Wyobraźcie sobie miasto równie stare co azteckie Tenochtitlan.
Wyobraźcie sobie miejsce, w którym historia dosłownie góruje ponad żywymi.
Wyobraźcie sobie wreszcie miejsce, w którym na placu zabaw jest postawiona kapliczka. A dwie przy wejściu na boisko sportowe.
To właśnie Chęciny. Miasteczko, w którym miałem okazję poznać granice własnej wytrzymałości.
Głupio i przypadkiem, zapewne tylko część ... Ale swoje o swoim wiem.
Tydzień, który w Chęcinach spędziłem, przehulałem.
Bezsenne noce, senne dnie. Szybkie pobudki po chleb. Niekończące się wędrowanie i błądzenie. Błotniste i mokre trasy, dukty i ścieżki po wzgórzach i pagórkach, lasach i ruinach.
Uszkodzenia torebki stawowej kostki powtarzające się każdego dnia podczas chodzenia i biegania pod górkę i z górki, nienawiść do uomności i uosiowatości Krów Szczepowych, głupota zespołu „R”.
Szarża na zamek w rękawicach z fragmentami Cielęcej skóry, ułańska fantazja i dobrzańskie samopoczucie, odnaleziona przez łut głupoty nekropolia żydowska ze wszelkimi swymi skarbami.
Z biologią nie ma się co wykłócać jeżeli nie jesteś odpowiednio przygotowany. Ja nie byłem. Ale już jestem!
Wystarczy dawać organizmowi to, czego się domaga. Jeżeli zasypiasz podczas przeglądania zdjęć, jeżeli zasypiasz pod prysznicem, jeżeli zasypiasz czuwając na zbliżającą się grupę z zniczem w dłoniach, jeżeli wreszcie zasypiasz jak ktoś mówi wprost do ciebie, to trzeba położyć się spać. Ja byłem w takim stanie. A wystarczyło mi do tego dwadzieścia godzin aktywności, potem trzy godziny snu, potem trzydzieści przechodzonych kilometrów z przerwami na posiłki, potem czuwanie do piątej nad ranem... Łącznie od środowego poranka tj. 6.00 do piątkowego wieczora przespałem 4 godziny w nocy. Za dnia w sumie drugie tyle. I wiem, że jeszcze szybciej organizm nie wytrzymuje takiego tempa :). Np. takie głupie pieniądze zawieruszone przypadkiem, jakieś 2700 złotych XD.
Albo taka głupia faktura na 19 złotych 56 groszy. Po raz pierwszy w życiu podczas szukania czegoś wpadłem w szał i obsesję, obłęd i panikę. Użyłem bez wahania siły fizycznej, na przedmiotach i ludziach, byleby tylko ją znaleźć. Prawie doświadczyłem od lat wyczekiwanego ataku astmy. Aby się uspokoić, oszukałem własny organizm. Zacząłem sprzątać i zajmować umysł pracą fizyczną.
A potem, w nagrodę za dobrze wykonaną pracę i wzorowo zrealizowany plan zapomnienia, dałem sobie do zjedzenia czekoladę dla przypływu cukru, paru pobudzających związków chemicznych, pobudzenia wytwarzania endorfin i innych co naturalniejszych narkotyków.
Gdyby nie odrobina wiedzy... Zapewne musiałem wysyłać sygnały mówiące, że jestem na skraju wytrzymałości, bo po wejściu do pokoju, mój dobry przyjaciel, jak mi w chwile później powiedział na widok mnie drącego jakieś kartki, powiedział, że pierwszą jego myślą było przeświadczenie o niszczeniu przeze mnie faktur zimowiskowych.
Teraz na chłodno analizuje sobie mój ówczesny stan wycieńczenia, a następnie załamania nerwowego. To pasjonujące. To pochłania mnie. Czuję się sobą zafascynowany w równym stopniu jak w wtedy, gdy po raz pierwszy miałem zwichnięty bark. To kolejna granica, którą przekroczyłem. To może i chore, ale sekunda po sekundzie odtwarzam swoje zachowanie, swoje myśli, swoją bezradność, swoją agresję. Moje własne prywatne luki w byciu sobą i stoczeniu się schodami wprost do fundamentów maslowskiej piramidy.
Ja się jeszcze kiedyś ze sobą zmierzę. Wyzywam siebie na pojedynek. Dam sobie łupnia do końca życia. A przynajmniej do końca danego dnia, bo następnego będę musiał pomścić siebie wziąć odwet. Ja sobie jeszcze pokażę w tym życiu.
sobota, 23 lutego 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz