Wszystko co nasze oddam za kasze
To co nie nasze oddam za chleb
Świty się bielą, a już mnie budzą
Student skazany, robaka zalać chcą!
Co za gród, ulica wzdłuż
Pełna braci, i sióstr skoro już
Na ich zew, znak czy krok
Pójdzie rad studentów łódzkich rok
Studentów łódzkich rok!
Tak mnie wena naszła, bo dawno nie nachodziło :).
Dlaczego wzbraniałem się ponad miesiąc od pisania? Bo naobiecywałem notków a notków, a dupa z tego wyszła. Podsumuje wakacje przy najbliższej okazji i możliwości powrzucania parunastu fotek. Póki co szykuje się długa noc z moją obecną współlokatorką, druga ma dojechać we wtorek... i też trzeba będzie to uczcić :). Jutro zaczyna się studencka jazda na stosunkach międzynarodowych w Łodzi, a jakbym bardzo chciał, to mogę też do Wrocławia pojechać historię studiować :).
A, i ważna sprawa. Niech nikt nie śmie mnie denerować, że Łódź jest be, śmierdzi i ma wszy, korniki, rudych i roboty drogowe. Miasto już po jednym dniu spodobało mi się co nie miara, po drugim je ubóstwiam, a jutro chyba pójdę z nim do łóżka. Co z tego że dzisiaj zdążyłem już:
1. Sprawić, aby pralka wylała (ja tam uwierzyłem jak mówili, że wszystko podłączone).
2. Przypalić dwa garnki (no co?).
3. Dodać przypadkiem wody do wrzącego oleju na patelni (skąd mogłem się spodziewać w "tuńczyku w kawałkach w oleju" wody?).
4. Zainstalować Service Pack'a 3 (jea biczys!).
5. Zepsuć koncert (pieśniarka zapytała "A może jednak?" to odpowiedziałem troszkę głośniej niż się spodziewałem "A może nie?").
Life es wunderbar! Miłego wieczorku mili moi, a ja się zmywam :).
niedziela, 28 września 2008
wtorek, 19 sierpnia 2008
O paru pojedynkach w wielkim świecie
Małachowski (Polska) vs. Kanter(Estonia)
Powiem tylko jedno- aż miło było na to popatrzeć. Osobiste gratulacje dla naszego dyskobola.
I to właściwie jedyny absolutnie pozytywny akcent dzisiejszego dnia. Dla mnie tą radość przyćmewa wynik kolejnego dzisiaj pojedynku, tym razem na arenie politycznej.
Tusk (PO) vs. Kaczyński(PiS)
Orędzie do Narodu pana Prezydenta wyprzedziło orędzie Prezesa Rady Ministrów. Chociaż wszystkie serwisy informacyjne wzbudzają panikę, że mogłyby być aż dwa orędzia (gdyby nie łaskawa decyzja PRM rzecz jasna), 1:0 dla Kaczyńskiego powinno zostać jturo wyrównane na 1:1 z zapowiedzią kolejnych punktów, bowiem to właśnie w kancelarii premiera dojdzie do podpisania paktu o budowie tarczy antyrakietowej.
Sikorski (Polskie MSZ) vs. Rice (Department of State)
A to ocenimy jutro. Podobno mamy lepszą umowę niż Czesi, którzy nawet palcem tknąć, stopy postawić ani okiem spojrzeć na amerykańskie bazy nie mogą. Wierzę jednak, że obrany przez nas kurs prowadzenia negocjacji z Ameryką był możliwie nieustępliwy, a zarazem najzwyczajniej w świecie- mądry. Ocenimy jutro.
Dubcek (Czechosłowacja) vs. Gomułka (PRL... ZSRR?)
Ciekawe, że właśnie jutro, 20 sierpnia 2008 roku ma zostać podpisana umowa mówiąca o budowie amerykańskich baz na terenie państwa, które dokładnie 40 lat wcześniej wkraczało siłami przeszło 30. tysięcy żołnierzy na teren innego państwa, w którym mają zostać zainstalowane analogicznie działające bazy. Przypadek, ironia czy cios?
Rosja (Rosja)vs. Gruzja (Gruzja)
Tutaj owacje na stojąco dla obu przedstawicielstw. Jedni drugim do gardeł skaczą, ale czynnik militarny już tak na facetów od wojny działa. Gruzinom współczuję, Rosjanom kibicuję. Albo na odwrót.
NATO (NATO) vs. Rosja (Rosja)
Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzeć, bo np. w 1914 roku wystąpienie Serbii przeciw Austro-Węgrom miało podobny przebieg- szybki zryw na potężniejsze państwo, a potem lata płaczu, łez i przelanej krwi. Wtedy Austro-Węgry tak samo występowały w obronie swoich praw, lecz doskonale wiemy, że mieli apetyt na Bałkany.
Dzisiaj mówi się o prowokacji ze strony Rosji celem wprowadzenia przychylnych Kremlowi rządów na Zakaukaziu.
Jak towarzyszom znad Wołgi nie wyjdzie, to dostaną dwa potężne policzki w kierunku odizolowania ich od polityki wielkiego świata: z jednej strony wspomniane powyżej tarcze antyrakietowe, z drugiej uniezależnienie się od dostaw ropy przez terytorium Rosji (wszyściutkie ropo- i gazociągi ze Wschodu biegną właśnie przez jej terytorium) poprzez budowę korytarza energetycznego przez kaukaskie republiki.
Cóż, Ameryka ma Irak i Wenezuelę, dlaczego Europa nie miałaby mieć Azerbejdżanu? Aloha, polityko kolonialna! Tfu, globalizacyjna! Tfu, społeczności międzynarodowej!
A do diabła z wami. Jeszcze trochę i doczekam się wojny prewencyjnej wobec wojny prewencyjnej wszczętej z powodu zagrożenia wojną prewencyjną powodowaną wojną prewencyjną. God bless us/US.
Powiem tylko jedno- aż miło było na to popatrzeć. Osobiste gratulacje dla naszego dyskobola.
I to właściwie jedyny absolutnie pozytywny akcent dzisiejszego dnia. Dla mnie tą radość przyćmewa wynik kolejnego dzisiaj pojedynku, tym razem na arenie politycznej.
Tusk (PO) vs. Kaczyński(PiS)
Orędzie do Narodu pana Prezydenta wyprzedziło orędzie Prezesa Rady Ministrów. Chociaż wszystkie serwisy informacyjne wzbudzają panikę, że mogłyby być aż dwa orędzia (gdyby nie łaskawa decyzja PRM rzecz jasna), 1:0 dla Kaczyńskiego powinno zostać jturo wyrównane na 1:1 z zapowiedzią kolejnych punktów, bowiem to właśnie w kancelarii premiera dojdzie do podpisania paktu o budowie tarczy antyrakietowej.
Sikorski (Polskie MSZ) vs. Rice (Department of State)
A to ocenimy jutro. Podobno mamy lepszą umowę niż Czesi, którzy nawet palcem tknąć, stopy postawić ani okiem spojrzeć na amerykańskie bazy nie mogą. Wierzę jednak, że obrany przez nas kurs prowadzenia negocjacji z Ameryką był możliwie nieustępliwy, a zarazem najzwyczajniej w świecie- mądry. Ocenimy jutro.
Dubcek (Czechosłowacja) vs. Gomułka (PRL... ZSRR?)
Ciekawe, że właśnie jutro, 20 sierpnia 2008 roku ma zostać podpisana umowa mówiąca o budowie amerykańskich baz na terenie państwa, które dokładnie 40 lat wcześniej wkraczało siłami przeszło 30. tysięcy żołnierzy na teren innego państwa, w którym mają zostać zainstalowane analogicznie działające bazy. Przypadek, ironia czy cios?
Rosja (Rosja)vs. Gruzja (Gruzja)
Tutaj owacje na stojąco dla obu przedstawicielstw. Jedni drugim do gardeł skaczą, ale czynnik militarny już tak na facetów od wojny działa. Gruzinom współczuję, Rosjanom kibicuję. Albo na odwrót.
NATO (NATO) vs. Rosja (Rosja)
Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzeć, bo np. w 1914 roku wystąpienie Serbii przeciw Austro-Węgrom miało podobny przebieg- szybki zryw na potężniejsze państwo, a potem lata płaczu, łez i przelanej krwi. Wtedy Austro-Węgry tak samo występowały w obronie swoich praw, lecz doskonale wiemy, że mieli apetyt na Bałkany.
Dzisiaj mówi się o prowokacji ze strony Rosji celem wprowadzenia przychylnych Kremlowi rządów na Zakaukaziu.
Jak towarzyszom znad Wołgi nie wyjdzie, to dostaną dwa potężne policzki w kierunku odizolowania ich od polityki wielkiego świata: z jednej strony wspomniane powyżej tarcze antyrakietowe, z drugiej uniezależnienie się od dostaw ropy przez terytorium Rosji (wszyściutkie ropo- i gazociągi ze Wschodu biegną właśnie przez jej terytorium) poprzez budowę korytarza energetycznego przez kaukaskie republiki.
Cóż, Ameryka ma Irak i Wenezuelę, dlaczego Europa nie miałaby mieć Azerbejdżanu? Aloha, polityko kolonialna! Tfu, globalizacyjna! Tfu, społeczności międzynarodowej!
A do diabła z wami. Jeszcze trochę i doczekam się wojny prewencyjnej wobec wojny prewencyjnej wszczętej z powodu zagrożenia wojną prewencyjną powodowaną wojną prewencyjną. God bless us/US.
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Powroty
Tak mnie jakoś na wspomnienia wzięło. Lubię tak sobie do czegoś powrócić.
Usiadłem w pociągu. Zaraz w pierwszym przedziale.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo jest wolny – odparłem ojcu, którego odwiedzałem w Olsztynie.
Teraz siedzę w tym przedziale, dosiadła się jakaś laska. Brałby ją, ale wolę pisać, choć sam nie wiem o czym. Tak samo nie wiedzieliśmy o czym mamy rozmawiać przez te dwa dni. Znowu dostarczyłem nową porcję informacji o mojej osobie, on przekazał pewne wiadomości o swojej osobie.
Ja o moim zdrowiu, on o zdrowiu Filipa.
Ja o mojej przeprowadzce do Łodzi, on o swojej przeprowadzce do nowego mieszkania.
On zapytał się o Borysa, ja mu odparłem, że nie żyje od ponad pół roku.
Kolejne dwie laski. Młodsze. Do Warszawy jadą. Po co? To pytanie często towarzyszyło mi podczas tego wyjazdu. Po co było tu moje wujostwo? Po co miałbym unikać tematu tego czy tamtego? Po co miałbym być grzeczny i posłuszny? Po co więc byłem tak cicho?
Dlaczego nie potrafiłem zachować się w stosunku do niego w sposób zdecydowany i stanowczy, tak jak kiedyś?
Chyba się zestarzałem, tak jak on.
Kiedyś był inny. Miał włosy na głowie, ładną, dobrze gotującą żonę (obecna udowodniła mi, że na tym świecie istnieją zupy i ciepłe wody z warzywami) i ładniejsze mieszkanie.
Bo mieszkanie raczej mojego entuzjazmu nie wzbudziło. Ani osiedle nawet. Spokojnie można by je wysłać do koszmarów architektury. Budynki wszystkie nowe, i tylko tyle mają ze sobą wspólnego. Reszta to tylko mozaika ludzkiego bezguścia. Bloki wyglądające jak kamienice, bloki wyglądające jak centra handlowe, bloki zamykane, otwarte, zakratowane i monitorowane, bliskie i oddalone, wysokie i niezbyt wysokie, tu drzewo, tam trawnik. Róże, biele, zielenie, biele, żółcie, biele, błękity, biele. I dom. Nowy, matujący szarością dom, ze spiczastym jak kukluxklanowy kaptur dachem, ale dla odróżnienia w czarnym kolorze. Bleh, rzyg, zwrot i w tył zwrot. Tym panom już podziękujemy.
Wydawać by się mogło, że większe wrażenie zrobiło na mnie w takim razie miasto. W dzie tam. Fajne niby, bo dużo otwartej przestrzeni, a przy tym dużo ciekawych zakamarków znalazłem, np. zapomniane schody na wiadukt kolejowy, zupełnie jak te pokazane przez Golluma we Władcy Pierścieni (te, po których musieli się wspinać; schody jego mać). Albo Aleję, ale taką Aleję z prawdziwego zdarzenia, Alkoholu. W skrócie AA. Ścieżka wijąca się dziko w zaroślach i chwastach zaraz u podnóży jakiejś obwodnicy, schowana pod koronami drzew, z odgałęzieniami do pijackich melinek co parę metrów na prawo i lewo ze śladami bytności homo sapiens alcoholic.
Bo co mnie miało zafascynować? Centrum handlowe? Dwa piętra, dwa parkingi, dwie minuty na przespacerowanie się po wnętrzu- cała Alfa w dwu plus paru słowach.
I wypuszczenia w to wszystko tak bardzo obawiał się mój ojciec? Ano właśnie. W końcu się o mnie trochę pobał. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.
Filip. Podobno miałem mieć tak na imię. I była to w dodatku inicjatywa matki (shic!). Stanęło na Bartłomieju, co, jak łatwo się domyślić, niezmiernie mnie cieszy.
Swoją drogą, myślałem, że nie zaakceptuje ojca jako ojca Filipa. Myślałem, że na takiej samej zasadzie nie zaakceptuje Filipa jako brata. Źle myślałem. Byłem w błędzie. Źle ucelowałem. Palnąłem gafę. Wtopiłem. Za szybko doszedłem :).
Abstrahując od powyższego, póki co nie nazwę naszego trio rodziną. Co to, to nie.
Na rozgrzewkę więc taka refleksyjna notka w stylu tych początkowych, kiedy to ruch emo nie był nazwany, ale z którym na płaszczyźnie światopoglądowej intensywnie sympatyzowałem (obywając się przy tym bez szwabów z tokijskiego hotelu). Niach. Aż nazwę siebie prekursorem emo w polskiej blogosferze.
P.S. Cieszę się, że mi przeszło.
***
Usiadłem w pociągu. Zaraz w pierwszym przedziale.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo jest wolny – odparłem ojcu, którego odwiedzałem w Olsztynie.
Teraz siedzę w tym przedziale, dosiadła się jakaś laska. Brałby ją, ale wolę pisać, choć sam nie wiem o czym. Tak samo nie wiedzieliśmy o czym mamy rozmawiać przez te dwa dni. Znowu dostarczyłem nową porcję informacji o mojej osobie, on przekazał pewne wiadomości o swojej osobie.
Ja o moim zdrowiu, on o zdrowiu Filipa.
Ja o mojej przeprowadzce do Łodzi, on o swojej przeprowadzce do nowego mieszkania.
On zapytał się o Borysa, ja mu odparłem, że nie żyje od ponad pół roku.
Kolejne dwie laski. Młodsze. Do Warszawy jadą. Po co? To pytanie często towarzyszyło mi podczas tego wyjazdu. Po co było tu moje wujostwo? Po co miałbym unikać tematu tego czy tamtego? Po co miałbym być grzeczny i posłuszny? Po co więc byłem tak cicho?
Dlaczego nie potrafiłem zachować się w stosunku do niego w sposób zdecydowany i stanowczy, tak jak kiedyś?
Chyba się zestarzałem, tak jak on.
Kiedyś był inny. Miał włosy na głowie, ładną, dobrze gotującą żonę (obecna udowodniła mi, że na tym świecie istnieją zupy i ciepłe wody z warzywami) i ładniejsze mieszkanie.
Bo mieszkanie raczej mojego entuzjazmu nie wzbudziło. Ani osiedle nawet. Spokojnie można by je wysłać do koszmarów architektury. Budynki wszystkie nowe, i tylko tyle mają ze sobą wspólnego. Reszta to tylko mozaika ludzkiego bezguścia. Bloki wyglądające jak kamienice, bloki wyglądające jak centra handlowe, bloki zamykane, otwarte, zakratowane i monitorowane, bliskie i oddalone, wysokie i niezbyt wysokie, tu drzewo, tam trawnik. Róże, biele, zielenie, biele, żółcie, biele, błękity, biele. I dom. Nowy, matujący szarością dom, ze spiczastym jak kukluxklanowy kaptur dachem, ale dla odróżnienia w czarnym kolorze. Bleh, rzyg, zwrot i w tył zwrot. Tym panom już podziękujemy.
Wydawać by się mogło, że większe wrażenie zrobiło na mnie w takim razie miasto. W dzie tam. Fajne niby, bo dużo otwartej przestrzeni, a przy tym dużo ciekawych zakamarków znalazłem, np. zapomniane schody na wiadukt kolejowy, zupełnie jak te pokazane przez Golluma we Władcy Pierścieni (te, po których musieli się wspinać; schody jego mać). Albo Aleję, ale taką Aleję z prawdziwego zdarzenia, Alkoholu. W skrócie AA. Ścieżka wijąca się dziko w zaroślach i chwastach zaraz u podnóży jakiejś obwodnicy, schowana pod koronami drzew, z odgałęzieniami do pijackich melinek co parę metrów na prawo i lewo ze śladami bytności homo sapiens alcoholic.
Bo co mnie miało zafascynować? Centrum handlowe? Dwa piętra, dwa parkingi, dwie minuty na przespacerowanie się po wnętrzu- cała Alfa w dwu plus paru słowach.
I wypuszczenia w to wszystko tak bardzo obawiał się mój ojciec? Ano właśnie. W końcu się o mnie trochę pobał. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.
Filip. Podobno miałem mieć tak na imię. I była to w dodatku inicjatywa matki (shic!). Stanęło na Bartłomieju, co, jak łatwo się domyślić, niezmiernie mnie cieszy.
Swoją drogą, myślałem, że nie zaakceptuje ojca jako ojca Filipa. Myślałem, że na takiej samej zasadzie nie zaakceptuje Filipa jako brata. Źle myślałem. Byłem w błędzie. Źle ucelowałem. Palnąłem gafę. Wtopiłem. Za szybko doszedłem :).
Abstrahując od powyższego, póki co nie nazwę naszego trio rodziną. Co to, to nie.
Na rozgrzewkę więc taka refleksyjna notka w stylu tych początkowych, kiedy to ruch emo nie był nazwany, ale z którym na płaszczyźnie światopoglądowej intensywnie sympatyzowałem (obywając się przy tym bez szwabów z tokijskiego hotelu). Niach. Aż nazwę siebie prekursorem emo w polskiej blogosferze.
P.S. Cieszę się, że mi przeszło.
niedziela, 17 sierpnia 2008
Rozgrzewka o pełni
Z okazji pełni i prawdopodobnie najlepszego możliwego biorytmu, piszę, korzystając z przypływu weny. Mam za sobą cały piękny miesiąc pełen wrażeń. Dlatego pojawi się też kilka notek, nadrabiających dotychczasowe opóźnienia. Trochę ich będzie. Chronologię pocałujcie wymalowanymi szminką ustami w dupcie i (korzystając z nowonabytego celownika) kopnijcie ową dupcię na dobranoc. Szykuje się kilka pracowitych wieczorów, a ja lubię pracować systematycznie acz chaotycznie.
Na pierwszy ogień pójdzie więc wizyta u ojca w Olsztynie. Bo śmiesznie było.
Do jutra więc.
Na pierwszy ogień pójdzie więc wizyta u ojca w Olsztynie. Bo śmiesznie było.
Do jutra więc.
sobota, 19 lipca 2008
Nu pagadi
Nu. Pozostaje mi chyba tylko pojechać z dokumentami do Łodzi i zostać studentem Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych. I przy okazji pooglądać parę mieszkanek.
Jutro rozpoczynam kampanie za rzecz pozbycia się zbędnych podręczników. Pojutrze wejdzie ona w kulminacyjny punkt, a popojutrze powinno dojść do pierwszych transakcji. Szykują się bogate (w doświadczenia rzecz jasna) wakacje :).
Na dalszym planie jest organizowanie dotacji na rzecz biednych studentów.
Czuję jednak, że jeżeli tylko wszystko będzie szło po mojej myśli, będę miał za co żyć i utrzymywać siebie i może jakąś rodzinę, to jednakowoż będę wiecznym studentem. A właściwie wiecznie studiującym. Coś czuję, że nie mógłbym tak po prostu przestać słuchać kogoś potencjalnie mądrzejszego od siebie i tym samym zaprzestać szukania luk w jego rozumowaniu. Nie czułbym się z tym dobrze, a szefowi lepiej zostawić jego świat, jego zabawki i wykresiki miast dyskutować o sensie jego wypowiedzi :).
Mam w planach drobną przebudowę bloga od strony organizacyjnej. Obaczym, może nawet za chwilę do tego siądę.
Jutro rozpoczynam kampanie za rzecz pozbycia się zbędnych podręczników. Pojutrze wejdzie ona w kulminacyjny punkt, a popojutrze powinno dojść do pierwszych transakcji. Szykują się bogate (w doświadczenia rzecz jasna) wakacje :).
Na dalszym planie jest organizowanie dotacji na rzecz biednych studentów.
Czuję jednak, że jeżeli tylko wszystko będzie szło po mojej myśli, będę miał za co żyć i utrzymywać siebie i może jakąś rodzinę, to jednakowoż będę wiecznym studentem. A właściwie wiecznie studiującym. Coś czuję, że nie mógłbym tak po prostu przestać słuchać kogoś potencjalnie mądrzejszego od siebie i tym samym zaprzestać szukania luk w jego rozumowaniu. Nie czułbym się z tym dobrze, a szefowi lepiej zostawić jego świat, jego zabawki i wykresiki miast dyskutować o sensie jego wypowiedzi :).
Mam w planach drobną przebudowę bloga od strony organizacyjnej. Obaczym, może nawet za chwilę do tego siądę.
czwartek, 17 lipca 2008
Bananał
Drogi czytelniczku,
Nie będę przepraszać, za to ile nie pisałem. To nie matura.
W imię polotu, wizji, empatii i kiszonych ziemniaków.
Na wszystko co dobre, słuszne, święte i nie zawierające konserwantów.
Oświadczam wszem i wobec, że odkryłem tajemnicę. Tak, tą Boską właśnie.
Ale ponieważ doszedłem do tego bardzo, ale to baaardzo zamotaną, złożoną z niezliczonych analiz i syntez, podzielonych na pod-, nad-, między- i anty-etapy (co w sumie zajęło mi ostatnie cztery czy pięć minut), zdecydowałem, że zostawię to sobie na pracę magisterską. Albo doktorską. Albo jak trzeba będzie pobić i podbić USA.
Jak często przytrafiają się wam sytuacje, w których doznajecie nagłego olśnienia? Ot tak, w ciągu paru chwil macie przed oczami umysłu obraz tego, czego nazwanie, opisanie i spisanie zająć by mogło pół godziny, pół roku... pół życia?
Czy jesteś gotowy na wykorzystanie swojego umysłu w trochę większym stopniu niż zazwyczaj?
Ubiegłym generacjom chyba nawet nie śniło się, że będzie można pogodzić podeśjcie rozumowe, logiczne, empiryczne z potęgami światów wykraczającymi daleko poza percepcję przeciętnego zmysłu lub umysłu prostego zjadacza chleba. Od antyku trwała zażarta rywalizacja między tym, co boskie i tym, co ziemskie. A moim zdaniem w końcu nadarza się okazja do pogodzenia sacrum i profanum.
W końcu istnieją jednostki, które pozbyły się zabobonów.
W końcu istnieją jednostki, które rozumieją, pojmują i są w stanie wytłumaczyć zjawiska potocznie nazywane nadprzyrodoznymi. I nie boją się ufać własnej intuicji.
W końcu istnieją jednostki, które gdy potrzeba, spojrzą przez szkiełko sercem.
Ponieważ jestem takim typem typka, który kojarzy fakty miast je porządkować, zapewne nie pozwoli to na zrozumienie jakiejkolwiek myśli zwarto (może i zbyt) zwartej zawartej powyżej. Wybaczcie to osobie, która niedługo będzie studentem i (jak ślepy los w końcu pozwoli) kierowcą. Bo pamiętajcie- jeżeli świeci się czerwone światło, jeżeli nikt nie jedzie na prostopadłej drodze, jeżeli nie ma żadnego cholernego przechodnia, jeżeli stoi za wami inny pojazd, a świeci się taka cholerna, mała, zielona strzałeczka- to to jest idealny moment aby ruszyć. Jeżeli oczywiście chcecie zdać. Jak nie chceta, to stójta jak te kołki albo Krogule aż pan Jacek przerwie egzamin.
Napisz mi w komentarzach co słychać etc.
Yours sincerely (cmok cmok- przyp. krogulczas),
krogulczas
P.S. Uwielbiam zdania wielokrotnie pod-, nad-, między- i anty-rzędnie zbudowane. Tak, te długie i zrozumiałe tylko dla twórcy bezośrednio po akcie Stworzenia.
Nie będę przepraszać, za to ile nie pisałem. To nie matura.
W imię polotu, wizji, empatii i kiszonych ziemniaków.
Na wszystko co dobre, słuszne, święte i nie zawierające konserwantów.
Oświadczam wszem i wobec, że odkryłem tajemnicę. Tak, tą Boską właśnie.
Ale ponieważ doszedłem do tego bardzo, ale to baaardzo zamotaną, złożoną z niezliczonych analiz i syntez, podzielonych na pod-, nad-, między- i anty-etapy (co w sumie zajęło mi ostatnie cztery czy pięć minut), zdecydowałem, że zostawię to sobie na pracę magisterską. Albo doktorską. Albo jak trzeba będzie pobić i podbić USA.
Jak często przytrafiają się wam sytuacje, w których doznajecie nagłego olśnienia? Ot tak, w ciągu paru chwil macie przed oczami umysłu obraz tego, czego nazwanie, opisanie i spisanie zająć by mogło pół godziny, pół roku... pół życia?
Czy jesteś gotowy na wykorzystanie swojego umysłu w trochę większym stopniu niż zazwyczaj?
Ubiegłym generacjom chyba nawet nie śniło się, że będzie można pogodzić podeśjcie rozumowe, logiczne, empiryczne z potęgami światów wykraczającymi daleko poza percepcję przeciętnego zmysłu lub umysłu prostego zjadacza chleba. Od antyku trwała zażarta rywalizacja między tym, co boskie i tym, co ziemskie. A moim zdaniem w końcu nadarza się okazja do pogodzenia sacrum i profanum.
W końcu istnieją jednostki, które pozbyły się zabobonów.
W końcu istnieją jednostki, które rozumieją, pojmują i są w stanie wytłumaczyć zjawiska potocznie nazywane nadprzyrodoznymi. I nie boją się ufać własnej intuicji.
W końcu istnieją jednostki, które gdy potrzeba, spojrzą przez szkiełko sercem.
Ponieważ jestem takim typem typka, który kojarzy fakty miast je porządkować, zapewne nie pozwoli to na zrozumienie jakiejkolwiek myśli zwarto (może i zbyt) zwartej zawartej powyżej. Wybaczcie to osobie, która niedługo będzie studentem i (jak ślepy los w końcu pozwoli) kierowcą. Bo pamiętajcie- jeżeli świeci się czerwone światło, jeżeli nikt nie jedzie na prostopadłej drodze, jeżeli nie ma żadnego cholernego przechodnia, jeżeli stoi za wami inny pojazd, a świeci się taka cholerna, mała, zielona strzałeczka- to to jest idealny moment aby ruszyć. Jeżeli oczywiście chcecie zdać. Jak nie chceta, to stójta jak te kołki albo Krogule aż pan Jacek przerwie egzamin.
Napisz mi w komentarzach co słychać etc.
Yours sincerely (cmok cmok- przyp. krogulczas),
krogulczas
P.S. Uwielbiam zdania wielokrotnie pod-, nad-, między- i anty-rzędnie zbudowane. Tak, te długie i zrozumiałe tylko dla twórcy bezośrednio po akcie Stworzenia.
środa, 9 lipca 2008
Ciężko mi...
Wyjechałem. Potem wróciłem. Normalna kolej rzeczy.
Co jednak było nienormalnego to moje absolutne zaskoczenie. Zaskoczenie taką mnogością zdarzeń, że aż mi się w głowie nie mieści, że to właśnie mnie się przytrafiło. Z perspektywy czasu jednak udaje mi się jakoś zaradzić moim zaskoczeniom, pogodzić się z nimi przy piwie, a potem przejść do porządku dziennego na kacu.
Chronologicznie.
Nie spodziewałem się, że w mojej pracy przyjdzie mi zostać grabarzem.

Ot myszol miał za dużo pecha w ustach i za dużo metalu na karku.

Ale to nic. Przeczytałem o tym wcześniej tj. o moich obowiązkach i jakoś udało mi się uniknąć stanu dłuższego zaskoczenia. Nagrzebałem, pogrzebałem i zagrzebałem. Wróciłem do sprzątania.
W najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, ile jedzenia może pochłaniać jeden człowiek. A co dopiero, gdy było ich 150, potem 180, na 250 kończąc. I jeszcze wyżywić takie marudy. Praca to praca, pech to pech. Ale nic.
Wydawało mi się, że spokojnie dam sobie radę. No i dawałem aż do końca pierwszego dnia pracy. A właściwie początku drugiego, kiedy to urządziłem sobie miła sesję z Excelem do czwartej nad ranem. Niewiele pamiętam z tego co się działo następnego dnia poza tym, że się zakochałem, ale zmęczonym to się zdarza. Codziennie się zakochiwałem, codziennie byłem zmęczony. Ale nic.
Wyniki matury mnie zaskoczyły. Nie wiem dlaczego pocieszałem się wynikami ogólnokrajowymi, bo byłem powyżej średniej jeżeli mowa o przedmiotach humanistycznych. Póki co wiem, że Wrocław mnie chce na historię i filozofię. Myślę, że poczekam na resztę uczelni i może nawet z prawem wyjdzie. Albo i nie wyjdzie. Ale nic.
Potem wróciłem do pracy. Cały weekend pracy poszedł w pizdu. Namotali, przemeblowali, bałagan porobili. Aż sam Wszechmogący się za mną wstawił i każdego dnia fundował stanicy i jej tymczasowym robolom nowe doznania (z estetycznymi na czele). Kolejno psuły się:
-kanalizacja
-szambo
-znowu kanalizacja
-tony węgla, które musiały być przerzucone do kotłowni
-namiot wysokości przeciętnego namiotu i długości przeciętnego bloku mieszkalnego
-piec ogrzewający calutką stanicę
-i ja
Cytując księgowego "Stanica się psuje. Piec się psuje. I Krogul się psuje". Musiałem naprawdę ciekawie wyglądać. Też niewiele pamiętam z tego czasu. Ale i to nic.
Potem było coraz bardziej zaskakująco. Otóż nigdzie w mojej do tej pory niespisanej umowie nie powiedziano mi, że będę przejściowo pracował na bagnach.


Nakapało trochę. Ale nic.
To stawało się nawet męczące. Mimo, że miałem zapełnione magazyny, zaczynało się robić nieciekawie. No bo jak tu zrobić, żeby żarcia, które było przeznaczone na 100 osób starczyło na 280? No właśnie. Następnego dnia tj. w poniedziałek odszedłem z pracy. A właściwie wybiegłem z pokoju, zostawiając połowę rzeczy na stanicy, i uciekłem z warkotem silnika, resztek resorów i paliwa do domu. Co było to było.
Rzuciłem się na głęboką wodę. Pływać całkiem nieźle potrafię i nawet nieźle mi szło, jakoś do końca lipca dopłynąłbym do brzegu. Ale nie kiedy inni załogo-rozbitkowie mają odmienne opinie co do własnych funkcji. I moich także. I mojej osoby także. I... tak dalej. Nie. Harcerstwo to jedno, pieniądze to drugie, ale moje zdrowie psychiczne to trzecie i najważniejsze. Nie byłem tam w końcu od wytrzymywania.
Potem myślałem już tylko o jednym: koniec z byciem zaskoczonym. A dzie tam! Wczoraj zorientowałem się, że się u mojego najlepszego funfla prawie cały dzień, a on mi wyskakuje w rozmowie przez telefon "Dziękuję ślicznie blabla mam 20 lat blabla". Poszedłem do drugiego funfla i pytam się, kiedy Funfel_1 ma urodziny. Koajrzyło mu się, że 14 lipca- tak prawie patriotycznie. Wchodzę jak ten debil do pokoju z Funflem_2 i jak gdyby nigdy nic ze słowami "O, indeks" zaglądam do indeksu Funla_1 podejrzewanego o urodzenie się 20 lat temu.
Kurwa.
Urodził się 20 lat temu.
Przechodzimy do pokoju obok. Wymieniamy się zgodnymi kurwami. Funfle_1 przychodzi do pokoju. Funfel_2 wpada na pomysł podlewania kwiatków na balkonie, ja wolę podlać drabinę na balkonie.
Mijamy Funla_1 oglądającego "Detektywa Monka" i przechodzimy do jego pokoju. Kurwa? Kurwa, a co ma być.
Przypominam sobie o czekoladzie. Milka, to fajna. Połamana, ale z orzechami, więc na jedno wychodzi.
Jest serwetka. Owijamy czekoladę.
Jest pudełko po motorolce. Wkładamy tam czekoladę.
Jest następna serwetka. I jeszcze następna. Zabezpieczamy pudełko obiema serwetkami, posiłkując się taśmą izolacyjną z braku taśmy przezroczystej.

Przydałaby się kokardka. Funfel_2 rozpoczyna zabawę z improwizowanym origami. Wychodzi kwiotek. Też dobrze. Dorabiam łodyżkę, dwa listki na izolatkę i jest kwiotek.

Czas przejść do życzeń. Wpadamy na Funfla_1. Życzymy życzymy.
-Większej kreatywności.
-I dostania się na studia.
-I większej pomysłowości...
-Ogólnie większość z tych rzeczy pochodzi z twojego domu- wyrzekam, co doprowadza obu Funfli do poziomu podłogi.
Funfel_1 rozpakowuje prezent. Rozpakowuje pierwszą i drugą serwetkę, potem opakowanie po motorolce. Przypominam grzecznie, że to nie koniec... Wyciąga ostatnią serwetkę, odpakowuje...
-I to jest właśnie ta jedyna rzecz, która nie pochodzi z twojego domu!- Wybucham triumfalnie. Funfle przyjaźnią się z podłogą raz jeszcze.
Powiedziałbym, że i to nic, ale na podsumowanie zacytuje tylko sekretarkę z biura pani notariusz, u której dzisiaj sporządzono odpisy i kopie moich świadectw.
Uwaga! Fanfary!
Odpowiedź na moje wyznania o chęci studiowania prawa:
-Po tym prawie i tak nie ma co robić.
Pani sekretarce z biura pani notariusz już dziękujemy :).
Tak. Ta notka oznacza, że wracam do życia jak... a sam sobie dopisz, umiesz przecież.
Cmokam. Cmok cmok.
P.S. Podziękowania dla Kaczora, bez którego zwariowałbym na łez padole w białobrzeskiej stanicy, dla Huga, którego nie posądzałem o zdolności origamiczne, i sto lat szczęścia i urodzaju dla Krecia
Co jednak było nienormalnego to moje absolutne zaskoczenie. Zaskoczenie taką mnogością zdarzeń, że aż mi się w głowie nie mieści, że to właśnie mnie się przytrafiło. Z perspektywy czasu jednak udaje mi się jakoś zaradzić moim zaskoczeniom, pogodzić się z nimi przy piwie, a potem przejść do porządku dziennego na kacu.
Chronologicznie.
Nie spodziewałem się, że w mojej pracy przyjdzie mi zostać grabarzem.
Ot myszol miał za dużo pecha w ustach i za dużo metalu na karku.
Ale to nic. Przeczytałem o tym wcześniej tj. o moich obowiązkach i jakoś udało mi się uniknąć stanu dłuższego zaskoczenia. Nagrzebałem, pogrzebałem i zagrzebałem. Wróciłem do sprzątania.
W najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, ile jedzenia może pochłaniać jeden człowiek. A co dopiero, gdy było ich 150, potem 180, na 250 kończąc. I jeszcze wyżywić takie marudy. Praca to praca, pech to pech. Ale nic.
Wydawało mi się, że spokojnie dam sobie radę. No i dawałem aż do końca pierwszego dnia pracy. A właściwie początku drugiego, kiedy to urządziłem sobie miła sesję z Excelem do czwartej nad ranem. Niewiele pamiętam z tego co się działo następnego dnia poza tym, że się zakochałem, ale zmęczonym to się zdarza. Codziennie się zakochiwałem, codziennie byłem zmęczony. Ale nic.
Wyniki matury mnie zaskoczyły. Nie wiem dlaczego pocieszałem się wynikami ogólnokrajowymi, bo byłem powyżej średniej jeżeli mowa o przedmiotach humanistycznych. Póki co wiem, że Wrocław mnie chce na historię i filozofię. Myślę, że poczekam na resztę uczelni i może nawet z prawem wyjdzie. Albo i nie wyjdzie. Ale nic.
Potem wróciłem do pracy. Cały weekend pracy poszedł w pizdu. Namotali, przemeblowali, bałagan porobili. Aż sam Wszechmogący się za mną wstawił i każdego dnia fundował stanicy i jej tymczasowym robolom nowe doznania (z estetycznymi na czele). Kolejno psuły się:
-kanalizacja
-szambo
-znowu kanalizacja
-tony węgla, które musiały być przerzucone do kotłowni
-namiot wysokości przeciętnego namiotu i długości przeciętnego bloku mieszkalnego
-piec ogrzewający calutką stanicę
-i ja
Cytując księgowego "Stanica się psuje. Piec się psuje. I Krogul się psuje". Musiałem naprawdę ciekawie wyglądać. Też niewiele pamiętam z tego czasu. Ale i to nic.
Potem było coraz bardziej zaskakująco. Otóż nigdzie w mojej do tej pory niespisanej umowie nie powiedziano mi, że będę przejściowo pracował na bagnach.
Nakapało trochę. Ale nic.
To stawało się nawet męczące. Mimo, że miałem zapełnione magazyny, zaczynało się robić nieciekawie. No bo jak tu zrobić, żeby żarcia, które było przeznaczone na 100 osób starczyło na 280? No właśnie. Następnego dnia tj. w poniedziałek odszedłem z pracy. A właściwie wybiegłem z pokoju, zostawiając połowę rzeczy na stanicy, i uciekłem z warkotem silnika, resztek resorów i paliwa do domu. Co było to było.
Rzuciłem się na głęboką wodę. Pływać całkiem nieźle potrafię i nawet nieźle mi szło, jakoś do końca lipca dopłynąłbym do brzegu. Ale nie kiedy inni załogo-rozbitkowie mają odmienne opinie co do własnych funkcji. I moich także. I mojej osoby także. I... tak dalej. Nie. Harcerstwo to jedno, pieniądze to drugie, ale moje zdrowie psychiczne to trzecie i najważniejsze. Nie byłem tam w końcu od wytrzymywania.
Potem myślałem już tylko o jednym: koniec z byciem zaskoczonym. A dzie tam! Wczoraj zorientowałem się, że się u mojego najlepszego funfla prawie cały dzień, a on mi wyskakuje w rozmowie przez telefon "Dziękuję ślicznie blabla mam 20 lat blabla". Poszedłem do drugiego funfla i pytam się, kiedy Funfel_1 ma urodziny. Koajrzyło mu się, że 14 lipca- tak prawie patriotycznie. Wchodzę jak ten debil do pokoju z Funflem_2 i jak gdyby nigdy nic ze słowami "O, indeks" zaglądam do indeksu Funla_1 podejrzewanego o urodzenie się 20 lat temu.
Kurwa.
Urodził się 20 lat temu.
Przechodzimy do pokoju obok. Wymieniamy się zgodnymi kurwami. Funfle_1 przychodzi do pokoju. Funfel_2 wpada na pomysł podlewania kwiatków na balkonie, ja wolę podlać drabinę na balkonie.
Mijamy Funla_1 oglądającego "Detektywa Monka" i przechodzimy do jego pokoju. Kurwa? Kurwa, a co ma być.
Przypominam sobie o czekoladzie. Milka, to fajna. Połamana, ale z orzechami, więc na jedno wychodzi.
Jest serwetka. Owijamy czekoladę.
Jest pudełko po motorolce. Wkładamy tam czekoladę.
Jest następna serwetka. I jeszcze następna. Zabezpieczamy pudełko obiema serwetkami, posiłkując się taśmą izolacyjną z braku taśmy przezroczystej.
Przydałaby się kokardka. Funfel_2 rozpoczyna zabawę z improwizowanym origami. Wychodzi kwiotek. Też dobrze. Dorabiam łodyżkę, dwa listki na izolatkę i jest kwiotek.
Czas przejść do życzeń. Wpadamy na Funfla_1. Życzymy życzymy.
-Większej kreatywności.
-I dostania się na studia.
-I większej pomysłowości...
-Ogólnie większość z tych rzeczy pochodzi z twojego domu- wyrzekam, co doprowadza obu Funfli do poziomu podłogi.
Funfel_1 rozpakowuje prezent. Rozpakowuje pierwszą i drugą serwetkę, potem opakowanie po motorolce. Przypominam grzecznie, że to nie koniec... Wyciąga ostatnią serwetkę, odpakowuje...
-I to jest właśnie ta jedyna rzecz, która nie pochodzi z twojego domu!- Wybucham triumfalnie. Funfle przyjaźnią się z podłogą raz jeszcze.
Powiedziałbym, że i to nic, ale na podsumowanie zacytuje tylko sekretarkę z biura pani notariusz, u której dzisiaj sporządzono odpisy i kopie moich świadectw.
Uwaga! Fanfary!
Odpowiedź na moje wyznania o chęci studiowania prawa:
-Po tym prawie i tak nie ma co robić.
Pani sekretarce z biura pani notariusz już dziękujemy :).
Tak. Ta notka oznacza, że wracam do życia jak... a sam sobie dopisz, umiesz przecież.
Cmokam. Cmok cmok.
P.S. Podziękowania dla Kaczora, bez którego zwariowałbym na łez padole w białobrzeskiej stanicy, dla Huga, którego nie posądzałem o zdolności origamiczne, i sto lat szczęścia i urodzaju dla Krecia
Subskrybuj:
Posty (Atom)
