wtorek, 19 sierpnia 2008

O paru pojedynkach w wielkim świecie

Małachowski (Polska) vs. Kanter(Estonia)
Powiem tylko jedno- aż miło było na to popatrzeć. Osobiste gratulacje dla naszego dyskobola.
I to właściwie jedyny absolutnie pozytywny akcent dzisiejszego dnia. Dla mnie tą radość przyćmewa wynik kolejnego dzisiaj pojedynku, tym razem na arenie politycznej.

Tusk (PO) vs. Kaczyński(PiS)
Orędzie do Narodu pana Prezydenta wyprzedziło orędzie Prezesa Rady Ministrów. Chociaż wszystkie serwisy informacyjne wzbudzają panikę, że mogłyby być aż dwa orędzia (gdyby nie łaskawa decyzja PRM rzecz jasna), 1:0 dla Kaczyńskiego powinno zostać jturo wyrównane na 1:1 z zapowiedzią kolejnych punktów, bowiem to właśnie w kancelarii premiera dojdzie do podpisania paktu o budowie tarczy antyrakietowej.

Sikorski (Polskie MSZ) vs. Rice (Department of State)
A to ocenimy jutro. Podobno mamy lepszą umowę niż Czesi, którzy nawet palcem tknąć, stopy postawić ani okiem spojrzeć na amerykańskie bazy nie mogą. Wierzę jednak, że obrany przez nas kurs prowadzenia negocjacji z Ameryką był możliwie nieustępliwy, a zarazem najzwyczajniej w świecie- mądry. Ocenimy jutro.

Dubcek (Czechosłowacja) vs. Gomułka (PRL... ZSRR?)
Ciekawe, że właśnie jutro, 20 sierpnia 2008 roku ma zostać podpisana umowa mówiąca o budowie amerykańskich baz na terenie państwa, które dokładnie 40 lat wcześniej wkraczało siłami przeszło 30. tysięcy żołnierzy na teren innego państwa, w którym mają zostać zainstalowane analogicznie działające bazy. Przypadek, ironia czy cios?

Rosja (Rosja)vs. Gruzja (Gruzja)
Tutaj owacje na stojąco dla obu przedstawicielstw. Jedni drugim do gardeł skaczą, ale czynnik militarny już tak na facetów od wojny działa. Gruzinom współczuję, Rosjanom kibicuję. Albo na odwrót.

NATO (NATO) vs. Rosja (Rosja)
Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzeć, bo np. w 1914 roku wystąpienie Serbii przeciw Austro-Węgrom miało podobny przebieg- szybki zryw na potężniejsze państwo, a potem lata płaczu, łez i przelanej krwi. Wtedy Austro-Węgry tak samo występowały w obronie swoich praw, lecz doskonale wiemy, że mieli apetyt na Bałkany.
Dzisiaj mówi się o prowokacji ze strony Rosji celem wprowadzenia przychylnych Kremlowi rządów na Zakaukaziu.
Jak towarzyszom znad Wołgi nie wyjdzie, to dostaną dwa potężne policzki w kierunku odizolowania ich od polityki wielkiego świata: z jednej strony wspomniane powyżej tarcze antyrakietowe, z drugiej uniezależnienie się od dostaw ropy przez terytorium Rosji (wszyściutkie ropo- i gazociągi ze Wschodu biegną właśnie przez jej terytorium) poprzez budowę korytarza energetycznego przez kaukaskie republiki.
Cóż, Ameryka ma Irak i Wenezuelę, dlaczego Europa nie miałaby mieć Azerbejdżanu? Aloha, polityko kolonialna! Tfu, globalizacyjna! Tfu, społeczności międzynarodowej!
A do diabła z wami. Jeszcze trochę i doczekam się wojny prewencyjnej wobec wojny prewencyjnej wszczętej z powodu zagrożenia wojną prewencyjną powodowaną wojną prewencyjną. God bless us/US.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Powroty

Tak mnie jakoś na wspomnienia wzięło. Lubię tak sobie do czegoś powrócić.

***


Usiadłem w pociągu. Zaraz w pierwszym przedziale.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo jest wolny – odparłem ojcu, którego odwiedzałem w Olsztynie.

Teraz siedzę w tym przedziale, dosiadła się jakaś laska. Brałby ją, ale wolę pisać, choć sam nie wiem o czym. Tak samo nie wiedzieliśmy o czym mamy rozmawiać przez te dwa dni. Znowu dostarczyłem nową porcję informacji o mojej osobie, on przekazał pewne wiadomości o swojej osobie.
Ja o moim zdrowiu, on o zdrowiu Filipa.
Ja o mojej przeprowadzce do Łodzi, on o swojej przeprowadzce do nowego mieszkania.
On zapytał się o Borysa, ja mu odparłem, że nie żyje od ponad pół roku.

Kolejne dwie laski. Młodsze. Do Warszawy jadą. Po co? To pytanie często towarzyszyło mi podczas tego wyjazdu. Po co było tu moje wujostwo? Po co miałbym unikać tematu tego czy tamtego? Po co miałbym być grzeczny i posłuszny? Po co więc byłem tak cicho?
Dlaczego nie potrafiłem zachować się w stosunku do niego w sposób zdecydowany i stanowczy, tak jak kiedyś?
Chyba się zestarzałem, tak jak on.
Kiedyś był inny. Miał włosy na głowie, ładną, dobrze gotującą żonę (obecna udowodniła mi, że na tym świecie istnieją zupy i ciepłe wody z warzywami) i ładniejsze mieszkanie.
Bo mieszkanie raczej mojego entuzjazmu nie wzbudziło. Ani osiedle nawet. Spokojnie można by je wysłać do koszmarów architektury. Budynki wszystkie nowe, i tylko tyle mają ze sobą wspólnego. Reszta to tylko mozaika ludzkiego bezguścia. Bloki wyglądające jak kamienice, bloki wyglądające jak centra handlowe, bloki zamykane, otwarte, zakratowane i monitorowane, bliskie i oddalone, wysokie i niezbyt wysokie, tu drzewo, tam trawnik. Róże, biele, zielenie, biele, żółcie, biele, błękity, biele. I dom. Nowy, matujący szarością dom, ze spiczastym jak kukluxklanowy kaptur dachem, ale dla odróżnienia w czarnym kolorze. Bleh, rzyg, zwrot i w tył zwrot. Tym panom już podziękujemy.

Wydawać by się mogło, że większe wrażenie zrobiło na mnie w takim razie miasto. W dzie tam. Fajne niby, bo dużo otwartej przestrzeni, a przy tym dużo ciekawych zakamarków znalazłem, np. zapomniane schody na wiadukt kolejowy, zupełnie jak te pokazane przez Golluma we Władcy Pierścieni (te, po których musieli się wspinać; schody jego mać). Albo Aleję, ale taką Aleję z prawdziwego zdarzenia, Alkoholu. W skrócie AA. Ścieżka wijąca się dziko w zaroślach i chwastach zaraz u podnóży jakiejś obwodnicy, schowana pod koronami drzew, z odgałęzieniami do pijackich melinek co parę metrów na prawo i lewo ze śladami bytności homo sapiens alcoholic.
Bo co mnie miało zafascynować? Centrum handlowe? Dwa piętra, dwa parkingi, dwie minuty na przespacerowanie się po wnętrzu- cała Alfa w dwu plus paru słowach.
I wypuszczenia w to wszystko tak bardzo obawiał się mój ojciec? Ano właśnie. W końcu się o mnie trochę pobał. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.

Filip. Podobno miałem mieć tak na imię. I była to w dodatku inicjatywa matki (shic!). Stanęło na Bartłomieju, co, jak łatwo się domyślić, niezmiernie mnie cieszy.
Swoją drogą, myślałem, że nie zaakceptuje ojca jako ojca Filipa. Myślałem, że na takiej samej zasadzie nie zaakceptuje Filipa jako brata. Źle myślałem. Byłem w błędzie. Źle ucelowałem. Palnąłem gafę. Wtopiłem. Za szybko doszedłem :).
Abstrahując od powyższego, póki co nie nazwę naszego trio rodziną. Co to, to nie.

Na rozgrzewkę więc taka refleksyjna notka w stylu tych początkowych, kiedy to ruch emo nie był nazwany, ale z którym na płaszczyźnie światopoglądowej intensywnie sympatyzowałem (obywając się przy tym bez szwabów z tokijskiego hotelu). Niach. Aż nazwę siebie prekursorem emo w polskiej blogosferze.

P.S. Cieszę się, że mi przeszło.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Rozgrzewka o pełni

Z okazji pełni i prawdopodobnie najlepszego możliwego biorytmu, piszę, korzystając z przypływu weny. Mam za sobą cały piękny miesiąc pełen wrażeń. Dlatego pojawi się też kilka notek, nadrabiających dotychczasowe opóźnienia. Trochę ich będzie. Chronologię pocałujcie wymalowanymi szminką ustami w dupcie i (korzystając z nowonabytego celownika) kopnijcie ową dupcię na dobranoc. Szykuje się kilka pracowitych wieczorów, a ja lubię pracować systematycznie acz chaotycznie.
Na pierwszy ogień pójdzie więc wizyta u ojca w Olsztynie. Bo śmiesznie było.
Do jutra więc.