piątek, 10 sierpnia 2007

Wszędzie dobrze, ale nie w domu

Dzisiaj przeczytałem notkę na blogu mojego przyjaciela, Alexandra Smithsona. Notkę dość rozbudowaną i stworzoną pod wpływem podbijającego rzesze tępych umysłów Kominka link do jego bloga oraz link do notki która sprowokowała go do pisania).
Samą notkę Alexa można poznać tutaj (link).

Jaki jest mój stosunek do patriotyzmu? Chyba udało mi się go wyrazić w pewnej starej pracy szkolnej. Dla pewności przeczytałem ją sobie jeszcze raz, aby sprawdzić, czy nie straciła na aktualności.
Nie.
Poglądy pozostały niezmienione, a na pewno wnioski.

***



„Co to znaczy być patriotą w realiach współczesnego świata?” czyli „Wszędzie dobrze, ale nie w domu”

Pojęcie „patriotyzmu” istnieje już od wielu wieków. Przez ten czas ulegało wielu przeobrażeniom. Jego obecna definicja sprowadza się do słów określających umiłowanie i dumę z ojczyzny, kraju ojczystego. Jest to jednocześnie dostrzeganie wszelkich związanych z pojęciem „ojczyzny” konsekwencji- tych pozytywnych i tych negatywnych. Na dobre i na złe.

Zakładając, że bierzemy pod uwagę ogół współczesnego świata, wówczas mamy problem.

Na całym świecie, przynajmniej od połowy XIX wieku, jest zdecydowana tendencja do dwóch ruchów ideowych: pierwszy- migracyjny, w kierunku północy, zachodu i północnego zachodu, czyli do krajów Europy i Ameryki Północnej; i drugi- rewolucyjny, przemieszczający się w przeciwnym kierunku tj. na wschód i południe i przetaczający się przez kraje Afryki i Azji zachodniej i centralnej. Oba mają na celu jedno: przetrwanie, choć często z różnych pobudek. Członkowie społeczeństwa indywidualistycznego robią to głównie dla siebie, zaś ci wywodzący się ze społeczeństw kolektywistycznych często chcą pomóc rodzinie bądź blisko ze sobą związanym grupom. Dla obu tych ruchów moim zdaniem pojawia się osobna, specyficzna definicja tego, co można by nazwać patriotyzmem.

Patriotyzm emigranta
Większość emigrantów w przypadku społeczeństw indywidualistycznych to młodzi ludzie, najczęściej samotnie migrujący, gotowi na wyzwania, które postawią sobie i innym. W przypadku społeczeństw kolektywistycznych są to zazwyczaj osoby w średnim wieku, przemieszczające się dla dobra rodziny, często wraz z nią, lecz coraz częściej spotyka się również ludzi młodych, od wczesnych lat wychowywanych do wyjazdu. Tak dzieje się np. w przypadku północno-afrykańskich mieszkańców, którzy coraz liczniej wkraczają do Hiszpanii, a stamtąd dalej- do Francji, Zjednoczonego Królestwa. W tym konkretnym przypadku następuje ewolucja mentalności grupowej w jednostkową- namiastka tego podejścia jest przekazywana już w rodzinie, reszty osoby te uczą się od ludzi z którymi mają do czynienia (szczególnie w przypadku pracowników umysłowych). Ewolucja ta jest ułatwiona właśnie z powodu wartości wpajanych od dzieciństwa.
Emigranci zazwyczaj nie czują silnego związku z ojczyzną, najczęściej od czegoś bowiem uciekają- biedy, prześladowania, czy chociażby z powodu własnych poglądów. Mimo tego jednak w pewnym momencie zachodzi zjawisko gloryfikacji znanych sobie wspomnień- tych najmilszych, związanych z przyjaciółmi, rodziną. W chwilę później jednak odzywają się negatywne wspomnienia- beznadziejnych dochodów zestawionych z obecnymi, bycia bitym i poniżanym, wyszydzanym.
Ktoś zapewne spytałby się- gdzie tu patriotyzm? Jest go aż nadto. Może i taki człowiek nie czuje się dumny ze swego państwa, lecz ma zakodowaną olbrzymią ilość informacji pozytywnych, pod postacią wspomnień, a ponadto dostrzega negatywne strony życia w dotychczasowych warunkach. Nie gloryfikuje na siłę ojczyzny i nie uważa, że nie potrzeba jej zmian. Pod tym względem jest to zjawisko bardzo pozytywne, niezależnie, czy ktoś ratuje siebie, czy rodzinę.

Patriotyzm rewolucjonisty
Oto drugi wariant współczesnych nurtów przemierzających świat i związanego z nim postrzegania świata, czyli osoby, która chce udowodnić, że walka jest symbolem patriotyzmu. Obecnie jest to proces daleko już posunięty, mający ścisły związek z dekolonizacją oraz czymś, co można nazwać rekolonizacją, czyli ponownym wprowadzaniem wpływów państw wyżej rozwiniętych do państw niższych.
Trzeba twórcom kolonializmu przyznać jedno- całkowicie odcięli się od wyzwalającego się państwa w momencie uzyskiwania przezeń niepodległości. Wycofywali cały kapitał ludzki i inwestycyjny jaki wprowadzali, pozostawiając jedynie widmo dawnej świetności. Dawnej, bo jak należy zauważyć, byt większości niepodległych państw Afryki i Azji wcale się nie polepszył, lecz z ich subiektywnego punktu widzenia, nowe państwo nie spełniło ich oczekiwań. W ich odczuciu, ich stan życia wręcz się pogorszył! W istocie tak też jest, lecz tylko i wyłącznie z powodu mechanizmów psychologicznych. Krótko mówiąc- proroctwo lepszej przyszłości nie miało możliwości spełnienia tylko i wyłącznie dzięki wizji pozytywnego rezultatu własnych działań.
Teraz zbiera to swoje żniwo poprzez najróżniejsze konflikty o przeróżnej skali. W większości przypadków są one spowodowane nasilającym się niezadowoleniem wśród mas, które jedynie potęgują własne wzorce, sprowadzające się do ukierunkowania źródła niedoli poza sobą, na aparacie państwowym, który zawiódł. W takich przypadkach, ludzie niespodziewanie zmieniają nastawienie i biorą sprawy w swoje ręce. A właściwie- broń w swoje ręce. Afganistan, Rwanda, Algieria. To doprawdy tylko kilka przykładów, kiedy to rewolucjoniści chcieli doprowadzić do polepszenia warunków bytowych. W ich odczuciu, poziom życia ludności był o wiele za niski (konflikt ekonomiczny) bądź też niestosowny (konflikt etniczny). Pomijając jednak różne pobudki, celem tych ludzi jest zazwyczaj walka o dobro narodowe.

Nowocześnie instynktowni?
Powyższa klasyfikacja może narzucić pewne skojarzenia z instynktowną reakcją wszystkich ziemskich istot. Zasada ta nosi nazwę „walcz albo uciekaj” i stosowana jest w wypadku zagrożenia życia, lecz w przypadku ludzi również z powodu dowolnego dyskomfortu, niepewności. Oznaczałoby to, że wszyscy ci ludzie dostrzegają w swojej ojczyźnie zagrożenie dla życia, bezpośrednie lub pośrednie. I to często realne.
Nie jest to sposób pojmowania świata jakiego można by spodziewać się po człowieku.
W istocie problemem jest w tym momencie nie sama ojczyzna i brak miłości do niej jako takiej, lecz zbytnie zaawansowanie człowieka. Niestety, wyprzedziliśmy swoje ciała. Wiedza nie zmienia mózgu, nie zmienia zachowań podświadomości. Owo „nowe szybsze tempo życia” okazuje się zgubne dla człowieka. Nie mamy bowiem żadnego stabilnego miejsca, do którego moglibyśmy powrócić. Brakuje nam w życiu pewności, stałości, oparcia. To jest właśnie cel poszukiwań każdego człowieka- znalezienie własnego miejsca. Niestety, stało się to już chyba „patriofilią”- obsesyjnym dążeniem do znalezienia miejsca bezpiecznego, tylko i wyłącznie naszego.
Prowadzi mnie to do smutnego wniosku- trudno jest szczerze, zgodnie z umysłem i ciałem, nazwać ojczyznę „miejscem umiłowanym”. Nie mając żadnego punktu zaczepienia, często rzucamy się w wir zdarzeń ze świata, które nijak mają się do nas samych. Szukamy szczęścia wszędzie i we wszystkimi, bo ojczyzna nam tego nie zapewnia. „Patriotyzmem” w realiach współczesnego świata jest poszukiwanie bezpiecznego schronienia.

***



Sam chyba również powoli się uspokajam. Tak jak jeszcze rok temu oddałbym życie za ojczyznę, tak teraz targają mną mieszane uczucia. Nie wiem jak bym zareagował w obliczu wojny obronnej (bo chyba tylko na taką stać nasz rząd)...

***



(Tak po prawdzie przydałyby się w Polsce rządy silnej ręki, a nie marnowanie 3/4 kadencji, środków i budżetu na ustalanie koalicji.)

***



... ale wiem, że nie szedłbym jak debil na pierwszą linię. Umierać bez zabicia nawet jednego wroga tylko dlatego, że zamiast leżeć i czekać na okazję to wstawać i bez opamiętania szarżować wprost pod serię ckm'ów i innej broni ręcznej, lub po prostu być wysadzonym granatem albo szczytem dyshonoru- miną.
Nie, to nie dla mnie.
Nie, głupie oddawanie życia przy każdej okazji chyba przepadło ostatecznie genetycznie podczas II Wojny.

***



Teraz ludzie mają zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele myślą zamiast działać... Inna sprawa, że jak już zaczynają myśleć, to myślą JEDYNIE o tym jak napchać swoje kieszenie, a potem je opróżnić w najbliższym hipermarkecie. Doczesne dobra i ich konsumowanie zamiast oczekiwanie na tę jedną krótką chwilę. Ale nie oczekiwanie głupie, bierne, lecz czekanie na efekty własnych zabiegów, własnej pracy. Oddanie swojej woli bezdusznemu medium jest proste, ale to tylko na chwilę zaspokaja pragnienie. „Daj mu rybę, a będzie najedzony. Naucz go łowić, a będzie najedzony do końca swoich dni.”.

***



Alex zadał mi kiedyś pytanie „Czy według Ciebie, jedynym sposobem na walkę z systemem, jest pójście na wieś?”. Odpowiedziałem wówczas „Tak”. Teraz naszła mnie jednak nowa myśl- do walki z obecnym systemem potrzebna jest w istocie cierpliwość. O ileż lepiej smakuje pokonanie olbrzymich przeciwności losu, co czyni to zwycięstwo unikatowym, niż ledwo co wykupiony fastfood, jaki można znaleźć wszędzie i zawsze. Sam też przed momentem popracowałem nad cierpliwością wobec Madzi. Kocham ją i nawet niech nikt nie myśli w to wątpić. Ale czasem potrzeba trochę poczekać, mimo, że wszystko naokoło i wewnątrz gna na złamanie karku...

Pozdrawiam
krogulczas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz