czwartek, 7 czerwca 2007

Rozdanie

Życie pisze najlepsze scenariusze. Do napisania poniższych wypocin zainspirowała mnie dzisiejsza (a właściwie wczorajsza, bo ok. 4 godzin zajęło mi napisanie poniższego opowiadanka) sytuacja.
Zobaczymy jak się przyjmie ;)

***



Rozdanie



-Zasady są jasne, czy tak?
-Jak słoneczko, jak słoneczko...
-Gdy my gramy, nie oszukujemy. Po prostu... mamy tę partię zakończyć. Dla wyższego dobra.
-Bardzo pięknie.
-U nas wszystko dramatyczne.
-W wielkiej skali.
-I takie...
-Niebotyczne?
-A jak jakiś z nas jęknie?
-To już wszędzie jęczy, to po wszystkich barach szumi, to po wszystkich urzędach brzęczy.
-Ale kto to tam zrozumie...
-Myślałem, że zasady jasne i znane?
-A ta, ta, znane...
-No to jazda. -to rzekł Pan G. i począł karty rozdawać.
Rozdanie było dobre. Skuteczne, prawidłowe. Zwyczajnie- szczęśliwe.
Żyd przypatrywał się swoim kartom, a pan S. całej rozgrywce. Zajęty był prędzej jakimś arcydziełem, ale kto by się tym przejmował. Obserwował grę i kunszt jednocześnie- jedno oko tutaj, drugie tam, jeden dźwięk uchwycił z rozmowy, a drugi stworzył wyobraźnią. Znać było, że go karciane przeliczenia nie interesują. Nie jego to był interes- jego interesował wynik rozgrywki. A ta zaś była zacięta. Kto wie? Może i jakby im całą noc dać to by się coraz ciekawiej robiło?
Ale... to nie dla S. Marnotrawić czas, to innych i innym, a nie jego. Z tej rozgrywki miały wyniknąć poważne konsekwencje. Tak poważne, że mogły wpłynąć na całą przyszłość życia P., a już z całą pewnością na najbliższych parę miesięcy, z dobrym wiatrem na kilka lat.
Sam sobie był jednak winien... szczędził na rozgrywkę i nie dbał o zapewnienie dostatecznej kwoty- to się mogło źle skończyć. Powierzył swoją najbliższą przyszłość rozgrywce karcianej, której zasady miałby jasne dopiero po jej zakończeniu.
A zakończenie oddaliło się już po paru minutach i to w niepokojących okolicznościach.

Żyd prowadził grę dalej. Nie zależało mu na rozwiązaniu samym w sobie, bowiem swoje udziały miał- jak to Żydzi w zwyczaju mają. Chciał doprowadzić do rozwiązania... i mieć to za sobą. Zysk miał zagwarantowany- jedyne, do czego miał doprowadzić, to do rozwiązania rozgrywki, ale nie do jej przerwania, chyba, że "dałoby się to przeprowadzić". Ale zasady były trudne. Spisane nieformalnym, słownym przyrzeczeniem- oto kodeks każdej partii. Każdy kto przystępował do gry miał do wyboru szereg strategii- mógł partnera potraktować różnymi sposobami. Mógł mu nawet przy odrobinie szczęścia tak kiery i piki ze sobą zestawić, że był urządzony na całą rozgrywkę. Ale niechby mu się jaki trefl dociągnął- wówczas nie ma już prostej sprawy. Trzeba się trefla pozbyć, a najlepiej podać go gdzieś dalej, w rundkę po stole. W końcu ktoś, kiedy już dobije do dna ze wszystkimi felernymi treflami, może iść już tylko w górę. Talia ma tylko 52 karty- to jej jedyna zaleta.
I tymi też 52 kartami był Żyd teraz zainteresowany. Trefle zbierał, lecz karo nadganiał. Ten pik jeden- dama- psuł mu nieco szyki już od dwóch rund, ale źle nie było. Zresztą, z taką damą mógł wiele zwojować. Nigdy nie wiadomo jakie oblicze przybierze. Byleby z nią uważać. Chciał to tylko zakończyć- zysk miał zapewniony ponad stawkę gry u pana S.
Pan G. nie wiedział co myśleć o tym rozdaniu. Zawsze, gdy dostawał konkretne rozdanie, potrafił je odpowiednio zużyć, tak, aby wygrać. Jeżeli była potrzeba, grał długo, ale mądrze. Gorzej, że rzeczywiście długo grał. Kiedyś ponoć jedna tylko runda między nim a Todsem zajęła mu kilka dni. Trudno było, ale o dziwo nie myślał nad grą wedle zasad, ale nad odpowiednim ich wykorzystaniu do swych celów. I wykorzystał je.

Tutaj jednak było inaczej. Obserwował ich z boku, zawieszony nad arcydziełem, pan S. i to stwarzało ten szczególny rodzaj problemu, którego nie dało się ominąć. Mógłby zacząć już teraz, ale... tak wcześnie? Rozdanie nie było pomyślne, ale żeby tak od razu je wstrzymywać? Jedną z zasad było wstrzymanie partii na czas rewizji zasad, pod warunkiem zaistnienia realnego problemu niemożności rozwiązania partii, bez ograniczenia czasowego. Wówczas strony zazwyczaj zastanawiały się nad stosownym rozwiązaniem problemu.

Pan S. raczył się arcydziełem.
Pan G. mamrotał po nosem nad rozdaniem.
Żyd obserwował rozwój wydarzeń.

Taka przerwa była czasem błogosławieństwem. Pan S. czasem też miał potrzebę zagrania o własną przyszłość- jak każdy. Zasady lubił poddawać wnikliwej analizie i na tym zbudował swoją taktykę. Znając zasady, mając je zanalizowanymi, mógł je wykorzystać w uczciwy i sprawiedliwy sposób. Uchodził za osobę sprawiedliwą i zawsze tak też żył. Czasem tylko niewinnie na biało kłamał, w ostateczności łgał w żywe oczy. Ale poza tym okulary go przed belkami w oku dość skutecznie chroniły. A że plusy, to i drzazgi widział i wyciągał. Chyba, że ktoś nie chciał. Ale cóż takim począć- rękę wyciągasz, a taki nie tyle całą odgryzie, ile zwyczajnie ugryzie i wściekliznę zaszczepi. Ale S. nie z takich ran się wylizywał w przeszłości.

Pan G. niecierpliwił się. Szła już trzecia runda, a on jeszcze nie miał ani taktyki, ani, co gorsza, przewagi. Na partii mu zależało... podobnie jak i S. Tu leżał pies pogrzebany! Chociaż na boku czytał arcydzieło, był przecie tylko na boku, u boku, przy boku niemalże. Na szyi dało się wyczuć jego oddech, a bicie zdenerwowanego serca słychać było w każdej chwili ciszy jaka zalegała po ułożeniu karty przez kolejne ze stron. Gdyby G. zdecydował się na rewizję, wtedy... no właśnie. Nie wiadomo co by S. zrobił. Był przecież prostym człowiekiem, który chciał tylko dojść do prawdy i to właśnie akurat to pragnienie prawdy odzywało się w nim wtedy, kiedy G. tego nie chciał. Nie patrzył na to z perspektywy przewagi którejś ze stron. Jemu przed oczami stała jedna jedyna wizja- że raz rozpoczęta rewizja musiałaby się zakończyć. Oczywiście, stosownie poprowadzona, mogłaby doprowadzić do przerwania partii z remisowym wynikiem, lecz wówczas nikt by nie zyskał, czyli stracił- wedle logicznego wniosku tej mentalności. Tylko Żyd, który ma własne źródła dochodu jakoś by na tym wyszedł, prędzej czy później.
Pan S. widział co się święci. Znał G. Kiedy ten podczas rundy jedynie wertuje, przekłada, gniecie kolejne karty- myśli. Niekoniecznie nad posunięciem rundy do przodu, ale na pewno nad posunięciem rundy do przodu po swojej myśli. Zazwyczaj tak aby przeciwnikowi dogryźć. S. nie lubi, gdy w ten sposób traktuje się partnera w grze, ale cóż począć? Każdy gra jak chce i jak potrafi.
G. widział bowiem kilka nieprawidłowości. Runda się nie posuwała, więc zaczął rozmowę z Żydem.
-Powoli idzie.
-Dość- odpowiedział obojętnym głosem Żyd.
-Rzec by można, że stanęło.
-Stanęło- tym samym głosem odpowiedział Żyd.
-Miał pan kiedyś taką sytuację?
-W sumie... może.
-Gdyby było dobrze... znaczy się... Inaczej. Inaczej- w sensie zacznę.
"Oho." pomyślał S.
-Zasadniczo to chyba jeżeli gracz ma jednocześnie zbyt wiele kart, ma obowiązek oddać je w przeciągu dwóch minut...- tutaj G. dobrał pierwszą kartę.
-Prawda to.
-I tak sobie myślę...-dobrał drugą- czy widział pan może pogodę za oknem?- powiedział, gdy sięgał po trzecią
-Ładna, chmury ciekawie do przodu idą.
-O tym samym pomyślałem! Pan przeprosi, sięgnę tylko, i już...
-Czas leci...- pozwolił sobie zauważyć S.
-Ano jak ten czas leci!- potwierdził G.
-Jeszcze czas, panie G.- zwrócił się S. do G.
-Czas to pieniądz- zauważył Żyd.
-Ekhm... dług rzecz święta- pozwolił sobie przypomnieć o rozgrywce S.- a niezadługo termin.
-Żyd pamięta- znowu celnie zauważył Żyd, bo rzeczywiście nadal pamiętał o tym co miało być zrobione.
-O jak ten czas leci! A ja tyle kart mam- powiedział G.
-Panie G., jeszcze czas... ma pan całe 30 sekund.
-A kto by tam czekał. Zresztą, kart się nie pozbędę tylu w tej czy nawet następnej rundzie... Trzeba będzie ponownie rozdać, wedle zasad.
-Będzie trzeba- S. znał tę zagrywkę na wylot. Technicznie, jest możliwe pozbycie się nawet i dziesięciu kart w jednej rundzie, nawet nowicjusze pozbywają się dwóch kart na raz, a kilka partii pozwala na wprawę w pozbywaniu się do czterech nawet. Ale zasady są święte i dwie minuty również stały się święte. Świętym się ustępuje.
Żyd przyjął takie rozwiązanie tej rundy i rozdał karty po raz drugi. Wiedział jednak, że takiego typu partia może ciągnąć się w nieskończoność, aż któraś ze stron nie zrezygnuje i nie odda pola. Trzeba to było rozegrać w mgnieniu oka. Im szybciej tym lepiej dla końca rozgrywki. Jeżeli najbliższych parę rund przyspieszy, może to przynieść ciekawy skutek...

Pan G. patrzył na swoje karty. Teraz to miało jakąś przyszłość! Zaczął agresywnie, z ósemki i dziewiątki karo i przekazał Żydowi dwójkę trefla. Ten zripostował i oddał mu nie tylko tego jednego trefla, ale także świeżo dobranego. Ale G. nie dał się wyprowadzić z równowagi bo miał dwóch króli, a to mu pozwalało przekazać wszystkie trefle jakie miał, poza tymi na stosie. To też pospiesznie zrobił... i stanęło. Żyd przyjął karty, oddał trochę na stos, dobrał dwie i tym razem on myślał. Miał dozwolony limit kart i pozwolił sobie pomyśleć. Chciał to zakończyć szybko, ale teraz trzeba będzie myśleć.
S. nadal czytał, nasłuchiwał i obserwował. Rozgrywka dynamicznie wystartowała- dwie rundy w jedną minutę rzadko kiedy się zdarzają. Gorzej, kiedy wszystko staje.
G. zauważył pewien błąd. Nie wiedział do kogo on należał- czy do niego czy do Żyda, czy do twórcy gry, ale błąd był. Niby nic, ale jednak. Gdy go Żydowi przedstawił, zaczęli wspólnie nad nim dywagować, z czego Żyd prędzej przytakiwał, zaś G. forsował przeciwnikowi swoją opinię. I pomimo, że błąd rzeczywiście istnieć musiał- jasno to było widać- to czas mijał, a runda nie posuwała się ani o kartę do przodu. Nie było widać rozwiązania ani partii, ani błędu. A błąd był na tyle interesujący, że nie posuwał rozgrywki do przodu.
G. dawno nie znalazł tak zajmującego błędu. Zdarzały się w zasadach nieścisłości, ale... błędy? Kłopoty? To było dla niego rzeczą samą w sobie ciekawą. W końcu zasady nie po to były tworzone aby nie działały należycie. Więcej nawet- jeżeli istniał taki jeden błąd, to czy było ich więcej? Mogłoby się nawet okazać, że źle grają. A wówczas cała partia wzięłaby w łeb i kto wie, czy nie wszystkie wcześniej rozegrane- jakby poświęcić im więcej czasu.
-To zbyt istotna sprawa. Sądzę, że to nią trzeba się najpierw zająć zanim rozgrywka pójdzie do przodu.- postanowił G.
-Pragnę jednak zauważyć, że zgodził się pan na rozegranie partii o taką a nie inną stawkę w nie innym jak dzisiejszym dniu o nie innej a obecnej porze. Świadka mam- Żyda opłaconego.
-Poświadczam- wtrącił Żyd.
-Lecz niech pan na to z tej spojrzy strony. Przed nami jest możliwość... zmodyfikowania gry!
-Nieprawda. Wystarczy naprawić błąd. Można go w istocie nawet zignorować.
-Zignorować?! Przez to przecież cała gra jest błędna. A przecież opiera się ona na zasadach. Jeżeli zasady są błędne, to jak może następować prawidłowy postęp w rozgrywce?
-Po co kombinować? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.
-Brzytwy mi tutaj pod gardło niech pan nie podstawia. To nie ma nic do rzeczy. To jest istotniejsza materia.
-Ale co tu istotniejszego? Albo...
-Nie.
-Co "nie"?
-Rozgrywka, aby iść, musi być rozwijana.
-Co ci się tak na rozwój zebrało?
-Bo jest ze wszechmiar potrzebny, nieunikniony, powszechny.
-Ale nad czym ty teraz kombinujesz, powiedz mi? Do tej pory dało się bez tego...
-Nieprawda.
-Co "nie" tym razem?
-Nie "nie", tylko nieprawda.
-Dobrze, co: "nieprawda"?
-Nie dało się prawdziwie grać, więc nieprawda.
-A jednak grano i...
-Nieprawda.
-Grano i...
-Nieprawda!
-Mogę dokończyć?
-Teoria jest nieprawdziwa, więc nie doprowadzi do ewolucji w zasadach.
-No i?
-No i to, że zmiany są potrzebne.
-Nie wiesz jednak co chcę powiedzieć.
-Wiem.
-Żydzie- tu S. zwrócił się do Żyda- kto lepiej wie co chcę powiedzieć- ja czy szanowny pan G.?
-Bóg wie- ze szczerym uśmiechem zauważył Żyd.
-Wiedziałem że mogę na ciebie liczyć- takim samym uśmiechem odpowiedział S. Po chwili jednak powrócił do tematu -Czy teraz...
-Nie.
-Jakie znowu "nie" tym razem?!
-Bo wiem, co chcesz powiedzieć. I wiem, że powiesz nieprawdę. Źle założyłeś, źle będziesz nosił własną teorię. Na co ci to?
-Powiedz mi jedno- czy jest możliwym abyś mi nie przerywał nawet nie tyle w połowie zdania, co nawet na jego początku?
-Ale po co, kiedy już wiem co chcesz powiedzieć?
-Wiesz, że takiego zachowania zazwyczaj do kulturalnych się nie zalicza?
-Błędne założenie...
-Nie po raz pierwszy coś takiego pan robisz, a teraz naprawdę pan przeginasz. Nie podoba mi się to.
-Po co odwracasz kota ogonem?
-Czasami trzeba.
Tutaj, w tym jednym momencie, G. wybuchnął szczerym, prostym, rubasznym i bardzo dotkliwym śmiechem. Przebił wszelką chęć do rozmowy na wylot, tak, że już nie dało się jej odratować. Bo jak rozmawiać, kiedy ktoś się z ciebie śmieje?
G. powrócił do błędu zaraz po tym jak zauważył, że S. umilkł. Ledwie jednak usta otworzył, S. wybuchnął:
-A idźcie wy mi do diabła z waszym problemem!
-Już nie przeszkadzamy!- odkrzyknął G. i zaczął się ubierać do wyjścia.
Żyd jednak jeszcze twardo siedział przy kartach i myślał. Myślał nad feralnym błędem. S. zajrzał mu gwałtownie w karty, zapisał jakie która ze stron miała karty oraz sfotografował jaki był ich układ. Kopie i zapiski przekazał Żydowi. Dał nawet w uniesieniu ową feralną talię obu panom na pożegnanie aby u siebie myśleli, z dala od niego. Żyd jednak stwierdził, że nie jest w stanie pomóc- nie wiedział jak. Widział zwyczajnie, że gra nie jest warta świeczki.
Na pożegnanie jedynie podał rękę, gdyż wiedział, że obu stronom taki wybuch był potrzebny. Zagadnął:
-Rękę mi chyba podasz?
-Tak, podam- z pogodnym już uśmiechem odpowiedział G.

I tak oto ani problem, ani rozgrywka nie zostały rozwiązane, ani nikt nic nie zyskał, ani też nie udało się dojść do porozumienia. Bo oto postęp dokonuje się nie wtedy, gdy na siłę sprzeciwiamy się obecnym prawdom, ale wówczas, gdy dochodzi do porozumienia i uznania jednej tezy za prawdziwą, a nie rozpatrywaniu wszystkiego w nieskończoność. Oto co chciał właśnie S. do G. powiedzieć.

***



Proszę o komenty nad pierwszą nowelką (bo w sumie taka nowelka wyszła :D).

Pozdrawiam
krogulczas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz