- Bartek, pójdź mi po nuetellę.
I nie było już odwrotu
***
Wyruszyłem dawno p ozachodzie słońca, a wschodu księżyca (wraz z samym ksiżycem) nie odnotowałem. Otaczała mnie jedynie jasność lamp ulicznych i paru żarówek w miejscu, w który winno roić się od światłości. Zorza. Dotarłem do sklepu i skierowałem swe kroki ku półce tak dobrze mi znanej, podobnie jak cała zorza. Między masłem orzechowym a jakimiś wafelkami stały dwa słoiki nutelli, 4.88 za 180g. Tak, chyba mam jakieś żydowskie korzenie, może nawet wprost od Abrahama i dobrze by było tym samym zastanowić się nad byciem jehowcem...
Nie kupiłem. Wróciłem do domu zmarznięty, ale spodziewałem się tego wyniku. Oznajmiłem jak się sprawy mają.
- A u "Ryby" próbowałeś?
No tak. "Tuńczyk", zwany "Rybą". Niegdyś rybny, potemmonopolowy, potem piekarnia, a teraz hipermarket bez koszyków i samoobsługi na powierzchni dużo mneisjze niż choćby hektar. Poszedłem.
Minąłem inny sklepik. Wafelek. CZynny jedynie do 19:00. Gniew we mnie wzrósł okrutny, bo w rybnym hipermarkecie też nie było nutelli.
I wtedy doszło do mnie, że muszę tę nutellę czekoladowo-orzechową kupić i-co gorsza dla moich kananejskich korzeni- za wszelką cenę. Po prostu należąło się to kobiecie, która właśnie leży w łóżku i dała dość spokoju abym mógł sobie popołudniem poczytać.
Ale zawieść też jest rzeczą ludzką (a co dopiero krogulczą), dlatego, w razie zawodu, powstał termin "planu B".
- U "Ryby" też nie ma. Ale w kerfurze będzie. Mogę iść.
- Może w Biedronce będzie. Chce ci się?
- No...- w tym miejscu opuszki mych palców zetknęły się, nogi zeszły. stopy złączyły, wzrok powędrówał niewinnie do góry, a ja półgębkiem półuśmiechniętym wyrecytowałem z żydowską przebiegłością:
- W takiej sytuacji przydałby się samochód...
- Do Biedronki?- Moje ambicje nie zostały zrozumiane.
Lecz to nic! Dalej! Po nutelkę! Alibo po coś nutelopodobnego.
Ale nie czekoladopodobnego.
I nie snickersopodobnego. No. Idź.
Wyobraziłem sobie siebie wkraczającego do Biedronki. Siebie nie biorącego koszyka, a miast tego rozpuszczającgo szatynowate, nieco już tłuste i lśniące w halogenach włosy spod czapki. Widzałem siebie idącego do miejsca ze słodkościami...
Które musiałem parę razy obejść i obkrążyć, bo, kurwa, nie znajdowałem żadnej nutelki.
- Po moim trupie, suko. Znajdę cię.
Kolejne okrążenie, kolejke czopki i pręciki eksploatowane, mordowane i odradzające się w niekończącym się cyklu poszukiwania nutelki wśród innych jaskrawych słodyczy.
I nagle widzę! Są!
Gdzieś między świeżym, wieczorowym pieczywem pełnoziarnistym a cudami współczesnej detergentyki! Czyż można je było lepiej ulokować? Są moje biedronkowe nutelki!
Spoglądam na cenę. 2.88 za 400g! Dziadzio Izraelo będzie ze mnie dumny.
Kupiłem bez zbędnych ceregieli, bez tłumów w kolejkach. Wszystko zmierza do zakończenia, kiedy następuje punkt kulminacyjny i od tego momentu nic już bohaterom nie stoi na drodze.
Wkroczyłem dzielnie do domu mego i obwieściłem:
- Mam!
- Co?- odkrzyknęła entuzjazmem mama
- Kremusia!
Nawet jak w najbliższej przyszłości będę zdobywał Himalaje, nie wydobędę już chyba z siebie takiej porcji dumy, samozachwytu i spełnienia jaka wypłynęła w tamtych słowach w tamtej chwili.
Odpowiedzaił mi jedynie serdeczny śmiech matki, która nawet wstała, aby przytiwać swego syna.
I tak sobie myślę, że warto jest czasem połazić, pomęczyć się i poświęcić godzinę dla dania komuś takiego uśmiechu :).
P.S. Kremuś jest obrzydliwy. Jutro kupię porządną, bajońsko drogą nutellę. O'rewuar, przodkowie.

He znam cię z Ogame :D fajna ta notka o nuteli :D
OdpowiedzUsuńTe, te Krogulczas ty rozpowszechniasz stereotypy na temat narodu izraelskiego. Jak cię Mossad razem z Wyborczą dopadną, to nie będzie zmiłuj:)
OdpowiedzUsuńwidzisz Bartku: Twoje posty, aż miło czytać. Przepływa się przez nie jak przez... Nie, inaczej. Przechodzi się po nic jak... Tyż nie. Są słodkie jak nutelka.
OdpowiedzUsuń