Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2008

Śledziony

Stało się to, co się nie odstanie!
Brzmi dramatycznie? W rzeczywistości prosta prawda.
Nie zdałem na prawo jazdy. I powiem, że już pół godziny jeździłem.
Nie miałem dostępu do mojego kochanego sprzęciku wraz ze wszystkimi zapisanym na nim danymi przez ponad tydzień. I stąd taka niespodziewana przerwa.
A ponieważ dzisiaj (podobnie jak przez ostatnie trzy lata) nie chce mi się uczyć do matury, doszlifowałem w paru punktach zapowiadane już wcześniej opowiadanko.
Za moment wracam do nauki, chociaż pewnie będzie to równie bezowocne jak wszystko dotychczas. Tak naprawdę, nie pisałbym tych słów, gdyby nie kalkulacja zbyt dużego ryzyka powrotu na zaledwie 18-20 godzin snu po przewidywanch kilkudziesięciu kilkudziesiątek kilometrów marszu podczas rajdu "Hubal", jaki chciałem sobie zafundować w ten długi weekend. Ale czegokolwiek nie zrobię, i tak będę żałować. Wolę więc chociaż wypoczęty iść na maturę.
Ale dość użalania się nad biednym losem maturzysty. Po maturach wyjadę na Węgry, do pięknej kuzynki z czasów dzieciństwa, i tyle mnie będziecie widzieć. Chyba, że za kilkadziesiąt lat na pierwszych stronach gazet, wymienionym pośród chaotycznych słów "córka", "więziona", "pożycie", "piwnica", "dzieci", przeplatanych relacjami "niczego nie podejrzewającyh i nie spodziewających się tego po mnie sąsiadach" oraz "najstarszego syna, Kazimierza". Ale to tylko jedna z nogawek czasu.

***


ŚLEDZIONY


1


-Albo on, albo planeta.
-To nas stawia w bardzo...
-Ma być niezręczna. Do usłyszenia.
Na ekranie wyświetlił się komunikat. Koniec transmisji.

2


Augusto, stary krawiec, szedł sobie polną drogą. Dopiero co odebrał cekiny do nowego bolero dla pewnego bogatego cavalero. Trochę utykając i przeklinając na niesamowicie paskudny stan dróg, wręcz tragicznie utrzymywanych przez hiszpański rząd, zbliżał się do swego warsztatu. Od domu było to jakieś trzydzieści minut piechotą, osiem minut biegiem, godzinę czołgania się, trzy godziny skradania, trzy minuty jazdy samochodem, a trzynaście sekund dla helikoptera. Augusto jednak nie zawracał sobie głowy takimi szczegółami.
Właśnie zbliżał się do swojego serdecznego przyjaciela, Hermana. Herman robił to co lubił, a najbardziej lubił pielęgnować kwiaty w swoim o ogrodzie. Mijając się, serdecznie się do siebie nawzajem uśmiechając, pozdrowili się równie przyjacielsko, jak to tylko najlepsi przyjaciele potrafią.
Kiedyś Herman był rewolucjonistą i walczył z rządem. Ale przecież z rządem nie da się wygrać. Więc dzisiaj walczy z chwastami, co uważa za o niebo łatwiejsze.
-Chwast wszedł do ogrodu- zakomunikował przez interkom zamocowany w szelkach ogrodowych spodni.
Augusto wchodził do swojego domu...

3


-Zaszczepiliśmy mu w śledzionie implant. Teraz jest nam ten implant potrzebny- podjął Gonzales.
-Śledziona? Gdzie u diaska położona jest śledziona?- zapytał Raul.
-Nie wiemy. Komputer wylosował lokalizację, a następnie wykonał wszystkie operacje. Niestety, znalezienie śledziony nadwerężyło jego ostatnie siły i zawiesił się. Teraz musielibyśmy go rozkrawać kawałek po kawałeczku, aby znaleźć ten cholerny implant. Że nie wspomnę o położeniu śledziony.
-A gdzie ona leży?
-Odpowiem ci możliwie precyzyjnie. Nie wiem- celnie zauważył Gonzales.
-No to co możemy zrobić?
-Porozkrawać Augusta na drobne kawałeczki aż znajdziemy ten nanoimplancik.
-Chyba nie zamierzacie go kroić?
-A mamy inne wyjście?

4


... jak gdyby nigdy nic. Ot, trzeba było dorobić jeszcze parę cekinów tu i ówdzie. Już nawet wiedział, ile go to wyniosło. I wiedział, że jego przyszłego zięcia nic to nie kosztuje. Bynajmniej teraz. Taki zięć to tylko raz na milion lat z nieba spada. Bratanek premiera, magnat zbożowy, najmłodszy wiceminister ekstremalnego rolnictwa i awaryjnych zasobów żywnościowych. Taki zięć, kiedy spada z nieba, trzeba go zatrzymać przy sobie.
Augusto był staromodny. On sam nazywał siebie tradycjonalistą. Szył ręcznie, bez pomocy niewolników ani robotów. Był szczęśliwym człowiekiem...

5


-Pan zna prawo. Nie wolno rządowi ingerować w kompetencje Rezerwatu. Tego wymaga bezpieczeństwo narodowe.
-Obywatele dojrzali już parokrotnie do narażania bezpieczeństwa narodowego w imię bezpieczeństwa narodowego. Rezerwat musi zostać naruszony ten jeden, jedyny raz. Później możemy nawet wzmocnić straże na jego granicach i podwoić moc pola siłowego. Ale teraz, musimy tam wkroczyć.
-Ten teren jest święty. To skarbnica naszej wiedzy. Bez osobników tam odizolowanych nie wiemy kim jesteśmy… przynajmniej dopóki nam nie powiedzą. I dobrze pan o tym wie. Naruszenie tej delikatnej równowagi może mieć całkowicie losowe i niekontrolowane następstwa...
-Woli pan, panie dyrektorze, abyśmy zlikwidowali Rezerwat?
-Że... że co proszę?- Dyrektora oblał pot zbliżony konsystencją do ciekłego tlenu.
-Nie po dobroci, to się naleci. Mam do dyspozycji takie środki.
-Raul... przecież mnie znasz. Ale ja chyba nie znam ciebie. Bo wydaje mi się, że żartujesz.
-Nie, dyrektorze Światowego Rezerwatu Pamięci Ludzkiej- Raul w mgnieniu oka przycisnął dyrektora do ściany większą, niż by się mogło wydać, ręką- Ja nie żartuję. Ja potrafię obejść się bez pamięci, bez kultury, bez słów i mowy. Ja tego nie potrzebuję. Czyż to nie słodkie? Tak, jestem tym samym daleko lepszy od ciebie. Ludzie, którzy potrzebują siebie nawzajem, którzy potrzebują pamięci, przemijają. – Raul wypuścił rozdygotanego dyrektora - Proszę wziąć mój wniosek pod rozwagę, dyrektorze.
Dyrektor, blady jak ściana, osunął się na ziemię. Drżącym głosem wycedził tylko:
-Bierz go sobie.

6


... który szczęśliwie się ożenił, miał szczęśliwą żonę (Panie świeć nad jej duszą) i córkę, która znalazła najpierw miłość, a potem jeszcze bogatego męża. Teraz chciał już tylko zobaczyć swoje wnuki, spamiętać ich twarze i imiona i mógł już spokojnie odejść z tego świata.
Zabrał się tymczasem do pracy. Nawlekając igłę, rozważał każde jej kolejne pociągnięcie. Wystarczą mu trzydzieści dwa cekiny. W myślach żartował sobie, że chce widzieć tyle wnuków ile będzie cekinów na bolero. „Czcze marzenia” pomyślał sobie. W obliczu polityki rządu zmierzającej do redukcji nadwyżki ludności, ale przecież zawsze lubił marzyć.
Pierwszy cekin, drugi cekin, trzeci, czwarty... szył precyzyjnie, trafiał igłą tam, gdzie potrzebował. Po dwóch godzinach misternego rzemiosła, dzieło jego życia było skończone.

7


-Dajcie mu jeszcze kwadrans. Za chwilę sam się tym zajmę- zawiadomił wszystkie jednostki Raul.
Słońce przemieściło się na nieboskłonie o cztery stopnie. Kwadrans minął.
-Cisza- rzekł Raul i ruszył do domu Augusta.
Tak po prawdzie to nie miał nic do Augusta. Był naprawdę mądrym mężczyzną, który przeżył swoją żonę i wychował wspaniałą córkę. Gdyby nie to, że pamiętał jak się szyje rękoma, zapewne nie znalazłby się w rezerwacie, a rząd zapewniłby mu jakąś fabrykę odzieżową. Ale on, jak prawie pięćset tysięcy jemu podobnych, Pamiętał. Pamiętał jak wyglądają lasy, jak wyglądają pola, jak spieczone są pustynie, a jak pełne życia są oceany, jak wysokie były góry i jak głęboko pod ziemię sięgały nory zajęcze. On to kiedyś widział. Znał swoją wolność. Znał swoją wartość.
Raul zbliżał się do domu pewnym krokiem. Wchodząc na schody ganku, uśmiechnął się. Zapukał. Augusto otworzył mu drzwi.
-Papa! Jak dobrze ojca widzieć.
-Raul! Miło cię jeszcze widzieć. Właśnie skończyłem szyć. Myślałem, że nie dadzą ci w tym miesiącu przepustki do mnie- staruszek zachichotał pod nosem.
-Tata zrobił to bolero dla mnie?
-Tak, jest gotowe. Chodź, przymierzysz, siebie w lustrze zobaczysz. Mnie samemu już trudno widzieć, mimo, że dali mi nowe oczy.
Przeszli parę kroków do warsztatu. Raul zatrzymał się.
-Jak to nowe?
-Operowali mnie kiedyś tam...
-Jak to operowali? Kiedy?
-Oj ze trzynaście lat temu. Nie mówiłem ci o tym? Co tam w ministerstwie w ogóle...
-I ja nic o tym nie wiem?
-Trudno żebyś o tym pamiętał, Raul. Ja mam do takich rzeczy lepszą pamięć. Jakąkolwiek tak po prawdzie!
-Augusto, to nie jest zabawne. Kto i dlaczego cię operował?
-Miałem wypadek. Długa historia. Miałem przebite zdrowe oko, płuco, śledzionę, zmiażdżone...
-Śledzionę?
-Tak. Nie odratowali jej, to ją wycięli. Muszę po prostu bardziej na swoje zdrowie uważać. Po takim wypadku mnie takie zalecenie nawet nie zdziwiło.
-Augusto, gdzie jest śledziona?
-Co?
-Gdzie jest śledziona?
-Zazwyczaj znajduje się w jamie brzusznej, wewnątrzotrzewnowo, w lewym podżebrzu pomiędzy dziewiątym a jedenastym żebrem.
-Augusto, nie pogrywaj sobie na mnie!- Raulem targały wstrząsy szoku połączonego z napadem szału godnym skandynawskich berserkerów.
-Raul, co ci się stało?
Zięć chwycił staruszka pod szczękę i przyciskając do ściany, uniósł obiema rękoma Augusta do góry.
-Gdzie... jest... śledziona? Zapytam.. po raz... os...tatni zanim się... na... ciebie rzucę...-wysapał, dysząc ciężko.
W jednej chwili, Raul opanował swój głos.
-O, przepraszam papo. Powinienem był najpierw to powiedzieć, zanim to zrobię, prawda?
Augusto dusił się
-Gdzie moje maniery. Tak po prawdzie, to... tak. Już nie potrzebujemy twojej śledziony
Augusto walczył o życie
-Implant został zapewne zniszczony. Niewiadomo gdzie się znajduje. Problem zanihilowany i rozwiązany.
Augusto przestał walczyć o życie.
-Tak, zanihilowany i rozwiązany- wypowiadając te słowa, wypuścił bezwładne ciało niedoszłego teścia, który już swoich wnuków nie zobaczy ani ich nigdy nie spamięta.
Ale i tak jest w lepszej sytuacji od Raula.
Raul za dwadzieścia cztery godziny straci wspomnienie o morderstwie.
W ogóle straci całą pamięć.
Augusto przynajmniej pamiętał każdy swój czyn.
Raul wreszcie zginie całkiem niedługo w mechaniczno-informatycznym świecie i zostanie z niego wymazany równie szybko jak został do niego kiedyś pospiesznie wpisany.
Augusto będzie chociaż zapamiętany przez tych, którzy potrafią o nim pamiętać.

środa, 6 lutego 2008

Mówcie mi Crotez

-Oooohhh...- Mówili, kiedy przyspieszenie wgniotło ich w siedzenia.
-Aaaahhh! - Krzyczeli, kiedy przechylili się na prawo.
-Uuuuoooo... – Wzdychali, kiedy ujrzeli inne barwy pod sobą, tak inne od tego co ich zazwyczaj otaczało.
-Eeee? – Wyrazili zniesmaczenie, kiedy ujrzeli inną biel poza nimi.

W Komendzie Obrony Ofensywnej Zjednoczonej Rockulli panowało zgoła inne nastroje. Dużo bardziej waleczne. Nie po to przez ostatnie dnie i noce walczyli o swój byt aby teraz ktoś zmył ich z powierzchni świata. Ich świata!
-Generale Naczelniku, sytuacja nie wygląda dobrze. Zostaliśmy przeniesieni do Surowej Strefy. Raporty mówią, że żadna znana nam Forma Życia, Nawet te zakwalifikowane jako ZWZ, przeniesiona w ten region, nigdy nie powróciła, sir.
-ZWZ?- spytał Generał Naczelnik.
-Zwykle Wraca Żywa. To już chyba WP...
-Bądźcie trochę jaśniejsi z tymi skrótami...
-Wyparowali Przypadkiem, sir.
-Przypadkiem?
-Nie wiemy jak. Tak po prawdzie. Sir.
-Kto ich tam przenosił?
-Bóg, sir. Ku uciesze własnej i innych ludów, sir. To wyrok, ale on da nam zbawienie, sir.
-Po moim trupie...
-Nie jest to niewykonalne, sir.
-Przygotuj transport na front, najbliżej Krawędzi.
-Tak jest, sir!

Generał Naczelnik nie był zadowolony z obrotu spraw na miejscu. Fakt, że się obracali, był dla niego właśnie najbardziej niepokojący. Wiedział, że nie może dłużej czekać.
-Przygotować artylerię!
-Generale Naczelniku?
-Brygady na pozycje!
-Generale Naczelniku...
-Amunicje załadować!
-Generale Naczelniku...!
-Na moją komendę!
-Generale Naczelniku!
-Cel!
-Generale Naczelniku! Proszę! To jest...!
-Pal!
Lud, zgromadzony przy Krawędzi i przy brygadach, wstrzymał oddech. Nic się nie stało. Adiutant podszedł do dowódcy brygady, a ten, już cały zlany potem, powoli podszedł do Generała Naczelnika. Poprosił go gestem dłoni, aby nadstawił ucho i rzekł...
-Jesteśmy pod wodą... Generale Naczelniku...
-To na co nam artyleria?!
-Była taka książka, widziana stąd, którą przed wieloma dniami i nocami Generał Naczelnik czytał... tam o niej było. No i... sformowaliśmy tą artylerię.
-Już po nas. Na broń chemiczną... nic nie poradzę.

I ujrzeli jak do ich świata wlewa się woda. Takich ilości wody jeszcze w swojej Szklance nie widzieli. Woda wymyła całą cywilizację Rockulli, utworzoną na kamieniach osadowych przez dnie i noce. Jej koniec był szybki, pełen ciepłej wody i wściekłej chemicznej piany. Wedle szacunków jednakże, jest to już XIV cywilizacja. Doszła najdalej, bo na Krawędź
Nikt nigdy nie oszacował, ilu Rockullczyków zginęło. Nikt tego nigdy nie oszacuje. Oszacować można jedynie, że ważyli ok. 2-3 gramy czystego kamienia osadowego.

***


Po pierwsze, oglądałem „Planetę małp”.
Po drugie, znalazłem dzisiaj taką jedną Szklankę.
Po trzecie, kto wie, kiedy my zostaniemy zmyci z kart historii?

poniedziałek, 28 stycznia 2008

"Małż" na nowo

Coś mnie dzisiaj wzięło i postanowiłem poprawić "Małża". Zasadniczo poprzednia wersja była jedynie zlepkkiem luźnych pomysłów. Tu już coś, co bardziej przypomina opowiadanie. Enjoy!

***


Małżonek poznał małżonkę tak, jak małżonkowie poznają małżonki. Dużo przypadkiem, dużo szybko, dużo chemicznie i już blisko do kobierca. Minimum rodziców, minimum kosztów, minimum zaangażowania, minimum siebie, minimum słów. Tylko w miłości dawali z siebie wszystko. Małżeństwo było na minimalnym poziomie. Zwykła formalność, bo przecież i tak się ogromnie kochają.
Po paru miesiącach jednak, w łóżku małżonków pojawił się tylko Małż.
I to małżonkowi wybitnie nie odpowiadało.
-Co Małż robi w moim łóżku?
-W naszym kochanie. To nasze łóżko. Więc pomyślałam sobie, że co będziemy się z nim nie dzielić tym co mamy, zresztą zmarznie jeszcze, zamrozi się albo przeziębi nawet...
-Chyba nie będzie tu spać?
-Oj kochany...
-Nie zgadzam się!
-Bulbul...
-Ależ to nie jest żaden problem, Małżu!
-Bul?
-To jest problem. Nie będę spać z... z... z tym czymś nijakim...
Małż przemieściłby się pewnie do drzwi, ale małżonka zagrodziła mu nawet takie myśli.
-On tylko tak mówi, Małż...- powiedziała, cmokając Małża w skorupkę. Małż poczuł się skrępowany takim obrotem sprawy i można śmiało założyć, że gdyby otworzył skorupkę, dałoby się dostrzec nie Małża, ale Sos Tabasco.
Potem w sumie stało się to codzienną rutyną. A nawet cogodzinną. W najgorszych wypadkach, co minutę Małż, leżąc jedynie nieruchomo na łóżku, pochłaniał całą niepodzielną uwagę małżonki.

Tak było już od prawie dwóch lat.
A tak było dzisiaj
-Maaaałż!!!
-Co?- odpowiedział małżonek
-Bulbul- odpowiedział Małż
-O, tutaj jesteś!- entuzjastycznie zauważyła Małża małżonka.
-On zawsze tu jest- zauważył bez entuzjazmu małżonek.
-Czemu się przede mną ukrywałeś małżu-chamżu jeden... tęskniłam!
-On zawsze tu jest- małżonek łatwo nie rezygnował ze swojego odkrycia.
-Bulbul- z żalem odpowiedział Małż.
-Nigdy więcej mi tego nie rób małżu-głupałżu!
-On tu po prostu jest...
-Bul- przysiągł Małż.
Małżonek zrezygnował. Jak każdy mężczyzna, nie był odporny na długotrwały stres. I nie mógł przyznać się do porażki. I w ogóle to nie czuł się już męsko. Chętnie rzuciłby to małżonkowstwo w cholerę. Albo siebie.
Z dwojga złego, małżonkę kochał bardziej.
A on? Coś wymyśli. Znosił to tyle czasu, to poznosi jeszcze trochę. Kiedyś odejdzie. Albo zdechnie. I będzie drugiej świeżości i będzie mu śmierdziało w gęby.
I jak pomyślał, tak żył. I żył tak kolejne dwa tygodnie, aż do dnia swoich narodzin.

Dzień narodzin jest inny od dnia urodzin. W dniu urodzin stajesz się samodzielnym bytem fizycznym. W dniu narodzin, jesteś samodzielnym bytem psychicznym. Dlatego czasem w różnych odstępach czasowych (niekoniecznie w tej kolejności) umierają osobno dusza i ciało.
Pamiętał, że tego dnia oświadczył się po raz pierwszy. Oddał bezwarunkowo swoje uczucia. Miał własne, zindywidualizowane uczucia miłości, a do tego wizję przyszłości, w której był on, jego żona, jego dzieci, jego dom, jego samochód, jego pies, sąsiedzi, grill, doktorat itd. Wszystko to, co miało być jego. Ale do tego potrzebował kogoś innego. I ten ktoś nie chciał go już więcej znać.
Co roku się oświadczał. Jeżeli nie komuś, to przed samym sobą, że komuś się za rok oświadczy. Nikomu się nie oświadczał od czterech lat, bo zostanie bigamistą nie leżało w jego interesie.
Dzisiaj jednak pomyślał, że chciałby przyjąć od kogoś oświadczyny. A właściwie oświadczenie. „Kocham cię” w zupełności wystarczy. Może być wypowiedziane podczas mycia zębów, podczas przeżuwania, w momencie kichnięcia. Była w końcu wiosna. Może dlatego kichała? Nie o tym chciał myśleć... z wiosną wiązał duże nadzieje, ale do diabła! Może być wypowiedziane podczas mycia zębów, przeżuwania, kichnięcia, smarknięcia czy kaszlnięcia. Może być nawet wycedzone. Może nawet nie paść, może być zapisane, sfotografowane, ubłocone, polane tłuszczem, zabarwione w praniu. Oświadczenie dzisiaj musi być. Ponieważ jednak cały dzień małżonka była w sypialni z Małżem, małżonek spisał własne oświadczenie:
„Tak będzie lepiej. Dla mnie. Dla was. Kiedy zobaczyłem jak go wtedy całujesz... powinienem był się domyślić.”

Jak się okazało, uciekł w dniu swoich narodzin do kogoś, kto mógł mu pomóc uporządkować jego życie. Obiecał sobie, że wytrwa, że wystarczy jej wybaczyć i już wszystko będzie dobrze, a ten psychiatra tylko pomoże mu wybaczyć i wszystko będzie jak dawniej bo ona go na nowo pokocha bo będzie nowym, lepszym człowiekiem- takim jakim był. Chciał powrotu do starego, lepszego siebie. Do tego, za którego wyszła. Do bycia tą lepszą połówką bycia małżonkiem.
Wszystko nawet szło dobrze do momentu, kiedy wylewał w hipnozie wszelkie swoje podświadome lęki.
-Ten to ma język! Pewnie ją tak prześwidrował jak prześwidrowali Kanał La Manche!
-To właściwie jest noga...
-Noga?! Nogą?!
Załamał się! Doszczętnie! Złamanie otwarcie zranione, z przemieszczeniem wszystkich myśli o 180 stopni. Po raz pierwszy od wielu miesięcy, napisał cokolwiek. Do małżonki.
„Wszystko rozumiałem... ale żeby nogą, parszywa fetyszystko?! Jak mogłaś mi to zrobić nogą! Od stopy przez łydkę po udo!
I pięty jeszcze! Miarka się przebrała! Zbiornik wylał! Koniec!

Twój małżonek, ścierwo!”
Po czym złożył (właściwie to zgniótł) wylewny świstek w kieszeń, założył kurtkę i wybiegł z domu swej dotychczasowej kuracji i pobiegł po taksówkę.

W drodze do domu był nabuzowany przez te parę naście minut jak wszystkie kobiety świata zjednoczone w przeżywaniu swego nienajlepszego dnia w miesiącu. Bo tak! Wejdzie do kuchni i wygarnie jej! Dlaczego do kuchni? Bo tak! Zaciągnie ją do kuchni i wygarnie jej, że ją kocha i że Małż ma zniknąć z ich życia! Dlaczego? Bo tak!
Na nieszczęście własne, spotkał tylko Małża. Gotował rosół.
-Bul?
-To twoja wina! Tej twojej nogi! Tej twojej gibkości! Że masz dłuższą i sprawniejszą nogę to myślisz, że możesz sobie ludźmi pomiatać? Ludźmi z krwi i kości? Nawet krwi i kości nie masz! Tylko skorupkę! Nie będzie cię w nią już całować! Mnie będzie całować! Mnie będzie kochać! Ja jestem jej połówką!
-Bulbul! Bulbul!
-Twoja?!
-Bul!
-Po moim trupie!

I rzucił się na niego. Szarpali się, szamotali się, bili się, tarzali się. Raz jeden drugiego, jeden gryzł, drugi z półobrotu nogą uderzył. Małżonek wziął się w garść. I wziął Małża w garść, i rzucił nim w okno.
Nie byłoby w tym pewnie nic ciekawego, gdyby nie to, że najwyraźniej Małż tunelował. Okno zachowało swoją dotychczasowo strukturę, nie zakłóconą kolokwialną dziurą.
Zadzwonił do małżonki. Tylko u niej mógł znaleźć zrozumienie. Cóż, to musiało poczekać, bo jedynie pani Automatyczna mogła go w tej chwili zrozumieć. Ale ona w zupełności zaspokajała jego potrzeby.
„Ja tak nie mogę... zabiłem go. To był wypadek, prawda? Zresztą ugryzł mnie! I wyleciał przez okno. Spadł z szóstego piętra, rozumiesz? Koniec! Ale, ty mnie rozumiesz, prawda? Zawsze mówiłeś, że mnie rozumiesz. I to w pełni... Już go nie będzie... ani jego nogi, ani jej szczęścia, ani mojego nieszczęścia. Pójdę w jego ślady...”

-Małż! Małżonek! Małż! Małżonek!
Tak właśnie krzyczała, gdy biegła do swojego ukochanego małżonka, rozpłaszczonego w krwi na zielonej, letniej trawie. Czułość- tylko tego od tylu lat chciał. Szkoda, że kobiety w ostatniej kolejności poświęcają uwagę swoim Małżom.

niedziela, 20 stycznia 2008

Małż

Czasem jedna ciężka noc potrafi dać mi kopa do tworzenia. Podziękujcie tej nocy i temu, że jestem singlem.

***


-Maaaałż!!!
-Co?- odpowiedział małżonek
-Bulbul- odpowiedział Małż
-O, tutaj jesteś!- entuzjastycznie zauważyła Małża małżonka.
-On zawsze tu jest- zauważył bez entuzjazmu małżonek.
-Czemu się przede mną ukrywałeś małżu-chamżu jeden... tęskniłam!
-On zawsze tu jest- małżonek łatwo nie rezygnował ze swojego odkrycia.
-Bulbul- z żalem odpowiedział Małż.
-Nigdy więcej mi tego nie rób małżu-głupałżu!
-On tu po prostu jest...
-Bul- przysiągł Małż.

***

Wyciąg z listu małżonka:
„Tak będzie lepiej. Dla mnie. Dla was.”

***

-Nawet spać nie miałem gdzie... ON już tam był! Jak sobie pomyślę, że miałbym spać koło mięczaka... sam czuję się jak mięczak. Rozumiesz mnie, prawda?

***

-Co Małż robi w moim łóżku?
-W naszym kochanie. To nasze łóżko. Więc pomyślałam sobie, że co będziemy się z nim nie dzielić tym co mamy, zresztą zmarznie jeszcze, zamrozi się albo przeziębi nawet...
-Chyba nie będzie tu spać?
-Oj kochany...
-Nie zgadzam się!
-Bulbul...
-Ależ to nie jest żaden problem, Małżu!
-Bul?
-To jest problem. Nie będę spać z... z... z tym czymś nijakim...
Małż przemieścił się myślami do drzwi, ale małżonka zagrodziła mu myśli.
-On tylko tak mówi, Małż...

***

„Kiedy zobaczyłem jak go wtedy całujesz... powinienem był się domyślić.”

***

-Ten to ma język! Pewnie ją tak prześwidrował jak prześwidrowali Kanał La Manche!
-To właściwie jest noga...
-Noga?! Nogą?!

***

„Wszystko rozumiałem... ale żeby nogą, parszywa fetyszystko?! Jak mogłaś mi to zrobić nogą! Od stopy przez łydkę po udo!”

***

-Oj kochanie... nie dorastasz mu do pięt...

***

„I pięty jeszcze! Miarka się przebrała! Zbiornik wylał! Koniec!
Naprawdę nie chciałem. Zawsze miałem Cię za kog...

[w tym miejscu tekst jest zachlapany krwią]

...gnaj

Twój małżonek”

***

-Bul?
-To twoja wina! Tej twojej nogi! Tej twojej gibkości! Że masz dłuższą i sprawniejszą nogę to myślisz, że możesz sobie ludźmi pomiatać? Ludźmi z krwi i kości? Nawet krwi i kości nie masz! Tylko skorupkę!
-Bulbul! Bulbul!
-Twoja?! Po moim trupie!

***

Wyciąg z zeznania psychologa małżonka:
„Zadzwonił...”

***

-Ja tak nie mogę... zabiłem go. To był wypadek, prawda? Zresztą ugryzł mnie! I wyleciał przez okno. Spadł z szóstego piętra, rozumiesz? Koniec! Ale, ty mnie rozumiesz, prawda? Zawsze mówiłeś, że mnie rozumiesz. I to w pełni... Już go nie będzie... ani jego nogi, ani jej szczęścia, ani mojego nieszczęścia. Pójdę w jego ślady...

„... i nagrał się na sekretarkę. Nie było mnie akurat w domu, miałem ważniejsze sprawy niż...”

***

-Maałż! Małż! Małż...onek! Małżonek!
I biegnąc do małżonka, zgniotła nogą Małża.

czwartek, 8 listopada 2007

Ups. Pardon.

(Strzałków)

-No i dajesz kierunkowskaz w lewo i skręcasz... skręcasz... SKRĘCASZ! KUR...
-Ups. Pardon.
-Jedź dalej, znajdą go...

(Okolice Nowego Cmentarza, Radomsko)

-Jedź prosto i za chwilę skręcamy... Sprzęgłoooooooookur...!
-Ups. Pardon.
-Chyba jakiś bezdomny... no nic, nowe żarcie z kota dla kota...

(Krakowska, Radomsko)

-Odbij w lewo bo wjedziesz na... CHODNIK DO JASNEJ...
-Ups. Pardon.
-Raz, dwa, trzy...
-Trzech?
-Nie, tak sobie liczę, pomaga mi to. Jedź.

(Szpital, Radomsko)

-Dobra, przepuść panią... na tym... kur... przejściu...
-Ups...
-Jedź...
-Może zadzwonimy na pogotwie?
-Usłyszą ją. Uwierz mi. Zmiażdżoną nogę człowiek bardzo prędko zauważa i nie jest z tego zadowolony.
-Pardon.
-JEDŹ!

(Centrum handlowe na Tysiącleciu, Radomsko)

-Dobra, zaparkujesz sobie...
-Mam odbić z lewo?
-Nie jeszcze, nie, za moment
-Ale przejadę dziewczynę
-Jaką dziew... kur...
-Ups. No tą, z rowerem. I kierownikiem w oku. I chyba hamulcem w gardle. Mój Boże, jak siodełko mogło wbić się w...
-Wyjdź już, kurwa...
-Pardon. To do wtorku trzynastego o 19:00?

***



Jak się dowiedziałem, stanowi jednej z poszkodowanych osób nic nie zagraża (tej spod szpitala), oprócz Psychoticus harmus accidentus automobilus, czyli psychozy pourazowej wypadkowo samochodowej. O stanie pozostałych będę na bieżąco informował.

***



Poza tymi kilkoma zdarzeniami nie było poważniejszych przerywników jak np. zgaśnięcie silnika. Pan Michał okazał się bardzo wyrozumiałym partnerem w obsłudze samochodu, tych wszystkich warkotów potężnego silnika, ruszania z kopyta, rżnięcia gaźnika gazem i ciągnięcie jego nieposkromionych obrotów w dół. Mrau.
Wiem za to, że trzeba będzie popracować nad stawaniem i ruszaniem, stosowaniem sprzęgła (cały czas bym je dociskał najchętniej, czy to hamulec czy gaz) i z kontrolą kierownicy (niemiłe uczucie jak na ułamek sekundy nie czujesz dotyku kierownicy na opuszkach). Wesoło.

***



A maturą jestem zawiedzion. Na całej linii mnie zawiedziono w pole. Czy tam wywieziono na Sybir. Czy wywiedziono w sądzie... nie pamiętam. Niby rozszerzone wszystkie poziomy wzdłuż i wszerz, niby od najmłodszych lat jestem indoktrynowany poziomem, a tu jak przychodzi co do czego to muszę powiedzieć, że takiego wała jeżeli chodzi o poziom. Powstrzymam się od śmiechu jak belfrzy będą chcieli wiedzieć jak się teraz pilnie zacznę uczyć.

Pozdrawiam
krogulczas

piątek, 10 sierpnia 2007

Szuflada różnorodności

Mam u siebie w moim żółtym jeszcze pokoju takie biurko robocze, miejsce pracy i śmietnik zarazem. W tym biurku jest kilka użytecznych miejsc. Szafka z dwoma półkami została podbita przez książki do szkoły, dwie półki pod blatem zajmują zapomniane z podstawówki, gimnazjum i liceum makulaturalne rupiecie, półka szufladkowa na klawiaturę którą zdominowała nieużywana od chyba roku klawiatura i cztery szuflady. W jednej płyty, w innej rzeczy plastyczne, a w jeszcze innej miejsce na wrzucanie niepotrzebnych na lata rzeczy. Jest też taka jedna szuflada, którą chyba najbardziej lubię. Po lewej stronie, pod blatem, pod półką z noworzuconymi papierzyskami od marketingu, druga z czterech szuflad licząc od góry do dołu szuflad. Dość przypadkiem ów schowek stał się moją Szufladą Różnorodności. Miejscem, w którym odżywają wspomnienia, które widzę jak na dłoni, równie wyraźnie jak przedmiot który się w danym momencie na tej dłoni znajduje. Ot, jakbyś podpiął kabel i zacząłby płynąć prąd, potok, rzeka pamięci- nieprzerwany, silny, nieokiełznany, na który nie masz kompletnie wpływu, bo właśnie Cię ominął. Czas chce płynąć dalej, ale zatrzymał się wbrew swojej naturze. I ta rzeka również taka stara się wydaje.
Na początku wakacji wertowałem swoją Szufladę Różnorodności. I co znalazłem? Cud! Wehikuł czasu! Dowody na istnienie czasu, który minął. Były mocno miętowe tic taci sprzed z datą produkcji 2003 i ważne do grudnia obecnego roku- wchłonąłem zawartość od razu. Pamiętam jak lubiłem je sporadycznie kupić i łyknąć sobie dla zabawy opakowanie...
Znalazły się też agrafki jakie kupiłem kiedyś z myślą, która mi widać dzisiaj nie przyświeca, bo nie pamiętam dlaczego je kupowałem. Jest ich nadal dwanaście.
Albo osełka do kosy. Chyba chciałem sobie w tamtym czasie zafundować coś w rodzaju siekierki na różne harcerskie wyjazdy. Nawiasem mówiąc, do dzisiaj niczego takiego nie mam w stanie posiadania.
Albo bateria do Nokii 3310. Tylko to chyba zostało po mojej pierwszej komórce. Mogę być z siebie dumny, bo jestem chyba jedną z niewielu osób którym udało się rozbić ponoć niezniszczalną „cegłę”. I to nie młotkiem albo czymś takim, co to to nie. Razu pewnego tak odmawiała mi posłuszeństwa, nieustannie odrzucając mi kartę SIM, że aż nią miotłem o ścianę jak to miałem zazwyczaj w zwyczaju. Tyle, że tym razem poszedł wyświetlacz. Ale bateria przetrwała, chociaż obecnie już pewnie po chyba trzech latach można zapomnieć o jej używaniu. To tak jakby 80-latka zawrócić z emerytury kiedy już od kilku lat przyzwyczaił się do niej i czekał na zakończenie życia wśród rodziny i przyjaciół.
Jest też mój CD-ROM, który odszedł w niepamięć po zamontowaniu wpierw zwykłej nagrywarki CD-RW, a dosłownie chyba dwa tygodnie później- DVD.
O proszę- nawet korsarze zapomniane z któregoś z sylwestrów. Zawsze na sylwkach lubiłem dać popis moich zdolności doboru materiałów wybuchowych. Amatorsko, fakt, ale jednak na wysokim poziomie. Zawsze ta stówa musiała na nowy rok iść... i szła w dobrym kierunku- do góry, przed siebie, wysadzając dawne dni, a prowadząc do zupełnie nowych, nieznanych mi, jak przestworza nade mną.
Nie wytrzymam! Ściągi z chemii, które kupiłem specjalnie aby z nich korzystać! Przez całe dwa lata chciałem do nich zajrzeć, ale zaginęły pod koniec gimnazjum... do diabła z tym! Łaski bez! Basta i finito, Karmelito! jakoś sam sobie dałem radę!
Trzy śrubokręty do rozkręcania obudowy kurzącego się pudła z komputerem. Jednym z nich zjechałem śrubę od dysku twardego co przez całe chyba dwa lata było moim przekleństwem- że nie mogłem pójść sobie do kogoś z dyskiem i wspomóc swoje zasoby multimedialne tym, czym już inni dysponują. Ale za to przykręcały ową nagrywarkę DVD, za co jestem im chyba dozgonnie wdzięczny. Moje dzielne krzyżaczki.
Nawet i poprzednie okulary tu wciąż jeszcze trwają... też swoje mają. Nie wiem które były kiedy i jakie mają właściwości. Je akurat zostawiłem za sobą, ale miło było powrócić do tych chwil, kiedy rodzicom bebechy się przewracały kiedy wydawali te 300 PLN na nowe szkiełka... słodka zemsta.
Piłeczka kauczukowa za 5 złotych jaka mi wypadła zamiast pluszaka.... cholerne solińskie automaty...
Dwa flety proste jeszcze z podstawówki, kiedy to pożyczyłem je aby sprostać wymaganiom systemu edukacji, a także wymogom chorej ambicji rodziców aby do wszystkiego czego się tknę przywiązywać tak niewyobrażalnie zniechęcającą wagę, że aż odechciewało się ćwiczyć. Tak było też i z fletem poprzecznym, który chociaż opanowałem nawet nieźle, to po roku z ulgą zrezygnowałem z nauki- głównie z powodu utraty zaangażowania pogłębianego coraz nowymi wymogami. Kiepskich miałem rodziców jako nauczycieli, mimo, że (o ironio!) oboje byli początkowo nauczycielami- ojciec wf’u, a matka języka polskiego.
Zupełnie bezużyteczny tusz do drukarki HP, oznakowany jako tri-color nr 28. Bezużyteczny, bo na obecnym laptopie zniszczyłem stosowną drukarkę HP deskjet 3420. Najpierw się ogólnie przyblokował toner, potem poszła tasiemka do jego przesuwania i skończyła się użyteczna historia przydatności drukareczki. Teraz trwa jej kurząca się epopeja... chyba najnudniejsza epopeja dziejów.

***



Czy Ty także masz takie miejsce? Pomyśl, zastanów się...

***



Nie lubię tego. Tej... weny. Jedna jedyna rzecz jaką robię przymusowo. Zawsze, wszystko co robię, robię z własnej woli, bo chcę. Nawet jeżeli muszę coś zrobić, nawet zdać do następnej klasy, jeżeli nie pojawi się chęć, trudno jest mówić o wykonaniu jakiejś czynności. Zaznaczam jednak- to nie jest zdrowe podejście. Powoli uczę się, że są rzeczy które trzeba zrobić. Im szybciej się tego nauczę tym lepiej chyba na tym wyjdę.
Na razie na trening poszła matura. „Zbrodnia i kara” jest w toku, w kolejce „Chłopi” i nadrobienie „Lalki”, mimo rozpoczętych „Konfliktów w pracy” oraz Biblii, a także gromadzących się zeszytów japońskiego i „Charakterów”. W planach było „Moje pierwsze samobójstwo” Pilcha oraz „Jak to powiedzieć” wraz z „Jak prowadzić trudne rozmowy” oraz „Pamięcią autobiograficzną”... plany mogę mnożyć bez końca!
Tak wiele planów, tak mało czasu... No bo to już tylko ile? Dziewięć miesięcy? Po raz pierwszy chyba rzeczywiście się boję o moją pewną określoną przyszłość. To zupełnie inny strach od tego jaki do tej pory odczuwałem. Ten jest... skumulowany. Jest skumulowany wraz z ostatnimi 18-stoma latami mojego życia. Teraz wkraczam w zupełnie nowy obcy świat. Mam już znajomych, którzy się pożenili, powychodziły za mąż. Są też w moim życiu pierwsi pracujący jak i bezrobotni. Sam również myślę nad pracą teraz, jak i w przyszłości. Albo studenci. Jest też Magda, która nie daje mi spokoju każdego dnia, bo każdego dnia wracam do niej, do nas myślami. Pierwsza miłość jest najgorsza... ale i najwspanialsza. Pochłania człowieka, sprawia, że płonie. I jest mi z tym niewyobrażalnie wręcz wspaniale kiedy wiem, że jest na świecie prawdziwie szczęśliwa dzięki mnie kobieta, którą kocham (mimo, że, jak na złość, co chwila o to pyta :P), której oddałem swoje serce.

***



I to wszystko, świadomość czasu który przeminął i czasu, który nadejdzie, przytłacza mnie. Osobiście nazwałem to kryzysem wieku młodego, bo tak samo jak podczas kryzysu wieku średniego, podsumowałem to, co zdążyłem osiągnąć, to, gdzie byłem, to, kogo i co poznałem. To jak jestem postrzegany w domu, w szkole, w harcerstwie, w MDK’u czy gdziekolwiek indziej przez kogokolwiek innego. Ot takie podsumowanie minionego czasu.

***



Jak na złość nie chce mi się pisać o wakacjach. Przezabawne, doprawdy.

***



Zauważyłem, że nigdy nie czekam z wrzuceniem jakiejś notki. Ale to nigdy przenigdy w życiu. Tworzę na bieżąco. Lubię to.
Ot luźna dygresja.

***



Oj trzeba iść się wyspać...

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Kocham Cię, Madziu!
P.S. Dawno mnie tu nie było, więc nie odpowiadam za poziom notki :P. Zapewne nisko pójdzie, ale może udało mi się tym przełamać pewne półtoramiesięczne lody...

czwartek, 7 czerwca 2007

Rozdanie

Życie pisze najlepsze scenariusze. Do napisania poniższych wypocin zainspirowała mnie dzisiejsza (a właściwie wczorajsza, bo ok. 4 godzin zajęło mi napisanie poniższego opowiadanka) sytuacja.
Zobaczymy jak się przyjmie ;)

***



Rozdanie



-Zasady są jasne, czy tak?
-Jak słoneczko, jak słoneczko...
-Gdy my gramy, nie oszukujemy. Po prostu... mamy tę partię zakończyć. Dla wyższego dobra.
-Bardzo pięknie.
-U nas wszystko dramatyczne.
-W wielkiej skali.
-I takie...
-Niebotyczne?
-A jak jakiś z nas jęknie?
-To już wszędzie jęczy, to po wszystkich barach szumi, to po wszystkich urzędach brzęczy.
-Ale kto to tam zrozumie...
-Myślałem, że zasady jasne i znane?
-A ta, ta, znane...
-No to jazda. -to rzekł Pan G. i począł karty rozdawać.
Rozdanie było dobre. Skuteczne, prawidłowe. Zwyczajnie- szczęśliwe.
Żyd przypatrywał się swoim kartom, a pan S. całej rozgrywce. Zajęty był prędzej jakimś arcydziełem, ale kto by się tym przejmował. Obserwował grę i kunszt jednocześnie- jedno oko tutaj, drugie tam, jeden dźwięk uchwycił z rozmowy, a drugi stworzył wyobraźnią. Znać było, że go karciane przeliczenia nie interesują. Nie jego to był interes- jego interesował wynik rozgrywki. A ta zaś była zacięta. Kto wie? Może i jakby im całą noc dać to by się coraz ciekawiej robiło?
Ale... to nie dla S. Marnotrawić czas, to innych i innym, a nie jego. Z tej rozgrywki miały wyniknąć poważne konsekwencje. Tak poważne, że mogły wpłynąć na całą przyszłość życia P., a już z całą pewnością na najbliższych parę miesięcy, z dobrym wiatrem na kilka lat.
Sam sobie był jednak winien... szczędził na rozgrywkę i nie dbał o zapewnienie dostatecznej kwoty- to się mogło źle skończyć. Powierzył swoją najbliższą przyszłość rozgrywce karcianej, której zasady miałby jasne dopiero po jej zakończeniu.
A zakończenie oddaliło się już po paru minutach i to w niepokojących okolicznościach.

Żyd prowadził grę dalej. Nie zależało mu na rozwiązaniu samym w sobie, bowiem swoje udziały miał- jak to Żydzi w zwyczaju mają. Chciał doprowadzić do rozwiązania... i mieć to za sobą. Zysk miał zagwarantowany- jedyne, do czego miał doprowadzić, to do rozwiązania rozgrywki, ale nie do jej przerwania, chyba, że "dałoby się to przeprowadzić". Ale zasady były trudne. Spisane nieformalnym, słownym przyrzeczeniem- oto kodeks każdej partii. Każdy kto przystępował do gry miał do wyboru szereg strategii- mógł partnera potraktować różnymi sposobami. Mógł mu nawet przy odrobinie szczęścia tak kiery i piki ze sobą zestawić, że był urządzony na całą rozgrywkę. Ale niechby mu się jaki trefl dociągnął- wówczas nie ma już prostej sprawy. Trzeba się trefla pozbyć, a najlepiej podać go gdzieś dalej, w rundkę po stole. W końcu ktoś, kiedy już dobije do dna ze wszystkimi felernymi treflami, może iść już tylko w górę. Talia ma tylko 52 karty- to jej jedyna zaleta.
I tymi też 52 kartami był Żyd teraz zainteresowany. Trefle zbierał, lecz karo nadganiał. Ten pik jeden- dama- psuł mu nieco szyki już od dwóch rund, ale źle nie było. Zresztą, z taką damą mógł wiele zwojować. Nigdy nie wiadomo jakie oblicze przybierze. Byleby z nią uważać. Chciał to tylko zakończyć- zysk miał zapewniony ponad stawkę gry u pana S.
Pan G. nie wiedział co myśleć o tym rozdaniu. Zawsze, gdy dostawał konkretne rozdanie, potrafił je odpowiednio zużyć, tak, aby wygrać. Jeżeli była potrzeba, grał długo, ale mądrze. Gorzej, że rzeczywiście długo grał. Kiedyś ponoć jedna tylko runda między nim a Todsem zajęła mu kilka dni. Trudno było, ale o dziwo nie myślał nad grą wedle zasad, ale nad odpowiednim ich wykorzystaniu do swych celów. I wykorzystał je.

Tutaj jednak było inaczej. Obserwował ich z boku, zawieszony nad arcydziełem, pan S. i to stwarzało ten szczególny rodzaj problemu, którego nie dało się ominąć. Mógłby zacząć już teraz, ale... tak wcześnie? Rozdanie nie było pomyślne, ale żeby tak od razu je wstrzymywać? Jedną z zasad było wstrzymanie partii na czas rewizji zasad, pod warunkiem zaistnienia realnego problemu niemożności rozwiązania partii, bez ograniczenia czasowego. Wówczas strony zazwyczaj zastanawiały się nad stosownym rozwiązaniem problemu.

Pan S. raczył się arcydziełem.
Pan G. mamrotał po nosem nad rozdaniem.
Żyd obserwował rozwój wydarzeń.

Taka przerwa była czasem błogosławieństwem. Pan S. czasem też miał potrzebę zagrania o własną przyszłość- jak każdy. Zasady lubił poddawać wnikliwej analizie i na tym zbudował swoją taktykę. Znając zasady, mając je zanalizowanymi, mógł je wykorzystać w uczciwy i sprawiedliwy sposób. Uchodził za osobę sprawiedliwą i zawsze tak też żył. Czasem tylko niewinnie na biało kłamał, w ostateczności łgał w żywe oczy. Ale poza tym okulary go przed belkami w oku dość skutecznie chroniły. A że plusy, to i drzazgi widział i wyciągał. Chyba, że ktoś nie chciał. Ale cóż takim począć- rękę wyciągasz, a taki nie tyle całą odgryzie, ile zwyczajnie ugryzie i wściekliznę zaszczepi. Ale S. nie z takich ran się wylizywał w przeszłości.

Pan G. niecierpliwił się. Szła już trzecia runda, a on jeszcze nie miał ani taktyki, ani, co gorsza, przewagi. Na partii mu zależało... podobnie jak i S. Tu leżał pies pogrzebany! Chociaż na boku czytał arcydzieło, był przecie tylko na boku, u boku, przy boku niemalże. Na szyi dało się wyczuć jego oddech, a bicie zdenerwowanego serca słychać było w każdej chwili ciszy jaka zalegała po ułożeniu karty przez kolejne ze stron. Gdyby G. zdecydował się na rewizję, wtedy... no właśnie. Nie wiadomo co by S. zrobił. Był przecież prostym człowiekiem, który chciał tylko dojść do prawdy i to właśnie akurat to pragnienie prawdy odzywało się w nim wtedy, kiedy G. tego nie chciał. Nie patrzył na to z perspektywy przewagi którejś ze stron. Jemu przed oczami stała jedna jedyna wizja- że raz rozpoczęta rewizja musiałaby się zakończyć. Oczywiście, stosownie poprowadzona, mogłaby doprowadzić do przerwania partii z remisowym wynikiem, lecz wówczas nikt by nie zyskał, czyli stracił- wedle logicznego wniosku tej mentalności. Tylko Żyd, który ma własne źródła dochodu jakoś by na tym wyszedł, prędzej czy później.
Pan S. widział co się święci. Znał G. Kiedy ten podczas rundy jedynie wertuje, przekłada, gniecie kolejne karty- myśli. Niekoniecznie nad posunięciem rundy do przodu, ale na pewno nad posunięciem rundy do przodu po swojej myśli. Zazwyczaj tak aby przeciwnikowi dogryźć. S. nie lubi, gdy w ten sposób traktuje się partnera w grze, ale cóż począć? Każdy gra jak chce i jak potrafi.
G. widział bowiem kilka nieprawidłowości. Runda się nie posuwała, więc zaczął rozmowę z Żydem.
-Powoli idzie.
-Dość- odpowiedział obojętnym głosem Żyd.
-Rzec by można, że stanęło.
-Stanęło- tym samym głosem odpowiedział Żyd.
-Miał pan kiedyś taką sytuację?
-W sumie... może.
-Gdyby było dobrze... znaczy się... Inaczej. Inaczej- w sensie zacznę.
"Oho." pomyślał S.
-Zasadniczo to chyba jeżeli gracz ma jednocześnie zbyt wiele kart, ma obowiązek oddać je w przeciągu dwóch minut...- tutaj G. dobrał pierwszą kartę.
-Prawda to.
-I tak sobie myślę...-dobrał drugą- czy widział pan może pogodę za oknem?- powiedział, gdy sięgał po trzecią
-Ładna, chmury ciekawie do przodu idą.
-O tym samym pomyślałem! Pan przeprosi, sięgnę tylko, i już...
-Czas leci...- pozwolił sobie zauważyć S.
-Ano jak ten czas leci!- potwierdził G.
-Jeszcze czas, panie G.- zwrócił się S. do G.
-Czas to pieniądz- zauważył Żyd.
-Ekhm... dług rzecz święta- pozwolił sobie przypomnieć o rozgrywce S.- a niezadługo termin.
-Żyd pamięta- znowu celnie zauważył Żyd, bo rzeczywiście nadal pamiętał o tym co miało być zrobione.
-O jak ten czas leci! A ja tyle kart mam- powiedział G.
-Panie G., jeszcze czas... ma pan całe 30 sekund.
-A kto by tam czekał. Zresztą, kart się nie pozbędę tylu w tej czy nawet następnej rundzie... Trzeba będzie ponownie rozdać, wedle zasad.
-Będzie trzeba- S. znał tę zagrywkę na wylot. Technicznie, jest możliwe pozbycie się nawet i dziesięciu kart w jednej rundzie, nawet nowicjusze pozbywają się dwóch kart na raz, a kilka partii pozwala na wprawę w pozbywaniu się do czterech nawet. Ale zasady są święte i dwie minuty również stały się święte. Świętym się ustępuje.
Żyd przyjął takie rozwiązanie tej rundy i rozdał karty po raz drugi. Wiedział jednak, że takiego typu partia może ciągnąć się w nieskończoność, aż któraś ze stron nie zrezygnuje i nie odda pola. Trzeba to było rozegrać w mgnieniu oka. Im szybciej tym lepiej dla końca rozgrywki. Jeżeli najbliższych parę rund przyspieszy, może to przynieść ciekawy skutek...

Pan G. patrzył na swoje karty. Teraz to miało jakąś przyszłość! Zaczął agresywnie, z ósemki i dziewiątki karo i przekazał Żydowi dwójkę trefla. Ten zripostował i oddał mu nie tylko tego jednego trefla, ale także świeżo dobranego. Ale G. nie dał się wyprowadzić z równowagi bo miał dwóch króli, a to mu pozwalało przekazać wszystkie trefle jakie miał, poza tymi na stosie. To też pospiesznie zrobił... i stanęło. Żyd przyjął karty, oddał trochę na stos, dobrał dwie i tym razem on myślał. Miał dozwolony limit kart i pozwolił sobie pomyśleć. Chciał to zakończyć szybko, ale teraz trzeba będzie myśleć.
S. nadal czytał, nasłuchiwał i obserwował. Rozgrywka dynamicznie wystartowała- dwie rundy w jedną minutę rzadko kiedy się zdarzają. Gorzej, kiedy wszystko staje.
G. zauważył pewien błąd. Nie wiedział do kogo on należał- czy do niego czy do Żyda, czy do twórcy gry, ale błąd był. Niby nic, ale jednak. Gdy go Żydowi przedstawił, zaczęli wspólnie nad nim dywagować, z czego Żyd prędzej przytakiwał, zaś G. forsował przeciwnikowi swoją opinię. I pomimo, że błąd rzeczywiście istnieć musiał- jasno to było widać- to czas mijał, a runda nie posuwała się ani o kartę do przodu. Nie było widać rozwiązania ani partii, ani błędu. A błąd był na tyle interesujący, że nie posuwał rozgrywki do przodu.
G. dawno nie znalazł tak zajmującego błędu. Zdarzały się w zasadach nieścisłości, ale... błędy? Kłopoty? To było dla niego rzeczą samą w sobie ciekawą. W końcu zasady nie po to były tworzone aby nie działały należycie. Więcej nawet- jeżeli istniał taki jeden błąd, to czy było ich więcej? Mogłoby się nawet okazać, że źle grają. A wówczas cała partia wzięłaby w łeb i kto wie, czy nie wszystkie wcześniej rozegrane- jakby poświęcić im więcej czasu.
-To zbyt istotna sprawa. Sądzę, że to nią trzeba się najpierw zająć zanim rozgrywka pójdzie do przodu.- postanowił G.
-Pragnę jednak zauważyć, że zgodził się pan na rozegranie partii o taką a nie inną stawkę w nie innym jak dzisiejszym dniu o nie innej a obecnej porze. Świadka mam- Żyda opłaconego.
-Poświadczam- wtrącił Żyd.
-Lecz niech pan na to z tej spojrzy strony. Przed nami jest możliwość... zmodyfikowania gry!
-Nieprawda. Wystarczy naprawić błąd. Można go w istocie nawet zignorować.
-Zignorować?! Przez to przecież cała gra jest błędna. A przecież opiera się ona na zasadach. Jeżeli zasady są błędne, to jak może następować prawidłowy postęp w rozgrywce?
-Po co kombinować? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.
-Brzytwy mi tutaj pod gardło niech pan nie podstawia. To nie ma nic do rzeczy. To jest istotniejsza materia.
-Ale co tu istotniejszego? Albo...
-Nie.
-Co "nie"?
-Rozgrywka, aby iść, musi być rozwijana.
-Co ci się tak na rozwój zebrało?
-Bo jest ze wszechmiar potrzebny, nieunikniony, powszechny.
-Ale nad czym ty teraz kombinujesz, powiedz mi? Do tej pory dało się bez tego...
-Nieprawda.
-Co "nie" tym razem?
-Nie "nie", tylko nieprawda.
-Dobrze, co: "nieprawda"?
-Nie dało się prawdziwie grać, więc nieprawda.
-A jednak grano i...
-Nieprawda.
-Grano i...
-Nieprawda!
-Mogę dokończyć?
-Teoria jest nieprawdziwa, więc nie doprowadzi do ewolucji w zasadach.
-No i?
-No i to, że zmiany są potrzebne.
-Nie wiesz jednak co chcę powiedzieć.
-Wiem.
-Żydzie- tu S. zwrócił się do Żyda- kto lepiej wie co chcę powiedzieć- ja czy szanowny pan G.?
-Bóg wie- ze szczerym uśmiechem zauważył Żyd.
-Wiedziałem że mogę na ciebie liczyć- takim samym uśmiechem odpowiedział S. Po chwili jednak powrócił do tematu -Czy teraz...
-Nie.
-Jakie znowu "nie" tym razem?!
-Bo wiem, co chcesz powiedzieć. I wiem, że powiesz nieprawdę. Źle założyłeś, źle będziesz nosił własną teorię. Na co ci to?
-Powiedz mi jedno- czy jest możliwym abyś mi nie przerywał nawet nie tyle w połowie zdania, co nawet na jego początku?
-Ale po co, kiedy już wiem co chcesz powiedzieć?
-Wiesz, że takiego zachowania zazwyczaj do kulturalnych się nie zalicza?
-Błędne założenie...
-Nie po raz pierwszy coś takiego pan robisz, a teraz naprawdę pan przeginasz. Nie podoba mi się to.
-Po co odwracasz kota ogonem?
-Czasami trzeba.
Tutaj, w tym jednym momencie, G. wybuchnął szczerym, prostym, rubasznym i bardzo dotkliwym śmiechem. Przebił wszelką chęć do rozmowy na wylot, tak, że już nie dało się jej odratować. Bo jak rozmawiać, kiedy ktoś się z ciebie śmieje?
G. powrócił do błędu zaraz po tym jak zauważył, że S. umilkł. Ledwie jednak usta otworzył, S. wybuchnął:
-A idźcie wy mi do diabła z waszym problemem!
-Już nie przeszkadzamy!- odkrzyknął G. i zaczął się ubierać do wyjścia.
Żyd jednak jeszcze twardo siedział przy kartach i myślał. Myślał nad feralnym błędem. S. zajrzał mu gwałtownie w karty, zapisał jakie która ze stron miała karty oraz sfotografował jaki był ich układ. Kopie i zapiski przekazał Żydowi. Dał nawet w uniesieniu ową feralną talię obu panom na pożegnanie aby u siebie myśleli, z dala od niego. Żyd jednak stwierdził, że nie jest w stanie pomóc- nie wiedział jak. Widział zwyczajnie, że gra nie jest warta świeczki.
Na pożegnanie jedynie podał rękę, gdyż wiedział, że obu stronom taki wybuch był potrzebny. Zagadnął:
-Rękę mi chyba podasz?
-Tak, podam- z pogodnym już uśmiechem odpowiedział G.

I tak oto ani problem, ani rozgrywka nie zostały rozwiązane, ani nikt nic nie zyskał, ani też nie udało się dojść do porozumienia. Bo oto postęp dokonuje się nie wtedy, gdy na siłę sprzeciwiamy się obecnym prawdom, ale wówczas, gdy dochodzi do porozumienia i uznania jednej tezy za prawdziwą, a nie rozpatrywaniu wszystkiego w nieskończoność. Oto co chciał właśnie S. do G. powiedzieć.

***



Proszę o komenty nad pierwszą nowelką (bo w sumie taka nowelka wyszła :D).

Pozdrawiam
krogulczas