poniedziałek, 8 grudnia 2008

Rammstein, Wenecja i ocalenie

Przyznam się do czegoś. Odkryłem, czym jest Rammstein.

Zaczęło się od niewinnej podróży, chyba do Wenecji. Muszę przyznać, że samo miasto zrobiło na mnie takie wrażenie jak na Japonię kolejne tsunami- ot miasteczko dziwów nad dziwy, które jakimś cudem wciąż jest zalane, wciąż śmierdzi. I wciąż Wenecjanie są z tego trwania w zawieszeniu pomiędzy wodą, ziemią a niebiem zachwyceni.
Skąd w Wenecji taka odmienność, takie zamiłowanie do wody, mimo że jest ona naprawdę kategorii co najmniej poniżej krytyki. Jak kto lubi, lecz jak powiada pewne starogreckie przysłowie: "eureka!". Otóż nasuwa mi się tylko jedno wytłumaczenie: są z Marsa.
Zauważmy, że system kanałów, którym Wenecja tak się szczyci, jest żywym odzwierciedleniem systemu nawadniania kanałowego znalezionego na Marsie przez pana Angelo Secchi (Włocha zresztą, całkiem nieodlegle od Wenecji zrodzone, chociaż w Rzymie wykształconego). Jego racji dowiódł Giovanni Schiaparelli (tak tak, kolejny Włoch), potwierdzając użycie słowa "kanał". Po prostu chcieli nieśmiało przedstawić swoje dziedzictwo. No bo czemu innemu te kanały miałyby służyć?
Miał nawadniać planetę. Jest to system niebanalnie rozbudowany, bo obejmuje sporą część marsjańskiego globu. Gdzie się nie spojrzy- tam kanał. Warunki klimatyczne widocznie zmuszały naród Marsjański do bytowania w warunkach zbliżonych do starożytnego Egiptu i podobnego do nich działania w tymże ciężkim, suchym i gorącym klimacie.
Niestety, Marsjanie nie byli w stanie oprzeć się żywiołowi pustyni. Sezonowe wylewy rzek zasilanych z topniejących lodowców na biegunach planety nie wystarczały dla rozwijającej się populacji. Cóż im po rozwoju, jak nie byli w stanie przeżyć? Dlatego zdecydowali się uciec, wdrażając w życie opisany przez japońskiego naukowca i artystę Yasuhiro Nightow, program "Seeds" (z angielskiego "ziarna", z marsjańskiego [luźna parafraza] "adios frajerzy, schnijcie równomiernie") który w swej pracy pt. "Trigun" zaprezentował historię tegoż programu od odliczania, przez problemy z ludzkimi elektrowniami atomowymi po katastrofę i nieomal zupełne unicestwienie całego programu.
Wiadomo jest, że naród marsjański miał zostać podzielony na dwie floty, niezależnie przemierzającego Kosmos. "Rammstein I" - pierwsza flota, miała lecieć w stronę Słońca, "Rammstein II", czyli druga flota, miała lecieć gdzie jej się żywnie podobało, byle dalej od Jedynki. Z tej pierwszej niestety za wiele nie zostało (wspomniane żywe elektrownie atomowe, no... one namieszały trochę). Właściwie to został z niej tylko jeden statek, który my dzisiaj nazywamy Półwyspem Apenińskim.
Druga flota miała więcej szczęścia, bo dotarła aż do Midgaardu, gdzie po krótkiej walce z dużymi i brodatymi, lecz nielicznymi tubylcami zajęli tenże świat. Na cześć tej walki, oddziały walczące po stronie Dwójki nazwano "timen", bo były to jedyne litery jakie zapamietali. Wyobrażacie to sobie? Walczyć tak długo, że zapamiętuje się jedynie pięć liter i to tylko dlatego, że były one obecne na boku ocalałego z walk statku ("RamMsTEIN II"; zachowały się powiększone litery). Historię tymenów bliżej opisuje w swej rozprawie biograficznej o żywocie pewnego cesarza (z uwzględnieniem losów pewnego niczego niespodziewającego się badacza z Ziemi) "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosław Grzędowicz.
A co z dzielnymi Jedynkami? Ci mieli gorzej, bo nie dość, że przetrwał tylko jeden statek, to jeszcze zapamiętali tylko cztery litery. Co ciekawie, znowu wypisane na ich statku ("RAMmStein I"; jak poprzednio, zachowały się właśnie powiększone litery). Nie trzeba wiele rozumu, żeby skojarzyć, że R, A, M i S mają jakiś związek z ich domem.
I na tym polegał problem. Zadecydowali o tym najmniej rozgarnięci członkowie wyprawy.
Reszta, oburzona tym, że pochodzą z "Mars", odeszła. W historii ziemi pojawią się jeszcze raz, w kronikach niejakiego Pizarra, który podbił Inków. (I pomyśleć, że mogli się nazwać "Ram", a nie "Ink". To pierwsze chyba lepiej by się trzymało niż rozlewający się tusz; ale to tylko drobny eksperyment słowny i nie będziemy się nim zajmowali).
Ci właśnie Marsjanie osiedlili się w okolicach Wenecji, gdzie zaczęli budować kanały na wzór tych ze swej ojczystej planety. Nie mogli wybrzydzać wodą, której na nowej planecie mieli pod dostatkiem. Jak to śpiewa Ryszard Riedel "lecz we mnie zostało coś z tamtych lat", po prostu szanowali wodę, jakkolwiek w wielu przypadkach przyniosła im ona niejednokrotnie zarazę, wojny i śmierć, a także sporo utonięć śmiałków, którzy próbowali orać tę wodę w okresach (wg nich przynajmniej) suchszych.
A co ma do tego Rammstein? Pewna przepowiednia głosiła, że kiedyś pojawią się bardowie, którzy będą znali wszelkie dzieje dawnej Czerwonej Planety. Nie potrzeba wiele rozumu by zauważyć, że ich rozwiązła twórczość trafnie koresponduje z przepychem weneckich karnawałów.
Właśnie. Przynajmniej ładne karnawały mają. Ale poza tym to jakieś dziwne te Wenecjany są.

Zgodzicie się?

14 komentarzy:

  1. No i proszę państwa, pan Paweł k*rwa... Wróć, zbyt hermetyczne. No wreszcie schiz, doczekałem się porządnego schizu. Co prawda słyszałem o ludziach próbujących sensownie ze sobą kompilować chronologię "Gwiezdnych Wojen", "Terminatora" i "Matrixa", ale to śmiertelnie poważne nerdy są, kudy im do twojej klasy. Chciałbym jeszcze nieśmiało zauważyć, że najprawdziwszą, najbardziej dokumentalną prawdę o czerwonej planecie zawierają "Kroniki marsjańskie" Bradbury'ego. Co prawda nie pokrywają się z naszą chronologią, ale jak wiadomo, to Dionizy Areopagita pomylił się w obliczeniu daty narodzin Chrystusa. Bradbury używa dat poprawnych. A w ogóle to wszystko humbug i nieprawda, bo jesteśmy tylko na jakiejś źle narysowanej ilustracji w najgłupszej księdze wciśniętej w najciemniejszy kąt biblioteki Niewidzialnego Uniwersytetu.
    Jeszcze dwie notatki na marginesie:
    1) Z tym Trigunem trochę spoilera walnąłeś. Nie wiem jak z mangą, ale w anime wątek SEEDSów pojawia się dopiero w połowie i stanowi punkt zwrotny fabuły.
    2) Grzędowicz... Argh... Minusem polonistyki jest przede wszystkim to, że człowiek musi w krótkim czasie przerobić kilkanaście lektur i nie ma czasu na czytanie książek na boku, zwłaszcza o takiej objętości. A ty jesteś kolejną osobą, dzięki której muszę w końcu przeczytać PLO :/ Natomiast ja do dzisiaj żałuję, że nie wmusiłem w ciebie Sapkowskiego choćby siłą :P Jeśli będziesz miał okazję, zalicz w najbliższym czasie "Ostatnie życzenie", a będę miał przez ciebie czyste sumienie(nawet nie czuję jak rapuję, yo!).
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam ostatnio gdzieś wolę określenie - popłynąć na fali artystycznego natchnienia. Schizy jakoś za bardzo zaczęły mi się kojarzyć z "szalonymi" nastkami i innymi "krejzolkami" :P

    Wydaje mi się, że w teorię warto gdzieś włączyć ankhmorporkian, którzy wybrali życie w mieście przez które przepływa "rzeka" o której mówi się - za gęsta, żeby pływać, a za rzadka żeby orać. I czy to nie obecność marsjan powoduje efekt cieplarniany? W końcu topnieją lodowce na biegunach, jak na ich rodzimej planecie... ;P

    Alex:
    0) Dla ścisłości : jesteśmy eksperymentem, który rozpoczął się w celu zużycia energii zgromadzonej przez reaktor thaumiczny (rozszczepia thaumy - cząsteczki magii, aby uzyskać energię), który swoją drogą aktualnie kurzy się u Rincewinda na półce :P.

    ...chociaż może to inna nogawka spodni czasu :P

    W kazdym razie po więcej odsyłam do Nauki Świata Dysku :)
    1) Jaki tam spoil... podejrzewam, że dopóki człowiek nie dobrnie do tego motywu w anime, to i tak nie będzie wiedział o co chodzi :P
    2) IMHO dla Grzędowicza warto zawalić jakąś lekturę. Przy nim to Sapek chowa się w mysiej dziurze. Warto przeczytać choćby dla "wiernego towarzysza podróży" Vuuka - kruka - ulepszoną wersję tego z wiersza E.A.Poe ;) . No i dla przekleństw czesko-fińskich ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Krótka odpowiedź Kreciowi:
    1) Wiem, że osoba "z zewnątrz" nawet nie pozna, że to spoil. Ale jak zacznie Triguna oglądać, a potem na przykład pojawi się motyw pochodzenia Vasha, to może się domyślić pewnych rzeczy za wcześnie.
    2) "Przy nim to Sapek chowa się w mysiej dziurze."
    Alas! (Gest rwania szat)Zabluźniłeś człecze! Teraz to już na pewno będę musiał przeczytać, choćby po to, by dać odpór (albo i nie dać, choć nie wydaje mi się to prawdopodobne) heretykowi. Pragnąłbym jeszcze przypomnieć, że według samego Andrzeja S " za "Sapka" to można w mordę dostać." :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem Ci Alexie, że ja miałem inne odczucia. Skąd je biorę? Niedawno przypomniałem sobie Triguna... i dopiero teraz zrozumiałem to, co popełniłem w niedawnym czasie. Dopiero teraz zrozumiałem, kim (czym?) był Vash i Knives, jak wpłynął na nich SEEDS, dlaczego pewien krewniak Rem musiał umrzeć... i skąd wzięła się destrukcyjna moc, zdolna zmieść z powierzchni planet całe miasta. (Prędzej teraz spoiluję niż w samym akcie popłynięcia na fali artystycznego natchnienia :)).

    Jak najbardziej muszę zgodzić się z Kreciem, że to właśnie te mało ambitne rozmowy między Vuuko, a towarzyszącym mu krukiem są kwintesencją całego humoru grzędowiczowskiej serii. Osobiście polecam usiąść kiedyś do niej tuż przed zaśnięciem... od razu się obudzimy :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem już pod dwóch rozdziałach PLO, wrażenia opiszę później bo teraz spieszę się do szkoły. Ale z tego co zauważyłem tam jest "Vuko" nie żaden "Vuuk"(którego sam autor odmienia "Vuka" choć wg polskiej gramatyki poprawna forma to "Vukona" :P)

    OdpowiedzUsuń
  6. Faktycznie... Nie wiem czemu mnie zapadł w pamięć jako Vuuko :P

    Ja się osobiście cieszę, że autor nie zafundował nam "Vukona" ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. To w takim razie ja się cieszę, że nie miałeś do czynienia z Kulturą Języka Polskiego, bo dowiedziałbyś się rzeczy które by cię jeszcze bardziej zbulwersowały :P
    Wrażenia po 120 stronach pierwszego tomu PLO. Oczywiście wszystko z zastrzeżeniem, że ocena końcowa może się jeszcze zmienić:
    - Na plus: dobrze i ciekawie napisane, autor w miarę płynnie panuje tak i nad stylem oszczędnym(opis odpalenia kapsuły z Drakkainenem w środku to jak na razie najlepszy fragment w ogóle), jak i bardziej rozbudowanym. Odniosłem wrażenie, że nieco sobie nie radzi w chwilach największego napięcia(na przykład w autodestrukcji tuż po lądowaniu), ale nie wpływa to drastycznie na pozytywny obraz całości. Nie wiem jeszcze jaki ma cel przełączanie się między narracją pierwszo - i trzecioosobową, ale mam nadzieję, że się to odkryje.
    - Największy jak na razie minus: brak oryginalności w stopniu kłującym, i to jeśli chodzi o sam punkt wyjścia( wpisujący się w gatunek fantasy nazwany przez Sapkowskiego "drzwiami w żywopłocie") i przede wszystkim samego Drakkainena, który na razie wygląda jak krzyżówka Daniela Bondaree(każdemu, kto znał wcześniej "Kolory sztandarów", cyfrale muszą się kojarzyć z trybem bojowym u tanatorów. A że Grzędowicz czytał Kołodziejczaka pewien jestem na 100%. Godzi się jednak wspomnieć, że cyfrale przynajmniej odpowiadają nie tylko za walkę.), Geralta z Rivii(opisy walki i jej styl, wynikający z nadludzkiej szybkości, widzenie w ciemnościach) i Rolanda Deschaina( cały "Dwór Szalonego Krzyku" na kilometr wieje klimatem z pierwszego tomu "Mrocznej Wieży" Kinga. Zresztą nie jestem pewien, czy w jednym miejscu nie pada wyraźna aluzja do tegoż.). Liczę, że tu autor wyskoczy z czymś mocarnym. Sam się zresztą cholera głowię, o co chodzi z tą zimną mgłą.
    - Nie zanotowano jak dotąd niczego, co kazałoby się ASowi chować do jakiejkolwiek dziury. Zamierzasz się może kiedyś za niego wziąć, Krog?

    OdpowiedzUsuń
  8. "Nie wiem jeszcze jaki ma cel przełączanie się między narracją pierwszo - i trzecioosobową, ale mam nadzieję, że się to odkryje"

    Jak dla mnie po prostu takie widzimisie autora. Wg mnie nie przeszkadza w czytaniu.

    Co do minusów, odnieśmy je do od razu do ASa z którym mister G. rywalizuje w naszym małym konkursie:
    - Punkt wyjścia w Wiedźminie (patrząc na sagę, bo w opowiadaniach ciężko o punkt wyjścia ;P) też nie jest oryginalny.
    - Geralt raczej nie jest pionierem w byciu nadludzko szybkim w walce.

    ...ale żeby nie sprawić, że będziesz czytał Pana Lodowego Ogrodu w duchu "no, potknij się gdzieś, a ja wykaże wyższość ASa", co na pewno zepsułoby wrażenia, to może odłóżmy dyskusję na kiedy indziej?

    OdpowiedzUsuń
  9. "...ale żeby nie sprawić, że będziesz czytał Pana Lodowego Ogrodu w duchu "no, potknij się gdzieś, a ja wykaże wyższość ASa", co na pewno zepsułoby wrażenia, to może odłóżmy dyskusję na kiedy indziej?"

    Ale jak tak właśnie PLO nie czytam! Jestem np. po trzecim rozdziale i ubawiłem się dosyć przy erupcjach Drakkainowego humoru("Ty niepozytywny koniu!"i dalszy ciąg tej przemowy wywołały u mnie ROTFLa), o żadnym psuciu wrażeń nie ma mowy . Zresztą odświeżyłem sobie teksty Dukaja o Fabryce Słów i sytuacji polskiej fantastyki. Wychodzi z nich, że pewne cechy prozy Grzędowicza wynikają ze świadomego uczestnictwa w pewnym nurcie. To może raczej ty powiedz, czemu ASa ustawiłeś niżej.

    "- Punkt wyjścia w Wiedźminie (patrząc na sagę, bo w opowiadaniach ciężko o punkt wyjścia ;P) też nie jest oryginalny."

    Jeśli chodzi o Sagę, mogę się częściowo zgodzić(chociaż tam motyw questu pojawia się dopiero w trzecim tomie, po dobrych 600 stronach tekstu). A jeśli chodzi o opowiadania, to właśnie mylisz się dogłębnie, punkty wyjścia tam są i to dużo ważniejsze niż w powieści! Bo jeśli zarzucisz Sadze nieoryginalność, to co powiesz o "Mniejszym źle", "Trochę poświęcenia" albo "Czymś więcej"? Tu ważne jest to, co Sapkowski zrobił z samą formułą fantasy. Znajdujemy się teraz na różnych płaszczyznach. Wg Dukaja "Księga jesiennych demonów" Grzędowicza to najlepszy polski horror od kilkudziesięciu lat, a PLO to "tylko" dobre stylistycznie przerabianie starych motywów. Może więc KJD stanowi jakąś możliwość porównania?

    "Geralt raczej nie jest pionierem w byciu nadludzko szybkim w walce."

    Chodzi mi o to, że styl walki wynika bezpośrednio z jej szybkości. A opisy starć potwierdzają, że Grzędowicz Sapkowskiego czytał. Jeżeli dojdziemy do wniosku, że nie jest to oryginalny pomysł (a nie jest), to kto inny wystąpi w roli pioniera?

    OdpowiedzUsuń
  10. Jabłoński, Grzędowicz, Bruczkowski, Cejrowski... teraz jeszcze Sapkowski dojdzie :). Jest zakolejkowany, Alexie miły, ale jak widać kolejka długa, a pominąłem zacnych autorów moich podręczników akademickich. Może któryś z was byłby w stanie użyczyć mi na czas bliżej nieokreślony parę opowiadań ASa?

    Wynocha!
    ;)
    Spadam "Adwokata diabła" oglądać.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja będę na pewno w Radomsku w przyszły weekend, możesz spokojnie do mnie uderzyć.
    A "Adwokata diabła" też wczoraj widziałem :P Pacino rozporządza, ale czemu nie dali kogoś bardziej rozgarniętego do roli Lomaxa?

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiesz... jak mówimy "Wiedźmin" to musze odnieść się całościowo do serii. Ja się zgadzam chyba z większośćią fanów ASa : Opowiadania rządzą. Saga fajnie że wyszła, zawiera dużo ciekawych motywów, ale im dalej, tym to wszystko się bardziej gdzieś rozłazi, żeby się skończyć tak jak się skończyło. Sagę husycką też bardzo lubię, ale musiałem przebrnąć przez pierwsze 100 stron, żeby w ogóle "szarpnęło" mnie do przodu. Potem przychodzą Boży Bojownicy którzy są również fajni, ale już nie mają "klimatu" Narrenturm. No i jest Lux Perpetua, która jest miejscami fajna, miejscami autor sobie chyba jaja robi (3 razy pod rząd Reyenvan ucieka i zostaje złapany przez "starych znajomych") i kończy się tak jak się kończy :P.

    Grzędowicza pochłaniam na razie jak świeże bułeczki (dwa tomy Pana Lodowego Ogrodu, Księga Jesiennych Demonów, które miło przypominają mi xxxHolica). Jego styl i humor jakoś bardziej mi odpowiada.

    Punkty wyjścia - chodziło mi o to, że w wypadku opowiadań każde ma swój "punkt wyjścia" co chyba ciężko porównywac do dłuższego tekstu, który może mieć ich tylko tyle ile ma wątków głównych. Faktycznie bardziej na miejscu byłoby porównywanie ich do KJD, chociaż znowu tam mamy "opowieści z dreszczykiem" a u Sapkowskiego bardziej przygodę,

    Szybkość walk - dla mnie jest prostą konsekwencją założeń jego misji, a wciskanie tu Geralta jest na siłę, tak jak na siłę mógłbym zarzucić, że wiedźmińskie eliksiry mają swoją podstawę w soku z gumijagód w gumisiach - w końcu po jego wypiciu też stawały się niezwykle zwinne :P

    Krog: HA! Ja wytrzymałem i nie rzuciłem tego przed tobą ;). BTW - Widziałem (już jakiś czas temu) Fryne Witusia w Empiku;P

    OdpowiedzUsuń
  13. "Francę"... tfu, "Fryne" też widziałem tutaj w Łodzi przechadzawszy się po manu, jakoś na początku studiów.
    Obecnie (po długiej przerwie) czytam drugi tom serii o Witelonie, ale muszę zaznaczyć, że długo się "rozgrzewał" zanim cośkolwiek ciekawiącego zdołał wpleść, bo tak jak "Uczeń czarnoksiężnika" to była w głównej mierze całkiem fajnie spisana kronika, to w "Metamorfozach" na rozgrzewkę mamy przyjemność dowiadywać się, jakim to uczonym i pełnym huci wybrańcem gwiazd Witelon nie jest. Później, kiedy świadomie ładuje się w kolejne afery, które zawsze interesują albo książąt albo inkwizycję, zaczyna robić się ciekawie.

    Alexie, ja przyjeżdżam do domu jedynie na krótki, stricte świąteczny okres - od 23 wieczorem do 26 wieczorem, kiedy to wracam. Daleko jednak do siebie nie mamy, to mógłbym do Ciebie kiedyś w tym czasie uderzyć.

    OdpowiedzUsuń
  14. No właśnie też miałem zauważyć, że "Fryne Hetera" to co najmniej od października jest dostępna.

    Krog:
    Cykl "Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer" znam tylko ze słyszenia, ale kojarzę. Na Wieży Błaznów ktoś nawet robił analizę podobieństw bodajże właśnie "Metamorfoz" do trylogii husyckiej.
    Faktycznie, trochę niewygodnie z tym twoim przyjazdem, ale poradzi się. Bo mniemam, że z jakiegoś powodu z biblioteki na miejscu skorzystać nie możesz?

    Kreciu: No właściwie na tym etapie możemy podpisać protokół rozbieżności, przynajmniej aż do czasu, gdy przerobię całego dostępnego mi Grzędowicza. Bo na przykład o ile jego styl mi się podoba, to nie nazwałbym go lepszym od ASa. Ale to tylko kwestia gustu. Natomiast w jednej sprawie muszę cię naprostować.

    "Saga fajnie że wyszła, zawiera dużo ciekawych motywów, ale im dalej, tym to wszystko się bardziej gdzieś rozłazi, żeby się skończyć tak jak się skończyło."

    Dużo osób powtarza ten zarzut, podczas gdy jest to poważny błąd merytoryczny. Saga jest powieścią zaplanowaną dokładnie od pierwszego do ostatniego tomu, co można udowodnić z tekstem w ręku. Więcej, o ile tomy 1-3 rzeczywiście mogą robić wrażenie po prostu zlepku siedmiu rozdziałów, to czwarty i piąty są przecież najbardziej przemyślane i najmisterniej skomponowane. Zwróć chociażby uwagę na rozdział 10 "Pani Jeziora" i sposób w jaki Sapkowski zamyka wątki poboczne, a czasem nawet poboczne wątki pobocznych wątków:) Jak masz jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie, to zgłoś się na priva coby tu nie spoilerować.

    "Szybkość walk - dla mnie jest prostą konsekwencją założeń jego misji, a wciskanie tu Geralta jest na siłę, tak jak na siłę mógłbym zarzucić, że wiedźmińskie eliksiry mają swoją podstawę w soku z gumijagód w gumisiach - w końcu po jego wypiciu też stawały się niezwykle zwinne :P"

    Gwoli przypomnienia, to Geralt nie eliksirom zawdzięczał szybkość. A co do meritum, to napiszę prościej: weź scenę walki z Sapkowskiego i skonfrontuj ją ze starciem z PLO. Nadal będziesz się upierał, że wciskam wiedźmina na siłę?

    OdpowiedzUsuń