środa, 27 lutego 2008

Bo jestem szczęśliwy

Fotelik podwyższony, nogi w całej nagiej okazałości wystawione na działania temperatur pokojowych, WOS w dupie. Tylko pisać mi się zachcewa. Bo jestem szczęśliwy.

Dzisiaj doświadczyłem jednego z tych dni, które pospolici ludzie nazywają „najszczęśliwszymi”. Wkurzyłem matkę tak, że cały czas wynajdywała mi nowe zadania. Zadanka-pierdółki, polecenia-imaginacje, wszystko to okraszone tonem maksymalnego wyprowadzenia ze stanu równowagi. Jestem wyrodnym synem, wiem.
Ale ja po prostu miałem nadzieję. Ja po prostu wierzę w cuda.
Bo cudem jest to, że na dzisiejszym USG nie było widać nawet śladu raka, zdiagnozowanego parę miesięcy temu. Przypadek? Cud? Co u diabła?
Dowiedziałem się o tym jak zwykle już- przypadkiem. Ot już taką dumną matkę mam. Rozmawiała przez telefon z siostrą, z innymi koleżankami.

Elka należy do bardzo powściągliwych osób. Taki wynik jest dla niej powodem do zmartwień, a właściwie do podejrzeń. Skąd się to wzięło, to musiałbym opisać wszystkie moje lata które pamiętam, a które z nią miałem okazję przeżyć.
Ona czeka na badania w marcu. Cytologiczne. Ale nadzieja się we mnie na nowo obudziła.

-No to co to jest? Cud?
-A co! Pewno!

I już miałem ciekawy wieczór. Odkurzając, myjąc wannę, wynosząc śmieci i/lub naczynia pozmywane i wykonując inne drobne prace domowe, cały czas chodziłem z uśmiechniętą gębą. I łzami. Takim drobniutkimi, tymczasowymi, prostymi i niepozornymi. Z takimi szczęśliwymi łzami. Cały czas się odzywają. Bo jestem szczęśliwy.

I coś dla duszy muzycznej. They Might Be Giants- Istanbul Not Constantinople. Podziękowania dla Krecia za chęci w wysłaniu. Pozdrowionka też dla Dzwonka- damy radę :). A mama da radę jak zwykle, to ją zostawiam samej sobie- i tak w to nie wierzy XD.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz