niedziela, 19 sierpnia 2007

Gdybyście mieli jedno pytanie do Boga, a on by na pewno odpowiedział, jakie byłoby to pytanie?

Myśleliście kiedyś nad tym?

***

Kiedyś zadałbym mu pytanie "Kiedy skończy się świat?", ale dzisiaj wiem, że nie chciałbym marnować jednego jedynego pytania skierowanego do Boga na pytanie dotyczące przyszłości. No bo co za zabawa, kiedy znamy przyszłość? Żadna. Wylatujemy z życiowej gry.

***

Dzisiaj zapytałbym go zapewne o coś w stylu "Czy mogę moje pytanie przekazać komuś innemu? Bo ja nie mam pomysłu, który by mnie interesował."

***

Odnalazłem Boga. Od odrzucenia Jego istnienia i ateizm, przez stopniową akceptację, zwaną deizmem, aż po wiarę. Zwykłą wiarę, że On istnieje. Nie modlitwy na prawo i lewo, do kościoła do niedzielę itp. Istnieje i to mi naprawdę wystarcza. Znam go na tyle na ile pozwoliły mi moje dotychczasowe nauki, myśli i badania z zakresu matematyki, fizyki, biologii, teologii, filozofii, socjologii, psychologii i innych.

***

Nie zobaczycie mnie w kościele zbyt często. Ale to nie od tego zależy gdzie lub kiedy jesteś, ale kim jesteś.

***

On nie jest sprawiedliwy. To ludzki wymysł aby sprawiedliwość determinowała pozycję. Sprawiedliwość, wbrew pozorom, jest bardzo relatywnym i subiektywnym zjawiskiem. Sprawiedliwość obiektywna- taka nie istnieje, gdyż ludzie nie są w stanie jej określić. Nie jest ona nawet Boską domeną, gdyż także i Boga się kwestionuje wraz z Jego sądami. Chociaż...

***

Może sąd obiektywny to w istocie Sąd Ostateczny? Nie. Przecież on także będzie subiektywną oceną Boga. A, jak powiedział prymas Wyszyński, "On nie ma obowiązku nas słuchać" i nie będzie postępował wg. naszych ziemskich reguł. Chociaż czy na pewno? Na pewno! Przecież są 50% szanse na to, że to Jego słowa są prawem oraz 50% szanse na to, że to nasze słowa stały się Jego. W obu przypadkach, zapis ludzki zniekształca te prawa. W obu przypadkach, będzie to subiektywny osąd- Boski oraz Ludzki. Tak więc sprawiedliwość obiektywna nie istnieje.

***

Lecz to nie rzutuje. Akceptuję Jego niedoskonałość, bo On akceptuje moją. Poza tym pamiętajmy, że byty idealne nie istnieją, tak więc dając dowód temu, że Bóg nie jest idealny, daję dowód na jego istnienie. Każdy tworzy własnego Boga. Niektórzy przyjmują Go od innych, inni tworzą Go wciąż na nowo. Jedni poddają się mu, inni są bogobojni, a inni z nim walczą, jak Izrael w namiocie walczył z aniołem Pańskim. Jedni nazywali go "Panem", inni zaś wolą "Libido". Bo prawda jest taka, że trzeba podążać własną ścieżką. On nie da nam nawet drogowskazów, które są tak bardzo obecnie popularne jako alegoria Pana. Wręcz przeciwnie- będzie wspierał, pochwalał, zachęcał. Ten własny prywatny Bóg da siłę w obliczu niezniszczalnego, da rozwiązanie w obliczu nierozwiązywalnego, odnajdzie co schowane, kupi kartę Mastercard aby rozkoszować się tym, co bezcenne, głodnych nakarmi, a kołaczącym otworzy. To od każdego z nas zależy, co nasz Bóg uczyni.

***

Obawialiście się, że Magda będzie na mnie działać twórczopędnie. Dobrze się obawialiście, bo wczoraj przypomniała mi o tej piosence ;). To Madzi dedykuję tą notkę- za to, że mnie akceptuje :*.

Joan Osbourne- If God was one of us clip na youtubie If God had a name, what would it be
And would you call it to his face
If you were faced with him in all his glory
What would you ask if you had just one question

And yeah yeah God is great yeah yeah God is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if God was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home

If God had a face what would it look like
And would you want to see
If seeing meant that you would have to believe
In things like heaven and in jesus and the saints and all the prophets

And yeah yeah god is great yeah yeah god is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if God was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home
He's trying to make his way home
Back up to heaven all alone
Nobody calling on the phone
Except for the pope maybe in rome

And yeah yeah God is great yeah yeah God is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if god was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home
Just trying to make his way home
Like a holy rolling stone
Back up to heaven all alone
Just trying to make his way home
Nobody calling on the phone
Except for the pope maybe in rome


Pozdrawiam krogulczas

P.S. Ludzie... nie wstydźcie się! Komentarze nie gryzą, a wiem, że każdy myśli, mimo, że czasami można stwierdzić coś zupełnie innego :D. Wrzucajcie swoje przemyślenia/refleksje/luźne uwagi. W komenatrzach do notki, czy też w Księdze Gości- to nie ma znaczenia ;).
P.S. 2 Serdeczne podziękowania dla Alexa za regularne dawanie znaku, że czyta. Nie mogę się poszczycić równą gorliwością w komentowaniu u Ciebie, ale tym bardziej jestem Ci za to wdzięczny ;).

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Pomyślmy

Ciekaw jestem jak szybko mogę coś zaimprowizować. Tak, aby miało to sens. Używając słowa mówionego zazwyczaj nie myśli się o tym, jest tym samym łatwiej. Dlaczego? Bo rozmawiamy zazwyczaj na określony temat. W przypadku, kiedy temat jest określony, o wiele łatwiej formułuje się myśli.
Czy więc jeżeli wykorzystam fakt, iż moje myśli nieustannie kłębione są przeze mnie wokół jednego tematu, to czy możliwym jest dojście do jakichś konkretów?

***



Nigdy nie myślałem o pisaniu jako o czymś co mógłbym robić zawodowo. Nadal nie myślę. Nie widzę w tym również żadnego hobby, albowiem takowe kojarzy mi się z czymś regularnym. A siebie regularnym nie mogę pod żadnym pozorem nazwać. Zwariowałem. I to chyba automatycznie dyskredytuje moją skłonność do regularnego myślenia. A szkoda, bo ma ono wiele zalet.

***



Przede wszystkim najważniejsze w zdolności myślenia regularnego jest dostrzeżenie faktu i akceptacja istnienia oraz jednocześnie totalna dyskwalifikacja wartości myślenia nieregularnego. Jeżeli nie rozpoczniemy procesu myśleniowego od poddania się tej prostej myśli, nie mamy co liczyć na korzystania z dobrodziejstw myślenia regularnego.
Spora strata jakby się nad tym zastanowić.
Dobra, mamy opanowane istnienie myślenia nieregularnego. Pierwszy z naszych kłopotów mamy z głowy. Czas na krok drugi, po którym rzadko kiedy jest możliwość odwrotu i powrotu o stanu poprzedniego, nieregularnego myślenia. Tym krokiem jest poznanie i obcowanie z ludźmi myślącymi regularnie.

***



Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to tego, że nie jest to taki znowu krok, albo anatomia człowieka zmieniła się jakoś znacząco wtedy kiedy ostatnim razem zdrzemnąłem się podczas biologii. Przecież proces przestawania z człowiekiem jest długotrwały jak... jak długość takiego procesu! Nieważne co się mówi, ważne jest że w tym momencie naprawdę zaczynasz się dostosowywać do wymogów grupy. Sory Gregory, nie ma „Zmiłuj się, o Jezusie Nazareński i Matko Boska Fluorescencyjna!”. Nie ma takich luksusów. Ale za to czekają inne- wystarczy być cierpliwym. Wiem, to jest okrutne, ale pomyślcie, że to nie potrwa długo. Odrobinę zapału, cierpliwości i ofiarności!

***



Wreszcie krok trzeci- zacznij myśleć regularnie. Spokojnie, to nie jest niz trudnego. Właśnie dlatego najpierw przebywałeś tyle z innymi myślącymi regularnie, abyś poznał ich i ich sposób myślenia, a oni Twój. Wiedzą o Tobie tyle, że są w stanie wyjść Ci z pomocną dłonią jeżeli tylko ich do tego skłonisz gdy tylko będziesz tego potrzebować.

***



Ale tyle mówię o stawaniu się myślącym regularnie, a nie podałem ani jednej zalety. Nadrabiam, nadrabiam! Już nadrabiam i przepraszam!
Myśląc regularnie, nie myślisz regularnie. Jesteś wyjątkowy, lepiej i sprawniej funkcjonujesz, lepiej czuje się Twoje ciało. Umysł nie jest już trapiony tyloma problemami co niegdyś, bo wiele z nich zostało wyeliminowanych!

***



Myślcie nieregularnie. Zaklinam, myślcie nieregularnie! Inaczej skończycie w pierwszej gorszej sekcie, zwabieni tam odrobiną manipulacji poprzez danie nadziei na lepsze jutro, które zapewni Wam kolejne boskie wcielenie boskiego bożka/Boga/boga/Bożka. Niekoniecznie zresztą to musi być sekta- bardziej odpowiednie słowo to „sieć”, w którą się „zaplączecie”. Sugestia, rozwinięcie, odrobina krytyki kontrastowej, potwierdzenie gotowości na wszystko, poczucie wyższości, prowokacja strachu... Słowniczek manipulowanego. A właściwie- manipulatora.
Bądź konsekwentny i myśl tak jak ktoś zechce, zamiast myśleć na każdym kroku- oto klucz do oddania własnej woli komuś innemu. Myślenie nie boli, ale jednak wiele osób nie zdobywa się na nie. I nie mam teraz ochoty wnikać „dlaczego?”. Ni mnie to ziębi ni mnie to parzy. Ale myślą np. manipulujący- i od razu widać kto ma przewagę :D.
Ale jesteśmy tylko zwierzętami bez futra. I dlatego tak bardzo kochamy dominować w drabinie hierarchii...

Metallica- Prince Charming

There's a black cloud over head, that's me
And the poison ivy chokes the tree, again it's me
I'm the filthy one on Bourbon Street, you walk on by
I'm the little boy that pushes hard and makes him cry

There's a dirty needle in your child, haha, stick me
Empty bottles still in hand, still dead, still me
I'm the suit and tie that bleeds the street and still wants more
I'm the 45 that's in your mouth
I'm a dirty, dirty whore

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus, but to old to see
Hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Yeah, he wants to become father now, me again, me
The marks inside your arms spell me, spell only me
I'm the nothing face that plants a bomb and strolls away
I'm the one who doesn't look quite right as children play

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus, but to old to see
Hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Look up to me
What to be and what to fear
Look up to me
Look it's me, at what you hear
See right through me
See the one who can't be free
See right through me
Look it's me what no one wants to see

Hmm, now, see the black cloud up ahead, that's me
Hmm, and this poison ivy chokes the tree, again it's me
I'm the filthy one on Bourbon Street, you walk on by
I'm the little boy that pushes, pushes, makes him cry

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus but to old to see
Hey, hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Hey ma, hey ma, look it's me



Pozdrawiam
krogulczas

piątek, 10 sierpnia 2007

Wszędzie dobrze, ale nie w domu

Dzisiaj przeczytałem notkę na blogu mojego przyjaciela, Alexandra Smithsona. Notkę dość rozbudowaną i stworzoną pod wpływem podbijającego rzesze tępych umysłów Kominka link do jego bloga oraz link do notki która sprowokowała go do pisania).
Samą notkę Alexa można poznać tutaj (link).

Jaki jest mój stosunek do patriotyzmu? Chyba udało mi się go wyrazić w pewnej starej pracy szkolnej. Dla pewności przeczytałem ją sobie jeszcze raz, aby sprawdzić, czy nie straciła na aktualności.
Nie.
Poglądy pozostały niezmienione, a na pewno wnioski.

***



„Co to znaczy być patriotą w realiach współczesnego świata?” czyli „Wszędzie dobrze, ale nie w domu”

Pojęcie „patriotyzmu” istnieje już od wielu wieków. Przez ten czas ulegało wielu przeobrażeniom. Jego obecna definicja sprowadza się do słów określających umiłowanie i dumę z ojczyzny, kraju ojczystego. Jest to jednocześnie dostrzeganie wszelkich związanych z pojęciem „ojczyzny” konsekwencji- tych pozytywnych i tych negatywnych. Na dobre i na złe.

Zakładając, że bierzemy pod uwagę ogół współczesnego świata, wówczas mamy problem.

Na całym świecie, przynajmniej od połowy XIX wieku, jest zdecydowana tendencja do dwóch ruchów ideowych: pierwszy- migracyjny, w kierunku północy, zachodu i północnego zachodu, czyli do krajów Europy i Ameryki Północnej; i drugi- rewolucyjny, przemieszczający się w przeciwnym kierunku tj. na wschód i południe i przetaczający się przez kraje Afryki i Azji zachodniej i centralnej. Oba mają na celu jedno: przetrwanie, choć często z różnych pobudek. Członkowie społeczeństwa indywidualistycznego robią to głównie dla siebie, zaś ci wywodzący się ze społeczeństw kolektywistycznych często chcą pomóc rodzinie bądź blisko ze sobą związanym grupom. Dla obu tych ruchów moim zdaniem pojawia się osobna, specyficzna definicja tego, co można by nazwać patriotyzmem.

Patriotyzm emigranta
Większość emigrantów w przypadku społeczeństw indywidualistycznych to młodzi ludzie, najczęściej samotnie migrujący, gotowi na wyzwania, które postawią sobie i innym. W przypadku społeczeństw kolektywistycznych są to zazwyczaj osoby w średnim wieku, przemieszczające się dla dobra rodziny, często wraz z nią, lecz coraz częściej spotyka się również ludzi młodych, od wczesnych lat wychowywanych do wyjazdu. Tak dzieje się np. w przypadku północno-afrykańskich mieszkańców, którzy coraz liczniej wkraczają do Hiszpanii, a stamtąd dalej- do Francji, Zjednoczonego Królestwa. W tym konkretnym przypadku następuje ewolucja mentalności grupowej w jednostkową- namiastka tego podejścia jest przekazywana już w rodzinie, reszty osoby te uczą się od ludzi z którymi mają do czynienia (szczególnie w przypadku pracowników umysłowych). Ewolucja ta jest ułatwiona właśnie z powodu wartości wpajanych od dzieciństwa.
Emigranci zazwyczaj nie czują silnego związku z ojczyzną, najczęściej od czegoś bowiem uciekają- biedy, prześladowania, czy chociażby z powodu własnych poglądów. Mimo tego jednak w pewnym momencie zachodzi zjawisko gloryfikacji znanych sobie wspomnień- tych najmilszych, związanych z przyjaciółmi, rodziną. W chwilę później jednak odzywają się negatywne wspomnienia- beznadziejnych dochodów zestawionych z obecnymi, bycia bitym i poniżanym, wyszydzanym.
Ktoś zapewne spytałby się- gdzie tu patriotyzm? Jest go aż nadto. Może i taki człowiek nie czuje się dumny ze swego państwa, lecz ma zakodowaną olbrzymią ilość informacji pozytywnych, pod postacią wspomnień, a ponadto dostrzega negatywne strony życia w dotychczasowych warunkach. Nie gloryfikuje na siłę ojczyzny i nie uważa, że nie potrzeba jej zmian. Pod tym względem jest to zjawisko bardzo pozytywne, niezależnie, czy ktoś ratuje siebie, czy rodzinę.

Patriotyzm rewolucjonisty
Oto drugi wariant współczesnych nurtów przemierzających świat i związanego z nim postrzegania świata, czyli osoby, która chce udowodnić, że walka jest symbolem patriotyzmu. Obecnie jest to proces daleko już posunięty, mający ścisły związek z dekolonizacją oraz czymś, co można nazwać rekolonizacją, czyli ponownym wprowadzaniem wpływów państw wyżej rozwiniętych do państw niższych.
Trzeba twórcom kolonializmu przyznać jedno- całkowicie odcięli się od wyzwalającego się państwa w momencie uzyskiwania przezeń niepodległości. Wycofywali cały kapitał ludzki i inwestycyjny jaki wprowadzali, pozostawiając jedynie widmo dawnej świetności. Dawnej, bo jak należy zauważyć, byt większości niepodległych państw Afryki i Azji wcale się nie polepszył, lecz z ich subiektywnego punktu widzenia, nowe państwo nie spełniło ich oczekiwań. W ich odczuciu, ich stan życia wręcz się pogorszył! W istocie tak też jest, lecz tylko i wyłącznie z powodu mechanizmów psychologicznych. Krótko mówiąc- proroctwo lepszej przyszłości nie miało możliwości spełnienia tylko i wyłącznie dzięki wizji pozytywnego rezultatu własnych działań.
Teraz zbiera to swoje żniwo poprzez najróżniejsze konflikty o przeróżnej skali. W większości przypadków są one spowodowane nasilającym się niezadowoleniem wśród mas, które jedynie potęgują własne wzorce, sprowadzające się do ukierunkowania źródła niedoli poza sobą, na aparacie państwowym, który zawiódł. W takich przypadkach, ludzie niespodziewanie zmieniają nastawienie i biorą sprawy w swoje ręce. A właściwie- broń w swoje ręce. Afganistan, Rwanda, Algieria. To doprawdy tylko kilka przykładów, kiedy to rewolucjoniści chcieli doprowadzić do polepszenia warunków bytowych. W ich odczuciu, poziom życia ludności był o wiele za niski (konflikt ekonomiczny) bądź też niestosowny (konflikt etniczny). Pomijając jednak różne pobudki, celem tych ludzi jest zazwyczaj walka o dobro narodowe.

Nowocześnie instynktowni?
Powyższa klasyfikacja może narzucić pewne skojarzenia z instynktowną reakcją wszystkich ziemskich istot. Zasada ta nosi nazwę „walcz albo uciekaj” i stosowana jest w wypadku zagrożenia życia, lecz w przypadku ludzi również z powodu dowolnego dyskomfortu, niepewności. Oznaczałoby to, że wszyscy ci ludzie dostrzegają w swojej ojczyźnie zagrożenie dla życia, bezpośrednie lub pośrednie. I to często realne.
Nie jest to sposób pojmowania świata jakiego można by spodziewać się po człowieku.
W istocie problemem jest w tym momencie nie sama ojczyzna i brak miłości do niej jako takiej, lecz zbytnie zaawansowanie człowieka. Niestety, wyprzedziliśmy swoje ciała. Wiedza nie zmienia mózgu, nie zmienia zachowań podświadomości. Owo „nowe szybsze tempo życia” okazuje się zgubne dla człowieka. Nie mamy bowiem żadnego stabilnego miejsca, do którego moglibyśmy powrócić. Brakuje nam w życiu pewności, stałości, oparcia. To jest właśnie cel poszukiwań każdego człowieka- znalezienie własnego miejsca. Niestety, stało się to już chyba „patriofilią”- obsesyjnym dążeniem do znalezienia miejsca bezpiecznego, tylko i wyłącznie naszego.
Prowadzi mnie to do smutnego wniosku- trudno jest szczerze, zgodnie z umysłem i ciałem, nazwać ojczyznę „miejscem umiłowanym”. Nie mając żadnego punktu zaczepienia, często rzucamy się w wir zdarzeń ze świata, które nijak mają się do nas samych. Szukamy szczęścia wszędzie i we wszystkimi, bo ojczyzna nam tego nie zapewnia. „Patriotyzmem” w realiach współczesnego świata jest poszukiwanie bezpiecznego schronienia.

***



Sam chyba również powoli się uspokajam. Tak jak jeszcze rok temu oddałbym życie za ojczyznę, tak teraz targają mną mieszane uczucia. Nie wiem jak bym zareagował w obliczu wojny obronnej (bo chyba tylko na taką stać nasz rząd)...

***



(Tak po prawdzie przydałyby się w Polsce rządy silnej ręki, a nie marnowanie 3/4 kadencji, środków i budżetu na ustalanie koalicji.)

***



... ale wiem, że nie szedłbym jak debil na pierwszą linię. Umierać bez zabicia nawet jednego wroga tylko dlatego, że zamiast leżeć i czekać na okazję to wstawać i bez opamiętania szarżować wprost pod serię ckm'ów i innej broni ręcznej, lub po prostu być wysadzonym granatem albo szczytem dyshonoru- miną.
Nie, to nie dla mnie.
Nie, głupie oddawanie życia przy każdej okazji chyba przepadło ostatecznie genetycznie podczas II Wojny.

***



Teraz ludzie mają zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele myślą zamiast działać... Inna sprawa, że jak już zaczynają myśleć, to myślą JEDYNIE o tym jak napchać swoje kieszenie, a potem je opróżnić w najbliższym hipermarkecie. Doczesne dobra i ich konsumowanie zamiast oczekiwanie na tę jedną krótką chwilę. Ale nie oczekiwanie głupie, bierne, lecz czekanie na efekty własnych zabiegów, własnej pracy. Oddanie swojej woli bezdusznemu medium jest proste, ale to tylko na chwilę zaspokaja pragnienie. „Daj mu rybę, a będzie najedzony. Naucz go łowić, a będzie najedzony do końca swoich dni.”.

***



Alex zadał mi kiedyś pytanie „Czy według Ciebie, jedynym sposobem na walkę z systemem, jest pójście na wieś?”. Odpowiedziałem wówczas „Tak”. Teraz naszła mnie jednak nowa myśl- do walki z obecnym systemem potrzebna jest w istocie cierpliwość. O ileż lepiej smakuje pokonanie olbrzymich przeciwności losu, co czyni to zwycięstwo unikatowym, niż ledwo co wykupiony fastfood, jaki można znaleźć wszędzie i zawsze. Sam też przed momentem popracowałem nad cierpliwością wobec Madzi. Kocham ją i nawet niech nikt nie myśli w to wątpić. Ale czasem potrzeba trochę poczekać, mimo, że wszystko naokoło i wewnątrz gna na złamanie karku...

Pozdrawiam
krogulczas

Szuflada różnorodności

Mam u siebie w moim żółtym jeszcze pokoju takie biurko robocze, miejsce pracy i śmietnik zarazem. W tym biurku jest kilka użytecznych miejsc. Szafka z dwoma półkami została podbita przez książki do szkoły, dwie półki pod blatem zajmują zapomniane z podstawówki, gimnazjum i liceum makulaturalne rupiecie, półka szufladkowa na klawiaturę którą zdominowała nieużywana od chyba roku klawiatura i cztery szuflady. W jednej płyty, w innej rzeczy plastyczne, a w jeszcze innej miejsce na wrzucanie niepotrzebnych na lata rzeczy. Jest też taka jedna szuflada, którą chyba najbardziej lubię. Po lewej stronie, pod blatem, pod półką z noworzuconymi papierzyskami od marketingu, druga z czterech szuflad licząc od góry do dołu szuflad. Dość przypadkiem ów schowek stał się moją Szufladą Różnorodności. Miejscem, w którym odżywają wspomnienia, które widzę jak na dłoni, równie wyraźnie jak przedmiot który się w danym momencie na tej dłoni znajduje. Ot, jakbyś podpiął kabel i zacząłby płynąć prąd, potok, rzeka pamięci- nieprzerwany, silny, nieokiełznany, na który nie masz kompletnie wpływu, bo właśnie Cię ominął. Czas chce płynąć dalej, ale zatrzymał się wbrew swojej naturze. I ta rzeka również taka stara się wydaje.
Na początku wakacji wertowałem swoją Szufladę Różnorodności. I co znalazłem? Cud! Wehikuł czasu! Dowody na istnienie czasu, który minął. Były mocno miętowe tic taci sprzed z datą produkcji 2003 i ważne do grudnia obecnego roku- wchłonąłem zawartość od razu. Pamiętam jak lubiłem je sporadycznie kupić i łyknąć sobie dla zabawy opakowanie...
Znalazły się też agrafki jakie kupiłem kiedyś z myślą, która mi widać dzisiaj nie przyświeca, bo nie pamiętam dlaczego je kupowałem. Jest ich nadal dwanaście.
Albo osełka do kosy. Chyba chciałem sobie w tamtym czasie zafundować coś w rodzaju siekierki na różne harcerskie wyjazdy. Nawiasem mówiąc, do dzisiaj niczego takiego nie mam w stanie posiadania.
Albo bateria do Nokii 3310. Tylko to chyba zostało po mojej pierwszej komórce. Mogę być z siebie dumny, bo jestem chyba jedną z niewielu osób którym udało się rozbić ponoć niezniszczalną „cegłę”. I to nie młotkiem albo czymś takim, co to to nie. Razu pewnego tak odmawiała mi posłuszeństwa, nieustannie odrzucając mi kartę SIM, że aż nią miotłem o ścianę jak to miałem zazwyczaj w zwyczaju. Tyle, że tym razem poszedł wyświetlacz. Ale bateria przetrwała, chociaż obecnie już pewnie po chyba trzech latach można zapomnieć o jej używaniu. To tak jakby 80-latka zawrócić z emerytury kiedy już od kilku lat przyzwyczaił się do niej i czekał na zakończenie życia wśród rodziny i przyjaciół.
Jest też mój CD-ROM, który odszedł w niepamięć po zamontowaniu wpierw zwykłej nagrywarki CD-RW, a dosłownie chyba dwa tygodnie później- DVD.
O proszę- nawet korsarze zapomniane z któregoś z sylwestrów. Zawsze na sylwkach lubiłem dać popis moich zdolności doboru materiałów wybuchowych. Amatorsko, fakt, ale jednak na wysokim poziomie. Zawsze ta stówa musiała na nowy rok iść... i szła w dobrym kierunku- do góry, przed siebie, wysadzając dawne dni, a prowadząc do zupełnie nowych, nieznanych mi, jak przestworza nade mną.
Nie wytrzymam! Ściągi z chemii, które kupiłem specjalnie aby z nich korzystać! Przez całe dwa lata chciałem do nich zajrzeć, ale zaginęły pod koniec gimnazjum... do diabła z tym! Łaski bez! Basta i finito, Karmelito! jakoś sam sobie dałem radę!
Trzy śrubokręty do rozkręcania obudowy kurzącego się pudła z komputerem. Jednym z nich zjechałem śrubę od dysku twardego co przez całe chyba dwa lata było moim przekleństwem- że nie mogłem pójść sobie do kogoś z dyskiem i wspomóc swoje zasoby multimedialne tym, czym już inni dysponują. Ale za to przykręcały ową nagrywarkę DVD, za co jestem im chyba dozgonnie wdzięczny. Moje dzielne krzyżaczki.
Nawet i poprzednie okulary tu wciąż jeszcze trwają... też swoje mają. Nie wiem które były kiedy i jakie mają właściwości. Je akurat zostawiłem za sobą, ale miło było powrócić do tych chwil, kiedy rodzicom bebechy się przewracały kiedy wydawali te 300 PLN na nowe szkiełka... słodka zemsta.
Piłeczka kauczukowa za 5 złotych jaka mi wypadła zamiast pluszaka.... cholerne solińskie automaty...
Dwa flety proste jeszcze z podstawówki, kiedy to pożyczyłem je aby sprostać wymaganiom systemu edukacji, a także wymogom chorej ambicji rodziców aby do wszystkiego czego się tknę przywiązywać tak niewyobrażalnie zniechęcającą wagę, że aż odechciewało się ćwiczyć. Tak było też i z fletem poprzecznym, który chociaż opanowałem nawet nieźle, to po roku z ulgą zrezygnowałem z nauki- głównie z powodu utraty zaangażowania pogłębianego coraz nowymi wymogami. Kiepskich miałem rodziców jako nauczycieli, mimo, że (o ironio!) oboje byli początkowo nauczycielami- ojciec wf’u, a matka języka polskiego.
Zupełnie bezużyteczny tusz do drukarki HP, oznakowany jako tri-color nr 28. Bezużyteczny, bo na obecnym laptopie zniszczyłem stosowną drukarkę HP deskjet 3420. Najpierw się ogólnie przyblokował toner, potem poszła tasiemka do jego przesuwania i skończyła się użyteczna historia przydatności drukareczki. Teraz trwa jej kurząca się epopeja... chyba najnudniejsza epopeja dziejów.

***



Czy Ty także masz takie miejsce? Pomyśl, zastanów się...

***



Nie lubię tego. Tej... weny. Jedna jedyna rzecz jaką robię przymusowo. Zawsze, wszystko co robię, robię z własnej woli, bo chcę. Nawet jeżeli muszę coś zrobić, nawet zdać do następnej klasy, jeżeli nie pojawi się chęć, trudno jest mówić o wykonaniu jakiejś czynności. Zaznaczam jednak- to nie jest zdrowe podejście. Powoli uczę się, że są rzeczy które trzeba zrobić. Im szybciej się tego nauczę tym lepiej chyba na tym wyjdę.
Na razie na trening poszła matura. „Zbrodnia i kara” jest w toku, w kolejce „Chłopi” i nadrobienie „Lalki”, mimo rozpoczętych „Konfliktów w pracy” oraz Biblii, a także gromadzących się zeszytów japońskiego i „Charakterów”. W planach było „Moje pierwsze samobójstwo” Pilcha oraz „Jak to powiedzieć” wraz z „Jak prowadzić trudne rozmowy” oraz „Pamięcią autobiograficzną”... plany mogę mnożyć bez końca!
Tak wiele planów, tak mało czasu... No bo to już tylko ile? Dziewięć miesięcy? Po raz pierwszy chyba rzeczywiście się boję o moją pewną określoną przyszłość. To zupełnie inny strach od tego jaki do tej pory odczuwałem. Ten jest... skumulowany. Jest skumulowany wraz z ostatnimi 18-stoma latami mojego życia. Teraz wkraczam w zupełnie nowy obcy świat. Mam już znajomych, którzy się pożenili, powychodziły za mąż. Są też w moim życiu pierwsi pracujący jak i bezrobotni. Sam również myślę nad pracą teraz, jak i w przyszłości. Albo studenci. Jest też Magda, która nie daje mi spokoju każdego dnia, bo każdego dnia wracam do niej, do nas myślami. Pierwsza miłość jest najgorsza... ale i najwspanialsza. Pochłania człowieka, sprawia, że płonie. I jest mi z tym niewyobrażalnie wręcz wspaniale kiedy wiem, że jest na świecie prawdziwie szczęśliwa dzięki mnie kobieta, którą kocham (mimo, że, jak na złość, co chwila o to pyta :P), której oddałem swoje serce.

***



I to wszystko, świadomość czasu który przeminął i czasu, który nadejdzie, przytłacza mnie. Osobiście nazwałem to kryzysem wieku młodego, bo tak samo jak podczas kryzysu wieku średniego, podsumowałem to, co zdążyłem osiągnąć, to, gdzie byłem, to, kogo i co poznałem. To jak jestem postrzegany w domu, w szkole, w harcerstwie, w MDK’u czy gdziekolwiek indziej przez kogokolwiek innego. Ot takie podsumowanie minionego czasu.

***



Jak na złość nie chce mi się pisać o wakacjach. Przezabawne, doprawdy.

***



Zauważyłem, że nigdy nie czekam z wrzuceniem jakiejś notki. Ale to nigdy przenigdy w życiu. Tworzę na bieżąco. Lubię to.
Ot luźna dygresja.

***



Oj trzeba iść się wyspać...

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Kocham Cię, Madziu!
P.S. Dawno mnie tu nie było, więc nie odpowiadam za poziom notki :P. Zapewne nisko pójdzie, ale może udało mi się tym przełamać pewne półtoramiesięczne lody...