Chyba coś ze mną jest nie w porządku, bo jestem chyba aż zanadto w porządku wobec ludzi z którymi mam styczność. A kiedy nie jestem w porządku, to dopiero wtedy nie jestem w porządku.
Wszystko zaczęło się od tego, że przypomniałem sobie kilka rozmów sprzed jakiegoś czasu.
Widocznie mój geniusz, stwarzając kilka wizji, nie był stanie przewidzieć, że ich nie pojmę i nie obejmę umysłem.
To nie do wiary co kobiety potrafią z faceta zrobić. Są jak ocet. Rozpuszczają kości, nie mają zbyt wielu zastosowań i potrafią ciekawie pachnieć*. Lecz to nie o occie, ale o winie będzie rzecz.
Wino jest towarem luksusowym, czy to się podoba czy nie. Posiadanie go oznacza pewien status**. Im więcej i bardziej dorodnych butelek posiadamy w swej kolekcji, tym lepiej to o nas świadczy***.
Wino.
Ładnie zabutelkowane, lecz butelka to zaledwie powłoka. To zawartość, to trunek nas interesuje- jego barwa, woń, aromat, smak****. Wszystkie te drobne atomy, tworzące właśnie ten niepowtarzalny bukiet.
Można trafić na ocet. Bo można i już, nic na to nie poradzimy. „Towar otworzony uznaje się za sprzedany” etc. Wtedy drogo zainwestowane środki zdają się wyrzucone w błoto. Trudno coś z tym począć, bo ocet nie jest już z naszego punktu widzenia do niczego potrzebny. Można go co najwyżej wylać, albo w najlepszym wypadku wykorzystać do własnych celów. Nic nie stoi rzecz jasna na przeszkodzie w wychyleniu do dna kielichu goryczy (a właściwie to chyba kwasoty), lecz dobrze bym się zastanowił przed przystąpieniem do czynności opróżniania.
To w sumie dość pragmatyczne podejście w ten sposób podchodzić do wina. Ale muszę, niestety. Prawda jest taka, że prędzej czy później, to wino nam zgnije. Trudno jest powiedzieć kiedy. Ale to się stanie. Każdy się więc zgodzi, że pozostaje nam albo wychylić je do dna zanim to nastąpi, albo zdzierżyć jak już będzie po najlepszych latach swej świetności. I wtedy właśnie okazuje się, że nasze środki w pewnym stopniu się zmarnowały...
Lecz czy jest to powód do zmartwienia? Prawa natury tego od nas wymagają- żeby wino zgniło, a my żebyśmy to przeżyli i dostosowali się do nowej sytuacji. To problem tego biednego rocznika, że przepadło. Szkoda, niewątpliwie. Ale czy cofniemy czas? Czy nawet jeżeli dostrzeżemy kiedy smak się zmieniał na gorszy, to czy odwrócimy naturalny proces?
Przyjaciół pozyskujemy wieloma czynami- ale tracimy tylko jednym.
Nie wiem jak ludzie naokoło mnie, ale domyślić się można, że będę delektować się swoimi winami tak długo jak się da i jak długo sprawia mi to przyjemność. Może kiedyś, po latach, przyjdzie mi nawet sięgnąć po jakiś zapomniany przed laty trunek? Chciałbym dożyć takiej chwili, kiedy właśnie wychylę do dna takie stare, cudowne i dojrzałe przez lata wino.
* A jednak są potrzebne. No i kiedyś były wybornym winem. A przynajmniej do czasu aż otworzyliśmy butelkę i na naszej twarzy zagościł międzynarodowy wyraz zdumienia w postaci mimiki twarzy i paru werbalnych sygnałów. Coś w stylu „O żeż ty w mordę...”, „Gdzie moja strzelba?”, „No bez jaj”, „Że niby ja i... ty?”, „Apage!” etc.
** Nomen omen wyższy niż tego cholernego sąsiada z naprzeciwka
*** Oczywiście, możemy skończyć jako alkoholicy... lecz ze względu na alegoryczny charakter rozważań, pominiemy ten dalszy wywód w tym kierunku wraz ze wszystkimi jego negatywnymi następstwami.
**** Nie jestem koneserem, przyznaję bez bicia, ale to akurat podpowiada mi instynkt i własny gust.
piątek, 11 kwietnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz