wtorek, 3 października 2006

Samoceona- jak najwyższa oraz (po napisaniu 75% notki) wina ludzkiego winowajcy

"PRZEDOSTAŁAŚ SIĘ W PARSZYWY CZAS
PRZEZ ULICE ZAKAŻONE BEZRADNOŚCIĄ DNI
PRZEZ KORYTARZ BETONOWYCH SPRAW
PEWNOŚĆ ŻE MY
MIMO WSZYSTKICH NIEPRZESPANYCH NOCY
MIMO PRAWDY PORZUCONEJ NA ROZSTAJACH DRÓG
POTRAFIMY W RZECZYWISTY SPOSÓB
ZNALEŹĆ SIĘ JUŻ

W DOMU BĘDZIE OGIEŃ
A DO DOMU PROSTE DROGI
WIODĄ SŁUSZNIE MOJE STOPY
NIE ZABRAKNIE MI SIŁ
CZAS POPLĄTAŁ KROKI
JEST ŁAGODNY I BEZTROSKI
MA ZIELONE KOCIE OCZY
TAK SAMO JAK TY

NAUCZYŁEM SIĘ UMIERAĆ W SOBIE
NAUCZYŁEM SIĘ UKRYWAĆ CAŁY STRACH
NIE DO WIARY ŻE TAK BARDZO PŁONĘ
NIE DO WIARY ŻE ROZUMIEM KAŻDY ZNAK

ZAPOMNIAŁEM ŻE OD KILKU LAT
WSZYSCY GINĄ JAKBY NIGDY ICH NIE MIAŁO BYĆ
W STU TYSIĄCACH JEDNAKOWYCH MIAST
GINĄ JAK PSY
DOBRE NIEBO KIEDY WSZYSCY ŚPIĄ
POCHLIPUJE MODLITWAMI NIESTRUDZONYCH UST
TYLKO BŁAGAM NIE ZAŁAMUJ RĄK
CHRONI NAS BÓG

JA MÓGŁBYM TYLE SŁÓW UTOCZYĆ
KRĄGŁYCH I BEZTROSKICH
ZE SŁONEGO CIASTA ZMIERZCHÓW
JEŚLI ZECHCESZ JE ZNAĆ
WZROK PRZEKROCZYŁ LINIĘ
HORYZONTU ABY ZGINĄĆ
A TY PRZY MNIE ŚPISZ I ŻYJESZ
NIEODLEGŁA W SNACH

NAUCZYŁEM SIĘ...
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
CZEKAM"

Zadziwiający tekst autorstwa Comy. Zadziwiający jest dla mnie również fakt wylosowania się tegoż utworu w momencie, kiedy rozpoczynałem myślenie o spisaniu jakowejś notki. Na poziomie tych myśli, które człowiek ma zwyczaj snuć sam do siebie i jakkolwiek by się nie starał, to i tak ich nie przedstawi- na tym właśnie poziomie moje myśli się nie wykrystalizowały. Stało się tam dla mnie jasnym o czym będę pisać.
A jednak nie wiem. Zadziwiające, jak człowiek potrafi... być niezgodnym ze swoim ciałem. Nie rozumieć go, ignorować je, bądź go zwyczajnie nie dostrzegać.

***



Wczoraj do 23.30 miałem przeprawę z matką. Wiele mówiła jak zwykle. I jak zwykle wydawało jej się, że może ze mną rozmawiać tak, jakby mnie rozumiała. A ponownie nie rozumie nic.
Moja wina? Czy też jej? Od dłuższego czasu jedną z głównych rzeczy, nad jakimi zdarza mi się skupiać myśli, jest skłonność człowieka do poszukiwania winnego. Ukojenia nie daje nigdy jednak ani znalezienie winnego, gdyż z natury winy, trzeba ją przykładnie ukarać. Nie lepiej jest, gdy wina nie jest znajdowana. Lecz pojawia się tutaj jeszcze absurd- że wina zawsze musi być dziełem człowieka. Rousseau twierdził, że "człowiek jest z natury dobry". Thomas Hobbes stwierdził z kolei, że "czlowiek jest z natury egoistą". Janseniści poszli jeszcze dalej- mówili "człowiek jest z natury zły", podobnie zresztą Kalwin wraz ze swoją teorią predestynacji- "ludzie nie są potępieni dlatego, że grzeszą, ale grzeszą dlatego, że są potępieni".
CZłowieczeństwo wykształciło swój własny sposób na znajdowanie winnego poprzez utwierdzanie się w tym, że skłonność człowieka do szkodzenia w skali nie mogącej być zrekompensowanej przez czynione dobro jest w nim zbyt wysoka, aby można na podstawie prostego rachunku logicznego uznać człowieka za logicznie z całą pewnością złego i jako takiegoż- winowajcę. Na tym przecież również opiera się system prawny każdej społeczności- od Dekalogu, przez kodeksy prawne po plemienne uwarunkowania (a przynajmniej nie zdarzyło mi się trafić na relację społeczności, która by uważała odmiennie). Zawsze doszukujemy się winy w człowieku.
Od czasów w sumie oświecenia, pojawiła się skłonność wprowadzania czynników łagodzących naturalną winę człowieka. Ignacy Krasicki w utworze "Na króla" pisał:
"Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:
Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka"
I chociaż sam utwór w głównej mierze (w dośc demagogiczny swoją drogą sposób) skupia się na obronie króla Augusta Poniatowskiego, to jednak zapowiada postępowanie wyrafinowania w osądzaniu i poszukiwaniu winnego- zaczęto mówić o tym, że to nie człowiek, ale coś w człoeku czyni jego "wizerunek" złym, a raczej rzec by można "niewłaściwym".
Freud dał pole do popisu kolejnym wyrachowanym sposobom znalezienia winy w czlowieku- podstawy psychoanalizy i psychologii, jakie stworzył i jakie zostały rozwiniętę oraz jakie są rozwijane także i dzisiaj zmierzają w tym samym kierunku, co wszystkie inne myśli- że człowiek i tak jest winny. Niekoniecznie zawinił ten konkretny człowiek- może to był ktoś, kto wpłynął na winę tegoż człowieka, samemu sprowadzając na siebie winę?
Zabiegi, opisane pokrótce powyżej tj. w głównej mierze dostrzeganie nie tylko człowieka, ale i jego natury i psychiki, poszerzyły naturę człowieczeństwa, ale też sakzały ludzkość na zatracenie się w przekonaniu, że to w człowieku leży wina.

***



Dlaczego jednakże nie możemy my, rodzaj ludzki, spróbować dostrzegać i (co ważniejsze: akceptować) faktu, że wina jest na tyle abstrakcyjnym pojęciem, że wręcz nienamacalnym i niematerialnym, dziełem naszych własnych zamysłów, a więc tym samym (o ironio!) niepojętym dla niego. CZłowiek w swej bezradności stworzył jednak idealnie określający takie zjawisko przymiotnik- boski. Wina jest aktem boskim.

***



Przepraszam za chaotyczny sposób pisania, a właściwie, za brak z góry określonego tematu. Mimo wszystko, wynika z tego ostatecznie dość wiele i chyba nie na takim paskudnym poziomie. Pomyśleć, że miałem pisać o tym, że nie widzę w sobie powodu do winy dlatego, że wysoko oceniam swoje możliwości i że jedyne, do czego dążę, to... gra. Gra z losem, życiem, eksperymentowanie, próbowanie, znajdowanie plusów i minusów. Na obecną chwilę to mnie właśnie interesuję najbardziej. Chcę poznać granicę mojej wytrzymałości, ale nie na poziomie rozważań, domniemywań i teorii, ale w sposób doświadczalny. Mnie to po prostu sprawia trywialną frajdę. Tydzień temu, w środę, zwichnąłem bark. Bolało jak diabli, ale przynajmniej wiem, że nie jest możliwe, aby gość w przemieszczonymi wszystkimi stawami leżął nieruchomo i bez bólu, jak to było zaprezentowane w animce "Getbackers". Ten zwichnięty bark bardzo mile wspominam, bo był to chyba pierwszy faktyczny przypadek poznania jakiejś granicy, bowiem do tej pory jedynie nadwrężałem wyznaczone linie- nigdy ich ostatecznie nie przekroczyłem tak, aby nie było odwrotu bez kosztów.
Moja matka twierdzi, że życie nie jest wystarczająco długie. Nie rozumie, że dla mnie jest ono wystarczająco długie i że jeżeli chcę, to znajdę w każdej chwili dostatecznie wiele czasu, niż go tam powinno być.

***



Tak sobie ostatnio myślałem, że skoro tak wygląda moje podejście do życia, to przydałby mi się jakiś mecenas, nieprawdaż? Przynajmniej przez jakiś czas. Po prostu chciałbym się zająć... "tylko", tak, to odpowiednie słowo... tylko egzystencją własną i innych.

Czyja to wina?

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 20 sierpnia 2006

Oto moje przemyślenia. Z chwili życia wzięte, na pulpit przelane

Dużo sie działo. Oj dużo. Kto wie, czy nie za dużo? Dużo, ale mało, lecz za dużo, aby to objąć klawiaturową pamięcią. Mógłbym pisaćo np. o obozie, jaki przeżyłem w Bieszczadach. Mógłbym pisać o próbach naiwązania kontaktu z ojcem. Mógłbym, zamiast przeszłości, pisać o czasie teraźniejszym- o matce, o znajomych, o muzyce, która mi tym razem akompaniuje. Mógłbym znowuż wrócić szybkim temptem do przeszłości, zjednoczonej z teraźniejszością przez ogólne słowo zwane "anime"- o moich postępach w oglądania kolejnych serii- zaczynając od uhuhu lat temu Dragon Balla i tego co było na Siódemce, przez to, co obecnie oglądam u siebie na kompie- Hellsingu, GetBackersach, Onegai Twinsach, Berserku, Evangelionie, Azumandze... nie, tą oglądamy już od dwóch lat :D.
A może mógłbym napisać o postępach miłosnych? Na dobrą sprawę jednakże, nie byłoby o czym. Co najwyżej wymieniłbym to, co wpadło mi w oko, ale do czego nie starczyło mi... nie, nie odwagi, lecz... cierpliwości i... bo ja wiem? Zaangażowania? Nie. Prędzej- wyzbycia się obaw. I zaufania. Oj tak. Wyzbycia się obaw i zaufania. Tego właśnie mi potrzeba.
Ostatnio często czytuję różne artykuły o tematyce psychologicznej, głównie w miesięczniku "Charaktery". Nie wiedzieć czemu, nie jest w stanie pozbyć się wrażenia... lęku, że nie wiem dokąd moje życia zmierza. Po prostu nie wiem. Przyszłość jest dla mnie niewiadomą. O tyle mnie to przerażą, bo za dużo otym myślę, za dużo czytam, wiem. Wiem, a jednak ta wiedza prowadzi mnie donikąd. Czyli jednak jest to wiedza...
Boję się mojego związku, mojej przyszłości z tą, z którą zdecyduję się związać. To taki uświadomiony strach. Uświadomiony, bo wiem. Boję się, bo wiem.
Bo jestem synem ojca, który mnie odrzucił. Synem odrzuconym. Naukowo udowodniono, że osoby, które przeżyły rozwód rodziców, nie mają z tego powodu spokoju, jakkolwiek by tego nie maskowały. Można próbować to zmieniać- i to się udaje. Można też nie próbować... albo spróbować i ponieść... klęskę? Nie, raczej dopuścić do niepowodzenia. A może po prostu doprowadzić do tegoż niepowodzenia. Lub rzeczywiście uwierzyć w nieomylność losu. W jego niezaprzeczalność.
Zresztą, czym jest los? Efektem ludzkich dążeń do wyjaśniania niewyjaśnionego. Już nawet, kiedy nazwało się losem jakiegoś boga, od razu było to łatwiej ogarnąć. Potem przyszły filozofie, następnie oświecające religie i oświecajace filozofie, następnie matematyczna rachuba, logika i precyzyjność. A potem cisza. A w ciszy zaczęto słyszeć głosy- znajome. Echa przeszłości- oto czym są owe "głosy". Dopóki to wszystko miało swoją kolejność, porządek, hierarchię, dopóty nie było problemów. Ale problemy pojawiają sie w ciszy. Wtedy wszystko chce wypełnić tę zaciszną lukę swoją obecnością- wszystko zwala się w jednej chwili, zaś mózg ledwo jest w stanie to ogarnąć. Na nasze nieszczęście, wychwyca to, czego byśmy nigdy sami nie wychwycili. Z punkty widzenia matematyki- to jedno z alternatywnych zdarzeń, wniosków. Z punkty widzenia człowieka- to koszmar. Wiesz i nagle nie wiesz. Nie wiesz i nagle wiesz. Horror.
Boję się mojej przyszłości. To, co się wydarzyło, odciśnie swoje piętno. Ta wiedza mnie przeraża. Nie chcę tego. Czy dane mi będzie zagrać z Losem partię? Czy uda mi się zapobiec moim obawom, czy też może Los przekaże mnie w ręcę Fatum?
Tej partii się boję. Boję się. Nikomu tego nie mówiłem, ale czuję, że... trzeba to spisać. Jakoś samo wyszło. Przepraszam, jeśli przyzwyczailiście się do innego stylu pisania. Jestem tylko biedym człowiekiem, bliskim paniki i wyrażającym to w słowach. Nikim mniej i nikim więcej.

***



W swoim czasie śmiałem się z ludzi, którzy w taki sposób pisali swoje notki. Pamiętam, jak przeglądałem te blogi. Wiem jednakże następującą rzecz- z wielu z nich wciąż będę mógł się śmiać, bo jestem przekonany, że osoby takie wciąż boją się szczerości- szczerej rozprawy z sobą samym. To, co je trapi, je przeraża najbardziej. A przecież to tylko myśli. Skłębione... chowane... raczej akumulowane. Teraz już karmione i żyjące własnym życiem, kosztem prawy w umysłach tych ludzi, których coś rzeczywiście dręczy.

***



Mogłem napisać o innej sprawie, innych rzeczach, odrębnych myślach. Mogłem w odmienny sposób przyjąć tą notkę. Ale byłem ona chwilą impulsu, który się stał. Mogłem napisać o moich planach podróży po Polsce, aby kupować sobie w miastach Polski jakieś rzeczy codziennego użytku. Mogłem napisać o projekcie gierki, jaki tworzę wespół z kilkoma moimi kolegami i naszym wychowawcą-informatykiem. Mogłem napisać o tym jak boję się wracać do domu, przepełnionego moją matką i złymi wspomnieniami z nią związanymi- matką, którą przecież kocham. Mogłem. Lecz pod wpływem tegoż impulsu, zobaczyłem, co mnie gryzie. Możliwe, że to nie będzie jedyna taka notka- kto wie.

***



Za dużo w mym życiu chaosu. Czas na zmiany? Nie. Nigdy nie byłem zwolennikiem takich gwałtownych, nagłych zmian własnego ja- to wbrew życiu, które trwa, a nie urywa się i przechodzi do kolejnego punktu, jak gdyby przeszłość nie trwała. Zmiany nadejdą. Jakie- nie wiem. Tych się jednak nie boję- wiążę z nimi nadzieję, nie obawy. Niekoniecznie będą to zmiany w moim sposobie bytowania. To chyba jedyna część tej gry z losem, jaka mi się podoba- zmiany.

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 3 kwietnia 2006

Uduchowiona dusza... uduchowiona notka... rocznicowa notka

Tym razem bez zbędnego rozwodzenia się nad sobą :).
Dzisiaj miałem ogólnie rzecz ujmując bardzo wesoły dzień i zarazem pełen niespodzianek dzień. Zaczęło się niewinnie od sprawdzianu z informatyki z HTML'a. Po tymże sprawdzianie dowiedziałem się o klasówce w biologii którą podejrzewałem o nastąpienie dopiero ok. piątku. Ale jakoś to było- w w sobotę nad tym poślęczałem, potem na kolejnych lekcjach też się pozerkało i jakoś to ostatecznie było. Na fizyce zaś wpadłem w trans śmiechu wewnętrznego na widok tych wszystkich śmiesznych cyferek, definicji i wzorów jakie nam zafundowała babka podczas kartkówki :D. Bardziej się śmiał kolega z ławki z którym miałem przyjemność przypadkiem siedzieć (za co mu się dostawało co chwila nawiasem mówiąc).

***



Lecz nie to jest celem tejże notki.

***



Trudno mi było dopasować muzykę do mojego pobytu w domu. Najpierw puściłem soundtrack z World of Warcraft- czułem się przy nim bardzo dziwnie. Niepokój narastał we mnie, chodć miałem na celu jego likwidację.
Bo dzisiaj właśnie zdałem sobie sprawę z tego jak istotną sferą życia człowieka jest sfera duchowa jej zaspokajanie, ale jednocześnie ekspozycja.
Myśli tłoczą się w mojej biednej głowie, lecz mam nadzieję że jakoś to będzie. Z Metalliką w tle łatwiej jest to ogarnąć, lecz trudniej się pisze. Świadomość prawdy życiowej mówiącej o duchowości jednak nie pozwala mi przestać.
Otóż to. Człowiek odczuwa potrzebę ciągłego zaspokajania swej duszy. Nie może zwyczajnie zaakceptować samotności, chociażby się bardzo chciało. Muszę powiedzieć, że był czas kiedy żyłem jako odludek, udający osamotnionego z powodu niezrozumienia mojej osoby przez wszechświat szeroko pojęty. Dzisiaj żyję w podobny sposób, lecz wtedy nie dostrzegałem potrzeb swojej duszy, mimo, iż to sobie usilnie wmawiałem. Ale oszukiwanie samego siebie należy do efektów ubocznych hipokryzji cywilizacji (o której już kiedyś pisałem), więc nie jest to bynajmniej dziwne z mojej strony.
Prędzej dziwnym należałoby nazwać to, że chyba wreszcie dojrzałem duchowo do bycia z kimś. Przestałem na całe szczęście myśleć zachodnimi stereotypami- byleby tylko do pierwszego seksu i wyzbycia się dziewictwa, a potem... na co komu plany na potem?
Nie.
Mimo, iż wcześniej już zakładałem dłuższy związek (naturalnie, dłuższy jak na mój wiek) jeśli już miałbym się z kimś wiązać, to wciąż nie mogłem wyzbyć się tego sposobu myślenia. Teraz nareszcie mi się to udało. Teraz wiem, że chciałbym z kimś zwyczajnie przebywać i mieć świadomość, że tej osobie jest ze mną dobrzei i że w każdej chwili mogę w niej szukać wsparcia, a ona zaś może znaleźć wsparie we mnie. Tylko po to, żeby zwyczajnie być razem.

***



Do nawału tych przemian i wniosków doszło podczas rozmowy z moimi dwoma przyjaciółkami, w parku, pod bardzo zniekształconym drzewem. Ich zdaniem, drzewo to jest przepełnione jakimś żalem, smutkiem, może rozpaczą... Osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu rzeczy, lecz ich słowa poruszyły mnie, moją wyobraźnię i mój umysł do niezwykłych wniosków. Z niecierpliwością oczekuję nocy- ciekawość nie pozwala mi dłużej oczekiwać i zobaczyć co takiego może mi się przydarzyć w snach. O ile coś się wydarzy. Lecz... kto wie? Pośpimy, zobaczymy.

***



Sądziłem że z długością notki będzie o wiele gorzej (naczy się do słów jakie w tej chwili czytacie doszlibyście kilka minut później :P). Wyszło dość znośnie i przyzwoicie jak na moje możliwosci.
Ostatnią kwestią jaką poruszę w tej notce jest nieco opóźniona rocznica :). Blog istnieje od 1 kwietnia 2005 roku i nie sądziłem przez jakiś czas, że coś z niego będzie, lecz na całe szczęście stał sie dla mnie miejscem, gdzie od czau do czasu mogę swobodnie wyrzucić z siebie to co mnie dręczy. Blogowi tym samym dziękuję za współpracę i mam nadzieję, że nie będzie to moja ostatnia notka :).

Pozdrawiam
krogulczas

wtorek, 7 marca 2006

Dzień... dni...

Odkurzyć trzeba ;).

Znowu Metallica w glośnikach wita... chyba ona mnie tak nastraja do pisania :). A muszę powiedzieć, że playlista wydłużyła się od ostatniej notki prawie dwukrotnie- obecnie liczy 41 godzin 16 minut i 35 sekund :). Wszelkie klasyczny metal i nieco progressive, power, czasem nu, trash... w cholerę tego :D.

***



Ta notka jest spowodowana jutrzejszym dniem kobiet. Jak w każde tradycyjne święto, nachodzą mnie jeszcze większe refleksje nad wszystkim dookoła. Wszystkim co się zdarzyło, wszystkim co się zdarza i co się moze wydarzyć. A wszystkiego tego jest bardzo wiele.
Z ciekawych wydarzeń z przeszłości mogę podać np.
-konflikt z główną kosą w szkole (sytuacja opanowana na moją korzyść ;))
-masę Wigilii (rodzinna, harcerska, klasowa) i równie sporo imprez (sylwester :D!).
-zimowiska w Istebnej- tam trzeba było być i tyle- i ludzie niewyjęci, i zajęcia wspaniałe... no i ukochane góry...
-etc. :P

Tak sobie myślę i myślę, lecz chyba sobie nic więcej dokłądnie nie przypomnę.

***



Zaś teraz coś, co zamieszczam w każdej notce. W tej jednak nie pokuszę się na nową refleksję, lecz na refleksję o... miłości i przyjaźni. Tym razem jest to jednak "przedruk" mojej dzisiejszej wypowiedzi z naszego szczepowego forum.

Pojęcie miłości pojawia się już w starożytnej Grecji i do dziś jest to uznawane za wzorzec. Grecy wyróżniali trzy główne rodzaje miłości:
-Eros, czyli miłość pełną namiętnosci.
-Ludus, który można nazwać "ciągłym flirtem".
-Storge, czyli właśnie miłość przyjacielską.
Więcej tutaj.
Dlaczego o tym pisze? Bo to właśnie dzięki Grekom zrozumiałem pojęcie miłości. Naturalnie, nie olśnili mnie samymi sobą, lecz zrobił to pisarz- Apulo Coelho, w swojej książce "Pielgrzym" gdzie są w pewnym momencie właśnie te rodzaje opisane. I to właśnie stamtąd, a nie od żadnych Francuzów, Niemców czy z amerykańskich filmów dowiedziałem się co to znaczy "miłość". Miałem doczynienia z setkami książek, ale ta zmieniła mnie najbardziej znacząco (zresztą jak cała twórczość Coelho do której do tej pory miałem dostęp- serdecznie polecam).

Wywiązał się jednak w konkretniejszy sposób temat "miłości osób płci przeciwnej". Prawda jest taka, że nie da sie tego zdefiniować- to moze być albo zwykła przyjaźń, albo próba wywiązania z tego związku, zakończona z kolei sukcesem (obiekt "pożądania" również nas kocha) bądź też porażką (osoba nas nie kocha do tego stopnia, aby żyć z nami w związku).
Naturalnie, można wziąć poprawkę na fakt, że nawet związek, zaczynający się namiętnie, kończy się przyjaźnią, okraszaną co pewien czas seksem bo jest to "nasz stały partner". Ale za bardzo odbiegłem od wypowiedzi.
Niekoniecznie zainteresowanie jakaś osobą musi oznaczać miłość. Prędzej dojdzie do zauroczenia pewnymi elementami piękna danej osoby. Ja np. jest zauroczony w dziesiątkach dziewczyn, lecz nie byłbym w stanie związać się z nimi na poważnie. Zwyczajnie dostrzegam ich piękno, czy to wewnętrzne (intelekt, mądrość, zaradność, serdeczność), czy zewnętrzne (włosy, nogi, piersi, nos, twarz, brwi). Najczęściej, kiedy nawiązuję kontakt z taką osobą, zauroczenie trwa, lecz jest ono modyfikowane i "redukowane", aż do poziomu zwykłej przyjaźni.
Bo nie musimy być serdeczni tylko wobec osób których pożądamy. Więcej- nie byłoby to możliwe. Byłaby to, na obecne standardy społeczne i psychiczne, anormalne! Wyobraźcie sobie, że jesteście przyjacielscy tylko wobec własnego "haremu", ale w większości przypadków członkinie "haremu" nie wiedziałyby, że się w nim znajdują. A co z innymi kobietami? Nie możemy sobie pozwolić na taką strategię, gdyż nie byłaby ona efektywna. Kobiety to (chcą nie chcąc ;)) też ludzie, a to oznacza, że również żyją w pewnej społeczności. W tejże społeczności zaś wymieniają sie opinią na temat innych osób, zarówno kobiet jak i facetów. Jeśli jakiś mężczyzna zdecydowałby się na taktykę "haremu" od razu zostałby zydskredytowany- osoba taka nie zapewniłaby dostatecznej opieki i ochrony dzieciom z takiego związku. I cały harem się sypie...
Dlatego też właśnie bardziej się opłaca być w zwykłej przyjaźni- zastanowić się poważnie czy rzeczywiscie osoba która "kochamy" nie zauroczyła nas swoimi wdziękami. Jeśli zrobiła z nami tylko tyle, warto sie zastanowić nad "uczłowieczeniem" tych wspaniałych cech jakie u owej osoby dostrzegliśmy i nie przemianowania tej znajomości na przyjaźń.

Rozpisałem się... ale taki był cel mojej wypowiedzi. Temat potraktowałem jako okazję do przedstawienia swoich poglądów w sposób możliwie przejrzysty i zwięzły zarazem.

***



No i tyle. Mam nadzieję, że doczekam się komentarzy nie tylko bloga, ale i notki :). I że nie będę musiał odkurzać tego bloga po raz kolejny...

poniedziałek, 12 grudnia 2005

List motywacyjny

Metallica "Garage Inc." i jedziemy...

List Motywacyjny



Oto od czego się zaczęła ta notka.
Wpisałem się, zgodnie z moją opinią, którą możecie poznać w księdze gości owej stronki.

***



Co poza tym? Oj dużo.
Dzisiaj np. dowiedziałem się, że mamy klasówke z fizyki. Po raz pierwszy w tak krótkim okresie czasu (t= 20 minut) przyswoiłem tyle fizyki (w= 3 rozdziały, gdzie w to wiedza). Naturalnie teorię zawaliłem, ale praktykę udało mi sie jakoś wyrobić. Wyrobić na dostateczny mam nadzieję.

***

Czy ktoś, kto jest ateista, ma obowiązek walki z Kościołem?


Drobna refleksja nad słowami z naszego forum klasowego, na którym zresztą adminuję goscinnie :).
Słowa te dotyczą faktu, że pewien user domaga sie ode mnie jednoznacznej deklaracji- czy jestem ateistą czy katolikiem, bowiem skrytykowałem go w pewnej kwestii, która sprowadziła sie do obrony mienia Kościoła i wierzących.
Co w takim razie należy rozumieć przez ateizm? Deklarację walki o swoje prawa, które i tak już mam zagwarantowane? Likwidacja instytucji, która stanowi filar sfery duchowej milionów ludzi? Nie wydaję mi się.

***

Artykuł do gazetki


Właśnie zabieram się za protoplasta protoplastowej gazetki szkolnej. Zobaczymy jak zostanie odebrana wolność słowa, jakiej mam zamiar się dopuścić. Temat może nie zbyt górnolotny, bo felieton o próbnej ewakuacji jaka miała miejsce jakiś czas temu w szkole, ale planuję sobie pojechać po tym. Jak to wyjdzie...

Zobaczymy ;).

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 5 grudnia 2005

Wskrzeszenie (bo "reaktywacja" oklepana)

Dawno nie pisałem. Całkiem dawno. I rzeczywiscie trochę za długo ta notka o śmierci stoi. Czas to zmienić- przyanjmniej na razie.

A co ze mną? Many novi, a jednocześnie nihil novi. Do liceum rzeczywiście się dostałem, mam świetną klasę, z ktorą w większości udało mi się zżyć (no, może poza kilkoma kolizjami). Nauczycieli również mam w porządku, chociaż jak to nauczyciele- upierdliwi na swoim punkcie w niektórych sytuacjach. Na szczęście nie wszyscy, chociaż z nawiązką rekompensuje mi ich polonistak- Great 3vll Bocian a.k.a. Kledator vel Klekosia Klekowska o imieniu Regina. Długo by wymieniać co o niej myślę, a byłoby to całkiem jałowe. Główni dlatego, że po prostu bym sobie ponarzekał, nie mając z tego żadnej korzyści- jedynie potęgowałbym swoją "niechęć" wobec niej.

***



Kilka przemyśleń, coby utrzymać się w formie

Ostatnio miałem pewną nieprzyjemną sytuację, natury higieny osobistej, ale że nikt nie miał "serca" mi tego powiedzieć. W tymże czasie zrodziło się we mnie kilka myśli.
A mianowicie- czy cywilizacja jest zbudowana na obłudzie?
Cywilizacja postępuje wraz z rozwojem. A co się obecnie najlepiej rozwija? Dzieki czemu dochodzimy coraz dalej? Dzięki kłamstwu. Kłamstwo pozwala nam wymigać sie od rozmowy, ułatwia zyskanie w oczach jakiejś osoby, kiedy nie chcemy jej mówić dlaczego śmierdzimy papierosami. Pozwala kobiecie zdobyc prace, kiedy mówi, "Nie, w najbliższym czasie nie planuję ciąży" bo taka jest jedyna odpowiedź. Aby iść dalej- musimy kłamać. A kiedy idziemy dalej- postępuje cywilizacja.
Naturalnie, objawia się to w coraz bardziej wyszukany sposób. Język staje się bardziej wyrafinowany, pojawia się wiele określeń łagodzących, a nowe powstają na każdym kroku.
Niegdyś, niewinne kłamstewka pozwalały otrzymać doczesne szczęście. Teraz staramy się to szczęście zagwarantować nie tylko sobie, ale także innym ludziom. I tak z cywilizacji rodzi się obłuda- kłamstwo mające na celu nieskrzywdzenie potępianej osoby.
Wreszcie- wielokrotnie spotykamy sie z określeniami ludów tzw. barbarzyńskich- "był to lud prosty, niecywilizowany, ale jednocześnie niezdolny do kłamstwa". rozwój cywilizacji wymusił na nich rozwój sztuki okłamywania.
Czy to dobrze? Tak. Głównie dlatego, że nie mamy żadnej alternatywy pod postacią innego świata, innego wychowania, innej cywilizacji. Trzeba sie pogodzić z tym, co los nam dał. Lecz jednocześnie należy pamietać, ż chociaż przez życie nie przejdzie się bez zranienia innej osoby, to można dążyć do skrzywdzenia możliwie małej liczby osób.

***



Potrzebowałem takiego wypisania się. Naprawdę tego potrzebowałem. Rzadko kiedy mam zwyczajnie okazje porozmawiać z kimś na tego typu tematy, w których byłbym w stanie przekazać swoje przemyślenia.
Zabawne... bo mam wielu znajomych, ale z nikim nie jestem w stanie wdać się w tego typu dyskusję. Pewnie będzie to powód do kolejnych rozważań, ale... nie w tej notce. W tej już tego starczy.

***


Cholera! A jednak mnie kusi :P.
Ale nie o przemyśleniach, ale o sensie blogów. Po co one istnieją? Żeby sfrustrowane nastolatki miały się na czym wyżyć? Żeby "mUc KoFFanie pishaCZ? Na co to?
To chyba po prostu próba zwrócenia na siebie uwagi. Czasem desperacka, czasem ze zwykłej mody na blogi, bo taka swego czasu opanowała Polskę, a czasem po prostu chęć zaprezentowania swoich poglądów, bo nikt nie chce z Tobą rozmawiać na dane tematy. I chyba właśnie takie będzie przeznaczenie tego bloga- zamieszczać przemyślenia wszelkiego typu, niekoniecznie w tak pseudo-pseudo-pseudo-naukowej formie na tak górnolotne tematy.

Pozdrawiam
krogulczas