***
Najlepiej zacząć od wczoraj. Wczoraj jest zawsze cudownym terminem, no, może poza "od poniedziałku". Ale w tym wypadku zaczęło się wczoraj.
Pamiętam, że wychodziłem z wykładu geografii politycznej i ekonomicznej. Był to fascynujący czas. Nie pamiętam tylko dlaczego, bo obudziłem się dość gwałtownie pod koniec zajęć. Brać zdecydowała się opuścić budynek nietypową drogą: skrótem. Skrót polegał na wyjściu bramą prosto na ulicę, zamiast wić się oficjalnym korytarzem buk wie ile. Wystarczyło tylko minąć taką podnoszącą się automatycznie zaporę dla samochodów i jest się na zewnątrz.
Tyle, że ta zapora, ta rogata maszyna, zapolowała na mnie. Podniosła się równiez gwałtownie co niespodziewanie w momencie, gdy wymijałem ją będąc skierowany bokiem do kierunku marszu, a brodą do samego wynalazku. Widocznie coś się akurat wtedy jej nie spodobało, że mnie, idącego jako ostatniego, musiała rytualnie zdzielić po brodzie prawym sierpowym oddolnym. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.
Następne były łyżwy. Te już dzisiaj. Miało ich jeszcze długo nie być, ale... flatmejt się zgodziła.
ONA: Pojeździłabym sobie na łyżwach (raz w manu była i myśli, że świeci)
JA: Tak sobie myślę... Flatmejt, masz zamiar się uczyć?
ONA: Nie... nie!
(po chwili)
ONA: Czekaj chwilę, sprawdzę łyżwy.
Pierwszy raz miałem na nogach łyżwy, pierwszy raz tak boli mnie ręka i tyłek jednocześnie od upadania przodem i tyłem, na wznak, na linię i interlinię, wreszcie na bok i punkt. Było kilka niebezpiecznych dla mojego życia okoliczności losowych, jak chociażby inne łyżwy na nogach innych łyżwiarzy. Naturalnie pozostawiłem po sobie na lodowisku gustownego orzełka. Ponownie, tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.
Wracam z łyżew z flatmejt. Jedziemy dziewiątką, bo nas pod dom ma wysadzić, ale najpierw zatoczy piękne kółeczko, a po drodze mijamy właściwie nasze mieszkanie o jedną przecznicę.
(tram stanął na przystanku)
JA: Matejki. Wysiadamy może?
ONA: Okej.
Wstaliśmy. Podeszliśmy do otwartych drzwi. Ja, jako cham i prostak, wysiadam pierwszy, coby później pomóc flatmejt wysiąść. A bynajmniej spróbowałem wysiadać, bo ostatecznie musiałem wyskoczyć. Albo skok, albo zmiażdżenie przez zamykajce się drzwi. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.
I ja tak sobie myślę, że ja się doskonale obejdę bez tej całej technologii. Żadnych skrótów- po prostu pójdę tam, gdzie trzeba i jak długo trzeba. Żadnych łyżew- buk dał mi stopy, nie łyżwy. Żadnych tramwajów- zdrowiej jest się przejść. Z chodzeniem sam ze sobą mam duże doświadczenie i czas je wykorzystać. O ile chcę dożyć następnego dnia rzecz jasna.
A teraz w końcu idę na zasłużony sen. Pobudki o 7.15 to jest to, co małe krogule lubią najbardziej. Mrau.

Jaki buk? Treemen jakowyś z waści, czy jak?:P Damn, może ty po prostu rispekta do maszyn nie odczuwasz, a one o tym wiedzą? Bo zauważ, że ataki na ciebie były związanie z wyjściem z domu. A jak się to przeniesie na twoje cztery ściany? Ot, dla przykładu idziesz sobie do lodówki, a ta próbuje cię skonsumować. Albo pralka postanawia eksplodować, gdy przypadkiem koło niej przechodzisz(jak jest japońska, to możesz zacząć się bać). I kałasz nawet tu nie pomoże, bo to też maszyna. Zaiste, there are more things in heaven and earth...
OdpowiedzUsuńNie popadajmy w paranoję. To tylko maszyny. Narzędzia. Dopóki nie bijemy stołów, to nożyczki nie zwołują konferencji prasowej i nie występują w obronie elementarnych praw stołowych.
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony, puraulka, o której wspomniałeś, zastanowiła mnie. Biorąc jednak pod uwagę, że na codzień jest odłączona od źródła zasilania, nie powinna ot tak - eksplodować. Prędzej muszę uważać na lodówkę.