***
Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?
***
Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.
***
Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.
***
Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.
BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH
Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light
I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now
Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others
Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)
Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
***
Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.
Pozdrawiam
krogulczas

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz