piątek, 22 czerwca 2007

Mektub

Nigdy nie byłem w stanie w jakiś sposób zlokalizować tego wydarzenia w czasie. Dzisiaj w końcu mi się to udało. A wszystko dzięki prostemu rachunkowi- wydarzyło się to, kiedy miałem 14 lat.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.

Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.

„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.

Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...

To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.

Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz