, ignorować je, bądź go zwyczajnie nie dostrzegać.

***



Wczoraj do 23.30 miałem przeprawę z matką. Wiele mówiła jak zwykle. I jak zwykle wydawało jej się, że może ze mną rozmawiać tak, jakby mnie rozumiała. A ponownie nie rozumie nic.
Moja wina? Czy też jej? Od dłuższego czasu jedną z głównych rzeczy, nad jakimi zdarza mi się skupiać myśli, jest skłonność człowieka do poszukiwania winnego. Ukojenia nie daje nigdy jednak ani znalezienie winnego, gdyż z natury winy, trzeba ją przykładnie ukarać. Nie lepiej jest, gdy wina nie jest znajdowana. Lecz pojawia się tutaj jeszcze absurd- że wina zawsze musi być dziełem człowieka. Rousseau twierdził, że "człowiek jest z natury dobry". Thomas Hobbes stwierdził z kolei, że "czlowiek jest z natury egoistą". Janseniści poszli jeszcze dalej- mówili "człowiek jest z natury zły", podobnie zresztą Kalwin wraz ze swoją teorią predestynacji- "ludzie nie są potępieni dlatego, że grzeszą, ale grzeszą dlatego, że są potępieni".
CZłowieczeństwo wykształciło swój własny sposób na znajdowanie winnego poprzez utwierdzanie się w tym, że skłonność człowieka do szkodzenia w skali nie mogącej być zrekompensowanej przez czynione dobro jest w nim zbyt wysoka, aby można na podstawie prostego rachunku logicznego uznać człowieka za logicznie z całą pewnością złego i jako takiegoż- winowajcę. Na tym przecież również opiera się system prawny każdej społeczności- od Dekalogu, przez kodeksy prawne po plemienne uwarunkowania (a przynajmniej nie zdarzyło mi się trafić na relację społeczności, która by uważała odmiennie). Zawsze doszukujemy się winy w człowieku.
Od czasów w sumie oświecenia, pojawiła się skłonność wprowadzania czynników łagodzących naturalną winę człowieka. Ignacy Krasicki w utworze "Na króla" pisał:
"Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:
Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka"
I chociaż sam utwór w głównej mierze (w dośc demagogiczny swoją drogą sposób) skupia się na obronie króla Augusta Poniatowskiego, to jednak zapowiada postępowanie wyrafinowania w osądzaniu i poszukiwaniu winnego- zaczęto mówić o tym, że to nie człowiek, ale coś w człoeku czyni jego "wizerunek" złym, a raczej rzec by można "niewłaściwym".
Freud dał pole do popisu kolejnym wyrachowanym sposobom znalezienia winy w czlowieku- podstawy psychoanalizy i psychologii, jakie stworzył i jakie zostały rozwiniętę oraz jakie są rozwijane także i dzisiaj zmierzają w tym samym kierunku, co wszystkie inne myśli- że człowiek i tak jest winny. Niekoniecznie zawinił ten konkretny człowiek- może to był ktoś, kto wpłynął na winę tegoż człowieka, samemu sprowadzając na siebie winę?
Zabiegi, opisane pokrótce powyżej tj. w głównej mierze dostrzeganie nie tylko człowieka, ale i jego natury i psychiki, poszerzyły naturę człowieczeństwa, ale też sakzały ludzkość na zatracenie się w przekonaniu, że to w człowieku leży wina.

***



Dlaczego jednakże nie możemy my, rodzaj ludzki, spróbować dostrzegać i (co ważniejsze: akceptować) faktu, że wina jest na tyle abstrakcyjnym pojęciem, że wręcz nienamacalnym i niematerialnym, dziełem naszych własnych zamysłów, a więc tym samym (o ironio!) niepojętym dla niego. CZłowiek w swej bezradności stworzył jednak idealnie określający takie zjawisko przymiotnik- boski. Wina jest aktem boskim.

***



Przepraszam za chaotyczny sposób pisania, a właściwie, za brak z góry określonego tematu. Mimo wszystko, wynika z tego ostatecznie dość wiele i chyba nie na takim paskudnym poziomie. Pomyśleć, że miałem pisać o tym, że nie widzę w sobie powodu do winy dlatego, że wysoko oceniam swoje możliwości i że jedyne, do czego dążę, to... gra. Gra z losem, życiem, eksperymentowanie, próbowanie, znajdowanie plusów i minusów. Na obecną chwilę to mnie właśnie interesuję najbardziej. Chcę poznać granicę mojej wytrzymałości, ale nie na poziomie rozważań, domniemywań i teorii, ale w sposób doświadczalny. Mnie to po prostu sprawia trywialną frajdę. Tydzień temu, w środę, zwichnąłem bark. Bolało jak diabli, ale przynajmniej wiem, że nie jest możliwe, aby gość w przemieszczonymi wszystkimi stawami leżął nieruchomo i bez bólu, jak to było zaprezentowane w animce "Getbackers". Ten zwichnięty bark bardzo mile wspominam, bo był to chyba pierwszy faktyczny przypadek poznania jakiejś granicy, bowiem do tej pory jedynie nadwrężałem wyznaczone linie- nigdy ich ostatecznie nie przekroczyłem tak, aby nie było odwrotu bez kosztów.
Moja matka twierdzi, że życie nie jest wystarczająco długie. Nie rozumie, że dla mnie jest ono wystarczająco długie i że jeżeli chcę, to znajdę w każdej chwili dostatecznie wiele czasu, niż go tam powinno być.

***



Tak sobie ostatnio myślałem, że skoro tak wygląda moje podejście do życia, to przydałby mi się jakiś mecenas, nieprawdaż? Przynajmniej przez jakiś czas. Po prostu chciałbym się zająć... "tylko", tak, to odpowiednie słowo... tylko egzystencją własną i innych.

Czyja to wina?

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 20 sierpnia 2006

Oto moje przemyślenia. Z chwili życia wzięte, na pulpit przelane

Dużo sie działo. Oj dużo. Kto wie, czy nie za dużo? Dużo, ale mało, lecz za dużo, aby to objąć klawiaturową pamięcią. Mógłbym pisaćo np. o obozie, jaki przeżyłem w Bieszczadach. Mógłbym pisać o próbach naiwązania kontaktu z ojcem. Mógłbym, zamiast przeszłości, pisać o czasie teraźniejszym- o matce, o znajomych, o muzyce, która mi tym razem akompaniuje. Mógłbym znowuż wrócić szybkim temptem do przeszłości, zjednoczonej z teraźniejszością przez ogólne słowo zwane "anime"- o moich postępach w oglądania kolejnych serii- zaczynając od uhuhu lat temu Dragon Balla i tego co było na Siódemce, przez to, co obecnie oglądam u siebie na kompie- Hellsingu, GetBackersach, Onegai Twinsach, Berserku, Evangelionie, Azumandze... nie, tą oglądamy już od dwóch lat :D.
A może mógłbym napisać o postępach miłosnych? Na dobrą sprawę jednakże, nie byłoby o czym. Co najwyżej wymieniłbym to, co wpadło mi w oko, ale do czego nie starczyło mi... nie, nie odwagi, lecz... cierpliwości i... bo ja wiem? Zaangażowania? Nie. Prędzej- wyzbycia się obaw. I zaufania. Oj tak. Wyzbycia się obaw i zaufania. Tego właśnie mi potrzeba.
Ostatnio często czytuję różne artykuły o tematyce psychologicznej, głównie w miesięczniku "Charaktery". Nie wiedzieć czemu, nie jest w stanie pozbyć się wrażenia... lęku, że nie wiem dokąd moje życia zmierza. Po prostu nie wiem. Przyszłość jest dla mnie niewiadomą. O tyle mnie to przerażą, bo za dużo otym myślę, za dużo czytam, wiem. Wiem, a jednak ta wiedza prowadzi mnie donikąd. Czyli jednak jest to wiedza...
Boję się mojego związku, mojej przyszłości z tą, z którą zdecyduję się związać. To taki uświadomiony strach. Uświadomiony, bo wiem. Boję się, bo wiem.
Bo jestem synem ojca, który mnie odrzucił. Synem odrzuconym. Naukowo udowodniono, że osoby, które przeżyły rozwód rodziców, nie mają z tego powodu spokoju, jakkolwiek by tego nie maskowały. Można próbować to zmieniać- i to się udaje. Można też nie próbować... albo spróbować i ponieść... klęskę? Nie, raczej dopuścić do niepowodzenia. A może po prostu doprowadzić do tegoż niepowodzenia. Lub rzeczywiście uwierzyć w nieomylność losu. W jego niezaprzeczalność.
Zresztą, czym jest los? Efektem ludzkich dążeń do wyjaśniania niewyjaśnionego. Już nawet, kiedy nazwało się losem jakiegoś boga, od razu było to łatwiej ogarnąć. Potem przyszły filozofie, następnie oświecające religie i oświecajace filozofie, następnie matematyczna rachuba, logika i precyzyjność. A potem cisza. A w ciszy zaczęto słyszeć głosy- znajome. Echa przeszłości- oto czym są owe "głosy". Dopóki to wszystko miało swoją kolejność, porządek, hierarchię, dopóty nie było problemów. Ale problemy pojawiają sie w ciszy. Wtedy wszystko chce wypełnić tę zaciszną lukę swoją obecnością- wszystko zwala się w jednej chwili, zaś mózg ledwo jest w stanie to ogarnąć. Na nasze nieszczęście, wychwyca to, czego byśmy nigdy sami nie wychwycili. Z punkty widzenia matematyki- to jedno z alternatywnych zdarzeń, wniosków. Z punkty widzenia człowieka- to koszmar. Wiesz i nagle nie wiesz. Nie wiesz i nagle wiesz. Horror.
Boję się mojej przyszłości. To, co się wydarzyło, odciśnie swoje piętno. Ta wiedza mnie przeraża. Nie chcę tego. Czy dane mi będzie zagrać z Losem partię? Czy uda mi się zapobiec moim obawom, czy też może Los przekaże mnie w ręcę Fatum?
Tej partii się boję. Boję się. Nikomu tego nie mówiłem, ale czuję, że... trzeba to spisać. Jakoś samo wyszło. Przepraszam, jeśli przyzwyczailiście się do innego stylu pisania. Jestem tylko biedym człowiekiem, bliskim paniki i wyrażającym to w słowach. Nikim mniej i nikim więcej.

***



W swoim czasie śmiałem się z ludzi, którzy w taki sposób pisali swoje notki. Pamiętam, jak przeglądałem te blogi. Wiem jednakże następującą rzecz- z wielu z nich wciąż będę mógł się śmiać, bo jestem przekonany, że osoby takie wciąż boją się szczerości- szczerej rozprawy z sobą samym. To, co je trapi, je przeraża najbardziej. A przecież to tylko myśli. Skłębione... chowane... raczej akumulowane. Teraz już karmione i żyjące własnym życiem, kosztem prawy w umysłach tych ludzi, których coś rzeczywiście dręczy.

***



Mogłem napisać o innej sprawie, innych rzeczach, odrębnych myślach. Mogłem w odmienny sposób przyjąć tą notkę. Ale byłem ona chwilą impulsu, który się stał. Mogłem napisać o moich planach podróży po Polsce, aby kupować sobie w miastach Polski jakieś rzeczy codziennego użytku. Mogłem napisać o projekcie gierki, jaki tworzę wespół z kilkoma moimi kolegami i naszym wychowawcą-informatykiem. Mogłem napisać o tym jak boję się wracać do domu, przepełnionego moją matką i złymi wspomnieniami z nią związanymi- matką, którą przecież kocham. Mogłem. Lecz pod wpływem tegoż impulsu, zobaczyłem, co mnie gryzie. Możliwe, że to nie będzie jedyna taka notka- kto wie.

***



Za dużo w mym życiu chaosu. Czas na zmiany? Nie. Nigdy nie byłem zwolennikiem takich gwałtownych, nagłych zmian własnego ja- to wbrew życiu, które trwa, a nie urywa się i przechodzi do kolejnego punktu, jak gdyby przeszłość nie trwała. Zmiany nadejdą. Jakie- nie wiem. Tych się jednak nie boję- wiążę z nimi nadzieję, nie obawy. Niekoniecznie będą to zmiany w moim sposobie bytowania. To chyba jedyna część tej gry z losem, jaka mi się podoba- zmiany.

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 3 kwietnia 2006

Uduchowiona dusza... uduchowiona notka... rocznicowa notka

Tym razem bez zbędnego rozwodzenia się nad sobą :).
Dzisiaj miałem ogólnie rzecz ujmując bardzo wesoły dzień i zarazem pełen niespodzianek dzień. Zaczęło się niewinnie od sprawdzianu z informatyki z HTML'a. Po tymże sprawdzianie dowiedziałem się o klasówce w biologii którą podejrzewałem o nastąpienie dopiero ok. piątku. Ale jakoś to było- w w sobotę nad tym poślęczałem, potem na kolejnych lekcjach też się pozerkało i jakoś to ostatecznie było. Na fizyce zaś wpadłem w trans śmiechu wewnętrznego na widok tych wszystkich śmiesznych cyferek, definicji i wzorów jakie nam zafundowała babka podczas kartkówki :D. Bardziej się śmiał kolega z ławki z którym miałem przyjemność przypadkiem siedzieć (za co mu się dostawało co chwila nawiasem mówiąc).

***



Lecz nie to jest celem tejże notki.

***



Trudno mi było dopasować muzykę do mojego pobytu w domu. Najpierw puściłem soundtrack z World of Warcraft- czułem się przy nim bardzo dziwnie. Niepokój narastał we mnie, chodć miałem na celu jego likwidację.
Bo dzisiaj właśnie zdałem sobie sprawę z tego jak istotną sferą życia człowieka jest sfera duchowa jej zaspokajanie, ale jednocześnie ekspozycja.
Myśli tłoczą się w mojej biednej głowie, lecz mam nadzieję że jakoś to będzie. Z Metalliką w tle łatwiej jest to ogarnąć, lecz trudniej się pisze. Świadomość prawdy życiowej mówiącej o duchowości jednak nie pozwala mi przestać.
Otóż to. Człowiek odczuwa potrzebę ciągłego zaspokajania swej duszy. Nie może zwyczajnie zaakceptować samotności, chociażby się bardzo chciało. Muszę powiedzieć, że był czas kiedy żyłem jako odludek, udający osamotnionego z powodu niezrozumienia mojej osoby przez wszechświat szeroko pojęty. Dzisiaj żyję w podobny sposób, lecz wtedy nie dostrzegałem potrzeb swojej duszy, mimo, iż to sobie usilnie wmawiałem. Ale oszukiwanie samego siebie należy do efektów ubocznych hipokryzji cywilizacji (o której już kiedyś pisałem), więc nie jest to bynajmniej dziwne z mojej strony.
Prędzej dziwnym należałoby nazwać to, że chyba wreszcie dojrzałem duchowo do bycia z kimś. Przestałem na całe szczęście myśleć zachodnimi stereotypami- byleby tylko do pierwszego seksu i wyzbycia się dziewictwa, a potem... na co komu plany na potem?
Nie.
Mimo, iż wcześniej już zakładałem dłuższy związek (naturalnie, dłuższy jak na mój wiek) jeśli już miałbym się z kimś wiązać, to wciąż nie mogłem wyzbyć się tego sposobu myślenia. Teraz nareszcie mi się to udało. Teraz wiem, że chciałbym z kimś zwyczajnie przebywać i mieć świadomość, że tej osobie jest ze mną dobrzei i że w każdej chwili mogę w niej szukać wsparcia, a ona zaś może znaleźć wsparie we mnie. Tylko po to, żeby zwyczajnie być razem.

***



Do nawału tych przemian i wniosków doszło podczas rozmowy z moimi dwoma przyjaciółkami, w parku, pod bardzo zniekształconym drzewem. Ich zdaniem, drzewo to jest przepełnione jakimś żalem, smutkiem, może rozpaczą... Osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu rzeczy, lecz ich słowa poruszyły mnie, moją wyobraźnię i mój umysł do niezwykłych wniosków. Z niecierpliwością oczekuję nocy- ciekawość nie pozwala mi dłużej oczekiwać i zobaczyć co takiego może mi się przydarzyć w snach. O ile coś się wydarzy. Lecz... kto wie? Pośpimy, zobaczymy.

***



Sądziłem że z długością notki będzie o wiele gorzej (naczy się do słów jakie w tej chwili czytacie doszlibyście kilka minut później :P). Wyszło dość znośnie i przyzwoicie jak na moje możliwosci.
Ostatnią kwestią jaką poruszę w tej notce jest nieco opóźniona rocznica :). Blog istnieje od 1 kwietnia 2005 roku i nie sądziłem przez jakiś czas, że coś z niego będzie, lecz na całe szczęście stał sie dla mnie miejscem, gdzie od czau do czasu mogę swobodnie wyrzucić z siebie to co mnie dręczy. Blogowi tym samym dziękuję za współpracę i mam nadzieję, że nie będzie to moja ostatnia notka :).

Pozdrawiam
krogulczas