***
Usiadłem w pociągu. Zaraz w pierwszym przedziale.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo jest wolny – odparłem ojcu, którego odwiedzałem w Olsztynie.
Teraz siedzę w tym przedziale, dosiadła się jakaś laska. Brałby ją, ale wolę pisać, choć sam nie wiem o czym. Tak samo nie wiedzieliśmy o czym mamy rozmawiać przez te dwa dni. Znowu dostarczyłem nową porcję informacji o mojej osobie, on przekazał pewne wiadomości o swojej osobie.
Ja o moim zdrowiu, on o zdrowiu Filipa.
Ja o mojej przeprowadzce do Łodzi, on o swojej przeprowadzce do nowego mieszkania.
On zapytał się o Borysa, ja mu odparłem, że nie żyje od ponad pół roku.
Kolejne dwie laski. Młodsze. Do Warszawy jadą. Po co? To pytanie często towarzyszyło mi podczas tego wyjazdu. Po co było tu moje wujostwo? Po co miałbym unikać tematu tego czy tamtego? Po co miałbym być grzeczny i posłuszny? Po co więc byłem tak cicho?
Dlaczego nie potrafiłem zachować się w stosunku do niego w sposób zdecydowany i stanowczy, tak jak kiedyś?
Chyba się zestarzałem, tak jak on.
Kiedyś był inny. Miał włosy na głowie, ładną, dobrze gotującą żonę (obecna udowodniła mi, że na tym świecie istnieją zupy i ciepłe wody z warzywami) i ładniejsze mieszkanie.
Bo mieszkanie raczej mojego entuzjazmu nie wzbudziło. Ani osiedle nawet. Spokojnie można by je wysłać do koszmarów architektury. Budynki wszystkie nowe, i tylko tyle mają ze sobą wspólnego. Reszta to tylko mozaika ludzkiego bezguścia. Bloki wyglądające jak kamienice, bloki wyglądające jak centra handlowe, bloki zamykane, otwarte, zakratowane i monitorowane, bliskie i oddalone, wysokie i niezbyt wysokie, tu drzewo, tam trawnik. Róże, biele, zielenie, biele, żółcie, biele, błękity, biele. I dom. Nowy, matujący szarością dom, ze spiczastym jak kukluxklanowy kaptur dachem, ale dla odróżnienia w czarnym kolorze. Bleh, rzyg, zwrot i w tył zwrot. Tym panom już podziękujemy.
Wydawać by się mogło, że większe wrażenie zrobiło na mnie w takim razie miasto. W dzie tam. Fajne niby, bo dużo otwartej przestrzeni, a przy tym dużo ciekawych zakamarków znalazłem, np. zapomniane schody na wiadukt kolejowy, zupełnie jak te pokazane przez Golluma we Władcy Pierścieni (te, po których musieli się wspinać; schody jego mać). Albo Aleję, ale taką Aleję z prawdziwego zdarzenia, Alkoholu. W skrócie AA. Ścieżka wijąca się dziko w zaroślach i chwastach zaraz u podnóży jakiejś obwodnicy, schowana pod koronami drzew, z odgałęzieniami do pijackich melinek co parę metrów na prawo i lewo ze śladami bytności homo sapiens alcoholic.
Bo co mnie miało zafascynować? Centrum handlowe? Dwa piętra, dwa parkingi, dwie minuty na przespacerowanie się po wnętrzu- cała Alfa w dwu plus paru słowach.
I wypuszczenia w to wszystko tak bardzo obawiał się mój ojciec? Ano właśnie. W końcu się o mnie trochę pobał. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.
Filip. Podobno miałem mieć tak na imię. I była to w dodatku inicjatywa matki (shic!). Stanęło na Bartłomieju, co, jak łatwo się domyślić, niezmiernie mnie cieszy.
Swoją drogą, myślałem, że nie zaakceptuje ojca jako ojca Filipa. Myślałem, że na takiej samej zasadzie nie zaakceptuje Filipa jako brata. Źle myślałem. Byłem w błędzie. Źle ucelowałem. Palnąłem gafę. Wtopiłem. Za szybko doszedłem :).
Abstrahując od powyższego, póki co nie nazwę naszego trio rodziną. Co to, to nie.
Na rozgrzewkę więc taka refleksyjna notka w stylu tych początkowych, kiedy to ruch emo nie był nazwany, ale z którym na płaszczyźnie światopoglądowej intensywnie sympatyzowałem (obywając się przy tym bez szwabów z tokijskiego hotelu). Niach. Aż nazwę siebie prekursorem emo w polskiej blogosferze.
P.S. Cieszę się, że mi przeszło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz