Mukashi, mukashi ostatnim razem czułem się tak jak dzisiaj. Autentycznie czuję podekscytowanie tymi studiami. Co z tego, że przetrenowałem mięśnie zlokalizowane w okolicach lewej pachy (takich mściwych mięśni to ja jeszcze nigdy nie czułem), że właśnie puszczam sobie wodę w wannie, bo inaczej ich nie rozgrzeję? Co z tego, że straciłem już okazję na dodatkowe punkty na komunikacji społecznej, bo już się na nie spóźniłem? Cóż mi po tym, że wiąże się to automatycznie z utratą 2,5 punkta (ze 100 przewidzianych)? Czy jest coś dziwnego w tym, że wróciłem nieżywy do domu, ale za to z książką, która już teraz daje mi możliwość przeanalizowania wczorajszego spotkania? Co z tego, że dzisiaj miałem cztery wykłady?
Dzisiaj poczułem się jak ryba w wodzie. To jest właśnie to!
Bałem się o historię stosunków międzynarodowych, ale wygląda na to, że obejmuje okres z lat 1815-1939 na obecną chwilę, a to oznacza dla mnie dar niebieski, że nie trzeba będzie przechodzić przez całą historię świata od prapoczątków. Z dużą dozą optymizmu podszedłem do historii dyplomacji polskiej (de facto, takiej historii polskiej), oraz do podstaw stosunków międzynarodowych (de facto, takiej politologii)... i słusznie! Kolejni świetni wykładowcy, obaj wypuścili nas po 45 minutach. Ten pierwszy, bo miał tak wyznaczone zajęcia, że kolidowały z inną grupą w tym samym czasie, ten drugi, bo stwierdził, że nie ma nam już nic więcej do powiedzenia :D.
Jestem zbyt podekscytowany tym, co się dzisiaj wydarzyło, żeby pisać jakoś spójnie. Pardon zwyczajnie. Lipa, że będę potrzebować intensywnie dostępu do drukarki, bo pierwsza praca już zapowiedziana, i do oddania za tydzień ;). Możliwe, że sobie jeszcze do niej dzisiaj siądę... jak tylko nie będzie mi zbyt dobrze :D.
No. A teraz powiem tylko jedno- it is a good day to take a bath ;).
czwartek, 2 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Taak, wykłady to jest klasa sam dla siebie. Jestem już po pierwszych i jest spoko. Rozpoczęcie (wydziałowe, bo na centralne nie chciało mi się po dwóch lekcjach w środku dnia zwlec) przypominało nieco film porno - przydługawe i za dużo pier... ehm. Jako, że było połączone z obowiązkowym wykładem z dziedziny prawa(sic!), trzymali nas sześć godzin. Zaobserwowałem, że liczba napływowych warszawiaków przewyższyła tych rdzennych. Gdy mianowicie wykładowca stwierdził "Kupujecie państwo kurtkie...", część sali zaroftlowała. A to przecież nie powinno śmieszyć wasrschauerów z dziada pradziada.
OdpowiedzUsuńMam jeszcze taki przedmiot jak Kultura Języka Polskiego, niesamowicie dołujący i potencjalny kandydat na egzaminowego zabójcę. Udowadnia on bowiem, że właściwie nikt w naszym kraju nie mówi po polsku. Na przykład zmusza cię, żebyś sobie odpowiedział na jedno, zajebiście ważne pytanie: saniami czy sańmi? A jak odpowiedzi nie znasz, to możesz się sam schlastać po mordzie jak tanią dziwkę, maderfaker. Takie wrażenia po ćwiczeniach. Ale wykład z tegoż przedmiotu to było cudo. Świetne dygresje, dowcipów niemal tyle, co w dobrym kabarecie(serio). Najlepszego z nich nie da się niestety przytoczyć w całej urodzie. Tak czy inaczej, ze wspomnień wykładowcy: otóz ludzie po 2-3 latach filologii polskiej znajdują się w stanie permanentnego pół-letargu, z którego się budzą tylko, gdy usłyszą mądrze brzmiące obce słowo(np."ortoepiczny"). Najwyraźniej to widać podczas wykładów, kiedy to studenci znajdujący się w stanie zombie, po wypowiedzeniu magicznego słowa się ocykają i zaczynają gorączkowo notować. A kiedy wykładowca kończy tę anegdotę słowami(napisane nie brzmi to nawet w połowie tak dobrze jak powiedziane): "chciałem to kiedyś nagrać i wrzucić na youtube'a", cała sala się zwija.
No tak, wyszło mi jak zawsze, głupio i bez morału. Powoli się zresztą robi z tego mała kronika epistolograficzna. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
Trzymaj się, lodzermenschu.