niedziela, 17 czerwca 2007

Where is our John Wayne?

Bruce Dickinson "Sacred cowboys"

With sense of irony everyone
you see is chasing their illusion
Take a dive or sink or swim,
but in the end you're
in the same pollution

In your world escape is swift,
the nonsense list
is all you need to know
In the land of dreams,
you make the right connections,
then you'll be the hero...

Ecstasy, the cult of me
provides our institutions
You can live forever
where graveyard that stands
that people used to function

You can join the
saviours of our culture,
vultures circling overhead my sky
Like the sin of gluttony
won't set you free,
but Betty Ford can help you try

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

CHORUS:
Where is our John Wayne
Where is our sacred cowboys now?
Where are the Indians on the hill
There's no Indians left to kill

People die with oxygen
and all their money can afford a breath
People starving everywhere
and staring in the face of death

Prostitutes and politicians
laying in their beds together
You can be the saviour of the poor
making up the policies
to open the back door...

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)

SOLO

You can get all
the things you never needed
You can sell people
crap and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)


***


Przy takim właśnie sympatycznym utworze zdecydowałem wziąć się za siebie i powrócić na chwilę do świata normalnych, żywych istot. Stoczyć się na ten wesoły padół.
Zaczęło się więc niewinnie, od nadrabiania majowego numeru "Charakterów". Zawsze czytam każdy numer od deski do deski, bo to naprawdę wartościowy miesięcznik. Zaspokaja mnie zarówno pod względem wiedzy psychologicznej, jak i filozoficznej, naukowej, fizycznej, etycznej, kulturalnej, artystycznej, życiowej. Zacząłem więc od paru wstępnych mini-artykulików, nowinek ze świata. Na przykład: że na kobiety w obliczu stresu uspokajająca działa męski pot, chociaż w razie braku tegoż specyfiku równie dobrze spisze się głaskanie kota, albo że mycie zębów może (wg. neurologa z Melbourne) doprowadzić do ataku u epileptyka.
Potem przyszedł czas na artykuł numeru- "Spotkaniem wszystko się zaczyna", czyli jak bardzo spotkania, czy to te trwałe, czy tymczasowe, wpływają na nas, oraz jak mogą na nas takie spotkania nie wpłynąć, lub też jakby mogły na nas nie wpłynąć. Sporo jest prawdy w tym co jest tam zapisane- to zaznaczam już na wstępie. Jedne spotkanie są dla nas mniej lub bardziej istotne, inne stają się takimi (lub przestają nimi być) dopiero po czasie. I nawet się dobrze nie rozgrzałem, a tu zostaje umieszczony pewien fragment wiersza Miłosza... Cały wiersz zamieszczam poniżej:

Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?
1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność
poznawania świata.

2. Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest
zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.

3. Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie
po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.

4. Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.

5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać
towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.

6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada
ścisłej hierarchii.

7. Że nałogiem intelektualistów dwudziestego wieku było "baratin", czyli
nieodpowiedzialne paplanie.

8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia
może zepsuć sztukę.

9. Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych sprzecznych twierdzeń
jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy
utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.

10. Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować "wiarę filozoficzną", czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.

11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu,które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji.

12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych
błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny


(jak się później dowiedziałem)
Z tomu „To” Kraków 2004, s.59-60


I od razu nakotłowało mi to w głowie. Szczególnie punkt czwarty: "Prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę". Chciałem się dowiedzieć więcej, więc szperałem. "Szperanie" to chyba jednak zbyt górnolotne słowo, bowiem oznacza zazwyczaj coś, co robimy z przyjemnością, co jest żmudne i co zajmie nam sporo czasu, aż w końcu albo zakończy się sukcesem, albo porażką, albo przekształci się w "dłubanie", a potem w jeszcze gorsze formy marnowania czasu na bezcelowych poszukiwaniach. Niezależnie od tego czego się dopuściłem przez jakieś 5 minut, znalazłem to:
Wykład IV – Homo poeticus

***


Oto czas mi mija, a ja po paru minutach kończę czytać ów wykład. Potrzebowałem czegoś takiego, podobnie jak teraz potrzebuję coś napisać. Co ciekawe, naszły mnie zupełnie inne skojarzenia niż można by się teraz po mnie spodziewać... np. że chętnie dałbym sobie spokój z komentowaniem tego typu publikacji, gdyż same w sobie są świetnie opracowane. Ale jednak, coś pcha mnie dalej. Antylenistwo, zwane potocznie zapałem twówczym.

***


Kłamstwo. Piętnowane, okrutne, chciwe. Ale i piękne. W filmie "Goodbye Lenin" jaki sobie kupiłem już dawno, ale dopiero niedawno go obejrzałem, kłamstwo daje życie zarówno matce, ale także pozwala wzrastać jej dzieciom w pozorach spokoju. Czy było koniecznie? Było. Mlody Alex okłamywał matkę, wielce oddaną socjalizamowi, w Berlinie, wmawiając jej, że komunizm nie upadł. Mimo, że runął mur. I że na budynku naprzeciwko rozwija się szyld Coca-Coli. I mimo, że ona chce oglądać wiadomości o wybranych porach. Albo jeść przedpotopowe ogórki konserwowe, które teraz skutecznie zastąpiły już produkty holenderskie. Prosty, ale ładny film.
W tym wierszu jest ukazane bardzo dobitnie owo kłamstwo. Niewola. Coś, co współczesnemu człowiekowi nawet przez myśl nie przemyka. Czy na pewno? Zobaczmy.
"Zniewolenie" jest terminem każdemu dobrze znanym. Jest powszechnie potępiane jako skojarzone z czymś negatywnym. Jakże łatwo zmienia zabarwienie, będąc zestawione z chociażby słowem "miłość". Będąc zniewolonym miłością od długiego już w sumie czasu, doskonale się z tym czuję. Przyznałem się do tego parę dni temu, ale to trwało już wcześniej. Tylko o tym nie wiedziałem :D.
Lecz co się dzieje kiedy myślimy o wszystkich aktach niewoli z przeszłości. Nawet Grecy- ci filozofie, uczeni, matematycy, pogrążeni w doskonaleniu sfery ciała i ducha jednocześnie, mieli własnych niewolników. Ludzi od nich uzależnionych. Zarazem jednak, czy można powiedzieć, że tamci niewolnicy kłamali? A co dopiero w Rzymie- tam nawet nie zależało im na kłamstwie, chociaż już wtedy rodził się chyba współczesny, zawarty u Miłosza odbiór zniewolenia, przyrównanego do kłamstwa.
Potem to powoli przekształcało się, ewoluowało, zmieniało postać, rozwijało się tu, a kurczyło tam, gdzieniegdzie mutowało. Normalny tor biegu historii. Przychodzi w końcu czas rozprawianie się z niewolnictwem i mamy tenże wielki, chociaż mozolnie osiągnięty sukces.
I gdzie tu jest coś o kłamstwie?
Zwycięzcy dyktują podręczniki historii. Tak było i tym razem. Niewolnictwo stało w sprzeczności z demokracją, więc zaczęto je w US & A potępiać na całej szerokości, chociaż z pewną zrozumiałą dozą niechęci (vide wojna secesyjna, Ku Klux Klan itd.).
Więc jak skutecznie potępić jakąś postawę?
Po pierwsze, znaleźć (najczęściej: stworzyć) jej korelacje z innym złym zjawiskiem. Tak jak Nietschemu przypisywano stworzenie faszyzmu (owej "woli mocy" z powyższego wiersza Miłosza). Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co będzie pewnikiem potępione. Kłamstwo zazwyczaj zdaje egzamin, ponieważ na nim jest oparte wszelkie zło tego świata. Wszelkie zwroty typu "Nie chciałem", "Pomożemy" czy "To się nie wydarzyło" jest naturalną konsekwencją chęci uniknięcia nieprzyjemności związanych ze stanięciem wobec prawdy.
W tym miejscu pojawia się "po drugie": należy przenieść to wszystko na arenę metafizyki, wyjść poza biologiczną ludzkość, zatrudnić do roboty muzy, przywołać paru nieżyjących staruszków i powołać się na przeciwieństwo owego przyrównywanego przedmiotu potępienia. Dla kłamstwa będzie to rzecz jasna prawda, dla morderstwa- wartość życia. My, ludzie, tak bardzo lubimy wszystko upiększać, gloryfikować i stawiać poza naszą jurysdykcją, nazywając to tak skomplikowanymi terminami, że rzeczywiście może się okazać, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Słodkie, prawda?
I od razu mamy piękny obraz wszystkiego- niewola to kłamstwo, kłamstwo to ucieczka, a uciekamy przed zniewoleniem. Dlaczego? Ha! Sam nie wiem. Nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, ale naprawdę teraz sobie zdałem sprawę z tego, że nasz strach przed owym zniewoleniem ma podłoże czysto ideologiczne.

***


Trochę pouprawiałem baratin, więc chyba mogę iść dalej. Czytając te słowa, dajesz mi na to zezwolenie- na pływ moich słów dalej i dalej. Czy to przyzwolenie, czy zniewolenie? Jeżeli już, to kogo?

***


Jesteśmy zniewalani. Czas mija. O tym również śpiewa Bruce Dickinson. Tęskni, pytając o dawne mity. Ciągłym, nieprzerwanym potokiem słów podsumowuje współczesny los człowieka, robiąc przerwy jedynie na oddech i na solówki gitary. Nie ma w tym ani narzekania, ani zachwytu, ani negowania, ani upiększania. Zwykła tęsknota za tym, co minęło.
Czy zwykła? Ożywia się w momencie śpiewania o poszukiwaniu wyzwoliciela- John’a Wayne’a. Bo sami się z tego nie wyciągniemy. Jedynie mistyczne siły wyciągają nas z objęć tęsknoty. I czy to my nie chcemy jej opuścić, czy to ona nas? Jak stwierdził profesor Philip Zimbardo, człowiek nieśmiały jest dla siebie zarazem strażnikiem i więźniem. Musielibyśmy zarazem przełamać tyle barier- strachu więźnia, oporu strażnika, obawy przed nawrotem tęsknoty. Najlepiej aby zrobił to ktoś za nas. Ale nie jest to takie proste.
Bo to taka ludzka tęsknota, która nie chce nas opuścić. Sami ją wyhodowaliśmy. Co jednak jest najciekawsze- nasze pojęcie zniewolenia jest oparte na kłamstwie. Tęsknota zaś na prawdziwości doznań, czyli wolności. Samo się tak zaplątało, czy też jakieś długie słowo jest za to tym razem odpowiedzialne? A może to my sami komplikujemy sobie życie wtedy, kiedy nie potrzeba? Że o innych na tym globie nie wspominając.
Ta tęsknota jest zniewalająca. Zniewalająca, mimo, że jak najbardziej zgodna z prawdą.

***


Wyjątkowo skupiłem się na konkretach, mimo wielu myśli, które odciągały mnie od toku myślenia zamieszczonego powyżej. I jak na razie to nieobecność Magdy zadziałała na mnie twórczopędnie ;). Ale nauczyć tęsknoty też się muszę...

Pozdrawiam
krogulczas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz