czwartek, 1 maja 2008

Śledziony

Stało się to, co się nie odstanie!
Brzmi dramatycznie? W rzeczywistości prosta prawda.
Nie zdałem na prawo jazdy. I powiem, że już pół godziny jeździłem.
Nie miałem dostępu do mojego kochanego sprzęciku wraz ze wszystkimi zapisanym na nim danymi przez ponad tydzień. I stąd taka niespodziewana przerwa.
A ponieważ dzisiaj (podobnie jak przez ostatnie trzy lata) nie chce mi się uczyć do matury, doszlifowałem w paru punktach zapowiadane już wcześniej opowiadanko.
Za moment wracam do nauki, chociaż pewnie będzie to równie bezowocne jak wszystko dotychczas. Tak naprawdę, nie pisałbym tych słów, gdyby nie kalkulacja zbyt dużego ryzyka powrotu na zaledwie 18-20 godzin snu po przewidywanch kilkudziesięciu kilkudziesiątek kilometrów marszu podczas rajdu "Hubal", jaki chciałem sobie zafundować w ten długi weekend. Ale czegokolwiek nie zrobię, i tak będę żałować. Wolę więc chociaż wypoczęty iść na maturę.
Ale dość użalania się nad biednym losem maturzysty. Po maturach wyjadę na Węgry, do pięknej kuzynki z czasów dzieciństwa, i tyle mnie będziecie widzieć. Chyba, że za kilkadziesiąt lat na pierwszych stronach gazet, wymienionym pośród chaotycznych słów "córka", "więziona", "pożycie", "piwnica", "dzieci", przeplatanych relacjami "niczego nie podejrzewającyh i nie spodziewających się tego po mnie sąsiadach" oraz "najstarszego syna, Kazimierza". Ale to tylko jedna z nogawek czasu.

***


ŚLEDZIONY


1


-Albo on, albo planeta.
-To nas stawia w bardzo...
-Ma być niezręczna. Do usłyszenia.
Na ekranie wyświetlił się komunikat. Koniec transmisji.

2


Augusto, stary krawiec, szedł sobie polną drogą. Dopiero co odebrał cekiny do nowego bolero dla pewnego bogatego cavalero. Trochę utykając i przeklinając na niesamowicie paskudny stan dróg, wręcz tragicznie utrzymywanych przez hiszpański rząd, zbliżał się do swego warsztatu. Od domu było to jakieś trzydzieści minut piechotą, osiem minut biegiem, godzinę czołgania się, trzy godziny skradania, trzy minuty jazdy samochodem, a trzynaście sekund dla helikoptera. Augusto jednak nie zawracał sobie głowy takimi szczegółami.
Właśnie zbliżał się do swojego serdecznego przyjaciela, Hermana. Herman robił to co lubił, a najbardziej lubił pielęgnować kwiaty w swoim o ogrodzie. Mijając się, serdecznie się do siebie nawzajem uśmiechając, pozdrowili się równie przyjacielsko, jak to tylko najlepsi przyjaciele potrafią.
Kiedyś Herman był rewolucjonistą i walczył z rządem. Ale przecież z rządem nie da się wygrać. Więc dzisiaj walczy z chwastami, co uważa za o niebo łatwiejsze.
-Chwast wszedł do ogrodu- zakomunikował przez interkom zamocowany w szelkach ogrodowych spodni.
Augusto wchodził do swojego domu...

3


-Zaszczepiliśmy mu w śledzionie implant. Teraz jest nam ten implant potrzebny- podjął Gonzales.
-Śledziona? Gdzie u diaska położona jest śledziona?- zapytał Raul.
-Nie wiemy. Komputer wylosował lokalizację, a następnie wykonał wszystkie operacje. Niestety, znalezienie śledziony nadwerężyło jego ostatnie siły i zawiesił się. Teraz musielibyśmy go rozkrawać kawałek po kawałeczku, aby znaleźć ten cholerny implant. Że nie wspomnę o położeniu śledziony.
-A gdzie ona leży?
-Odpowiem ci możliwie precyzyjnie. Nie wiem- celnie zauważył Gonzales.
-No to co możemy zrobić?
-Porozkrawać Augusta na drobne kawałeczki aż znajdziemy ten nanoimplancik.
-Chyba nie zamierzacie go kroić?
-A mamy inne wyjście?

4


... jak gdyby nigdy nic. Ot, trzeba było dorobić jeszcze parę cekinów tu i ówdzie. Już nawet wiedział, ile go to wyniosło. I wiedział, że jego przyszłego zięcia nic to nie kosztuje. Bynajmniej teraz. Taki zięć to tylko raz na milion lat z nieba spada. Bratanek premiera, magnat zbożowy, najmłodszy wiceminister ekstremalnego rolnictwa i awaryjnych zasobów żywnościowych. Taki zięć, kiedy spada z nieba, trzeba go zatrzymać przy sobie.
Augusto był staromodny. On sam nazywał siebie tradycjonalistą. Szył ręcznie, bez pomocy niewolników ani robotów. Był szczęśliwym człowiekiem...

5


-Pan zna prawo. Nie wolno rządowi ingerować w kompetencje Rezerwatu. Tego wymaga bezpieczeństwo narodowe.
-Obywatele dojrzali już parokrotnie do narażania bezpieczeństwa narodowego w imię bezpieczeństwa narodowego. Rezerwat musi zostać naruszony ten jeden, jedyny raz. Później możemy nawet wzmocnić straże na jego granicach i podwoić moc pola siłowego. Ale teraz, musimy tam wkroczyć.
-Ten teren jest święty. To skarbnica naszej wiedzy. Bez osobników tam odizolowanych nie wiemy kim jesteśmy… przynajmniej dopóki nam nie powiedzą. I dobrze pan o tym wie. Naruszenie tej delikatnej równowagi może mieć całkowicie losowe i niekontrolowane następstwa...
-Woli pan, panie dyrektorze, abyśmy zlikwidowali Rezerwat?
-Że... że co proszę?- Dyrektora oblał pot zbliżony konsystencją do ciekłego tlenu.
-Nie po dobroci, to się naleci. Mam do dyspozycji takie środki.
-Raul... przecież mnie znasz. Ale ja chyba nie znam ciebie. Bo wydaje mi się, że żartujesz.
-Nie, dyrektorze Światowego Rezerwatu Pamięci Ludzkiej- Raul w mgnieniu oka przycisnął dyrektora do ściany większą, niż by się mogło wydać, ręką- Ja nie żartuję. Ja potrafię obejść się bez pamięci, bez kultury, bez słów i mowy. Ja tego nie potrzebuję. Czyż to nie słodkie? Tak, jestem tym samym daleko lepszy od ciebie. Ludzie, którzy potrzebują siebie nawzajem, którzy potrzebują pamięci, przemijają. – Raul wypuścił rozdygotanego dyrektora - Proszę wziąć mój wniosek pod rozwagę, dyrektorze.
Dyrektor, blady jak ściana, osunął się na ziemię. Drżącym głosem wycedził tylko:
-Bierz go sobie.

6


... który szczęśliwie się ożenił, miał szczęśliwą żonę (Panie świeć nad jej duszą) i córkę, która znalazła najpierw miłość, a potem jeszcze bogatego męża. Teraz chciał już tylko zobaczyć swoje wnuki, spamiętać ich twarze i imiona i mógł już spokojnie odejść z tego świata.
Zabrał się tymczasem do pracy. Nawlekając igłę, rozważał każde jej kolejne pociągnięcie. Wystarczą mu trzydzieści dwa cekiny. W myślach żartował sobie, że chce widzieć tyle wnuków ile będzie cekinów na bolero. „Czcze marzenia” pomyślał sobie. W obliczu polityki rządu zmierzającej do redukcji nadwyżki ludności, ale przecież zawsze lubił marzyć.
Pierwszy cekin, drugi cekin, trzeci, czwarty... szył precyzyjnie, trafiał igłą tam, gdzie potrzebował. Po dwóch godzinach misternego rzemiosła, dzieło jego życia było skończone.

7


-Dajcie mu jeszcze kwadrans. Za chwilę sam się tym zajmę- zawiadomił wszystkie jednostki Raul.
Słońce przemieściło się na nieboskłonie o cztery stopnie. Kwadrans minął.
-Cisza- rzekł Raul i ruszył do domu Augusta.
Tak po prawdzie to nie miał nic do Augusta. Był naprawdę mądrym mężczyzną, który przeżył swoją żonę i wychował wspaniałą córkę. Gdyby nie to, że pamiętał jak się szyje rękoma, zapewne nie znalazłby się w rezerwacie, a rząd zapewniłby mu jakąś fabrykę odzieżową. Ale on, jak prawie pięćset tysięcy jemu podobnych, Pamiętał. Pamiętał jak wyglądają lasy, jak wyglądają pola, jak spieczone są pustynie, a jak pełne życia są oceany, jak wysokie były góry i jak głęboko pod ziemię sięgały nory zajęcze. On to kiedyś widział. Znał swoją wolność. Znał swoją wartość.
Raul zbliżał się do domu pewnym krokiem. Wchodząc na schody ganku, uśmiechnął się. Zapukał. Augusto otworzył mu drzwi.
-Papa! Jak dobrze ojca widzieć.
-Raul! Miło cię jeszcze widzieć. Właśnie skończyłem szyć. Myślałem, że nie dadzą ci w tym miesiącu przepustki do mnie- staruszek zachichotał pod nosem.
-Tata zrobił to bolero dla mnie?
-Tak, jest gotowe. Chodź, przymierzysz, siebie w lustrze zobaczysz. Mnie samemu już trudno widzieć, mimo, że dali mi nowe oczy.
Przeszli parę kroków do warsztatu. Raul zatrzymał się.
-Jak to nowe?
-Operowali mnie kiedyś tam...
-Jak to operowali? Kiedy?
-Oj ze trzynaście lat temu. Nie mówiłem ci o tym? Co tam w ministerstwie w ogóle...
-I ja nic o tym nie wiem?
-Trudno żebyś o tym pamiętał, Raul. Ja mam do takich rzeczy lepszą pamięć. Jakąkolwiek tak po prawdzie!
-Augusto, to nie jest zabawne. Kto i dlaczego cię operował?
-Miałem wypadek. Długa historia. Miałem przebite zdrowe oko, płuco, śledzionę, zmiażdżone...
-Śledzionę?
-Tak. Nie odratowali jej, to ją wycięli. Muszę po prostu bardziej na swoje zdrowie uważać. Po takim wypadku mnie takie zalecenie nawet nie zdziwiło.
-Augusto, gdzie jest śledziona?
-Co?
-Gdzie jest śledziona?
-Zazwyczaj znajduje się w jamie brzusznej, wewnątrzotrzewnowo, w lewym podżebrzu pomiędzy dziewiątym a jedenastym żebrem.
-Augusto, nie pogrywaj sobie na mnie!- Raulem targały wstrząsy szoku połączonego z napadem szału godnym skandynawskich berserkerów.
-Raul, co ci się stało?
Zięć chwycił staruszka pod szczękę i przyciskając do ściany, uniósł obiema rękoma Augusta do góry.
-Gdzie... jest... śledziona? Zapytam.. po raz... os...tatni zanim się... na... ciebie rzucę...-wysapał, dysząc ciężko.
W jednej chwili, Raul opanował swój głos.
-O, przepraszam papo. Powinienem był najpierw to powiedzieć, zanim to zrobię, prawda?
Augusto dusił się
-Gdzie moje maniery. Tak po prawdzie, to... tak. Już nie potrzebujemy twojej śledziony
Augusto walczył o życie
-Implant został zapewne zniszczony. Niewiadomo gdzie się znajduje. Problem zanihilowany i rozwiązany.
Augusto przestał walczyć o życie.
-Tak, zanihilowany i rozwiązany- wypowiadając te słowa, wypuścił bezwładne ciało niedoszłego teścia, który już swoich wnuków nie zobaczy ani ich nigdy nie spamięta.
Ale i tak jest w lepszej sytuacji od Raula.
Raul za dwadzieścia cztery godziny straci wspomnienie o morderstwie.
W ogóle straci całą pamięć.
Augusto przynajmniej pamiętał każdy swój czyn.
Raul wreszcie zginie całkiem niedługo w mechaniczno-informatycznym świecie i zostanie z niego wymazany równie szybko jak został do niego kiedyś pospiesznie wpisany.
Augusto będzie chociaż zapamiętany przez tych, którzy potrafią o nim pamiętać.

1 komentarz:

  1. to trochę jak kompilacja Martixa i Dawcy i dlaczego akurat śledziona?

    OdpowiedzUsuń