Coma. Terapia w drodze.
***
Jestem wrakiem.
Totalnie upadłym człowiekiem.
Psychicznie.
Fizycznie.
Lecz nie duchowo. Ta ostatnia sfera pozwala mi jeszcze jako tako funkcjonować, ale kto wie ile wytrzymam.
***
Wczoraj był "Opal 2006"- festiwal. Mimo tylu znanych mi tam ludzi, dotarło do mnie to, do czego dochodziłem już wcześniej- że jestem kompletnie sam. Wypełnia mnie totalna pustka. Nie mam nikogo- dlatego chwytam się kogo i czego się da. To może być człowiek, to może być przedmiot, to może być myśl, albo emocja. I idę na dno. Jak wrak.
Nigdy nie byłem w takim stanie w jakim obecnie jestem. To, co się wydarzyło, zbiera żniwo.
***
Rzuciłem się na matkę. Jakieś dwa tygodnie temu.
Pełen wściekłości, gniewu, goryczy, żalu, strachu, paniki.
Z dnia na dzień osiągam kolejne granice- robię to, czego pragnąłem. Osiągnąłem granice nienawiści, osamotnienia, pustki moralnej, gniewu, odrzucenia.
***
Na obecną chwilę jestem sam na tym świecie. Żadnej matki, żadnego ojca. Żadnych dziadków, ani ciotek, ani wujków. Nikogo. Przyjaciół też nie mam. To tylko znajomości i znajomi. Doszedłem do kresu zaufania i przeszedłem na stronę nieufności. Nikomu nie chcę zaufać. Boję się zaufać.
Po tym jak ją uderzyłem, wybiegłem na cmentarz, do Kuby- mojego brata, zmarłego po porodzie. Tam pojawiły się pierwsze obajwy braku zaufania. Myślałem "Przecież mógłbym do kogoś iść... nie mam do nikogo daleko, bo za dużo osób znam. Ale nie chcę." Kiedy powiedziałem o tym matce, nazwała to instynktem obronnym. Brak zaufania jest oznaką instynktu obronnego! Dawno tak nie chciało mi się płakać i śmiać. Obie emocje zdusiłem.
***
Po tym zdarzeniu co jakiś czas dopadały mnie stany owego oczyszczenia- swego rodzaju obojętności wobec wszystkiego, wszystkich i siebie. Wszystko jest takie jasne, przejrzyste, nieskomplikowane... zwyczajnie pozbawione uczuć. Lecz kiedy tylko uczucia wracają, a myśli pozostają na swoim miejscu, zapadam się. Zamknięcie uderza ni stąd, ni zowąd. Osamotnienie pozostaje.
***
Jestem ostoją wiedzy. Mnichem, wiedzącym wszystko, znającym wszystkich. Potrafię wszystkich złamać, wszystko zmienić. Mam taką siłę.
Ale nie potrafię nikogo poznać. Nie potrafię niczego poznać. Nikogo nie zmieniam, nie przekonuję. Jestem bezsilny.
Mnich w "Podróży na Zachód" znalazł w końcu to, czego nie potrafił posiąść- umiejętność śmiania się. Ja już nie potrafię się śmiać- miast tego zamykam się w swoich myślach. Nikt mnie nie obchodzi, więc ja nie obchodzę nikogo.
***
Chciałoby się umrzeć, skończyć walkę, męki, cierpienia. Lecz co bym tym udowodnił? Nawet nie widziałbym aktu swego zwycięstwa i kapitulacji oponentów. Dlatego nie kończyłem do tej pory z życiem. I tak łatwo nie skończę- za bardzo mam ochotę dopierdolić matce. Szczerze. Nie ma sensu udawać syna, kiedy ona nazywa mnie wrogiem, agresorem, chamem, gówniarzem, sukinsynem i... synem. Tym ,któremu nie można zaufać. Kiedy trzeba, mam siedzieć cicho, aby jej nie zranić, albo żeby ona mogła ranić mnie.
Koniec z tym...
***
Czy rzeczywiście?
***
Strach. Gniew. Nieufność. Zwątpienie. To wszystko skumulowane zaledwie w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.
***
I koniec
niedziela, 10 grudnia 2006
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz