Tak tylko do informacji szeroko pojętej publiki podaję, że dzisiaj, cztery godziny temu, minęła druga rocznica istnienia http://krogulczas.blog.pl.
To chyba nieźle?
Pryz okazji jest to już 30-ta notka mojego autorstwa. Sam się zdziwiłem jak się to ładnie ułożyło ;).
***
Drugą rocznicę, o wiele ważniejszą, przeżywają moje okulary. Aby być szczerym- nie wiem kiedy dokładnieta rocznica miałaby przypadać, ale jakoś w tym obecnym czasie przełomu marca i kwietnia. Spisywały się nieźle, ale pod koniec 2006 zaczęły odmawiać posłuszeństwa, lub (bardziej) moje oczy chyba zdecydowały się na konkretniejszą ewolucję.
Obecnie mam nowe oprawki, zupełnie inne od poprzednich. Szkła też mi się niby zmieniły, ale nie pamiętam dokładnie w jaki sposób.
***
Problem jest taki, że od wczoraj próbuję znaleźć konsensus między wygodą a widocznością. Do tej pory bez rezultatów, ale...
Chyba udało mi się wycwanić.
***
Skopiowałem układ nosków z poprzednich okularów. Lewy płatek pod kątem ok. 60 stopni, prawy ok. 75 stopni. Do tego niezbędne poprawki odnośnie samych zauszników i jakoś to działa.
***
Wprowadziłem właśnie kolejne poprawki w zausznikach. Dość zajmujące zajęcie- możecie mi wierzyć na słowo.
***
W przyszłym tygodniu czas na pobycie na salonach. Wyjeżdżam do domu Zanussiego aby wziąć udział w warsztatach związanych z aktorstwem, reżyserią, filmem, ogólnie- fachem artystycznym. Prościutko do Warszawy. I to wszystko dzięki jednej wygranej etiudzie. "Budka" rzeczywiście musiała być dobra, bowiem codziennie spotykam przynajmniej jedną osobę, która pyta się mnie albo o to o co chodziło w filmie, albo że podobała się jej jakaś rola...
***
"Ambasada Pictures", czyli nasza "wytwórnia" filmowa rozpoczyna prace pełną parą. Plany są szerokie, każdy wziął na barki jakąś partię produkcji- reżyseria, montaż, operatorstwo kamery, scenariusze, kierownictwo planu, rekwizyty&sprzęt na plan i scenografia. Trzy ostatnie przypadły mnie, z głównym akcentem na sprzęt potrzebny na planie. Jako "człowiek-znajomości" spokojnie wyrabiam i będę wyrabiał normę. Przed nami wiele projektów pracy, ale damy radę. Już ja o to zadbam abyśmy trzymali się terminów :P.
***
Może nie odkryję tym stwierdzeniem Ameryki, ale czuję, że wiosna idzie. To się po prostu czuje. Czuję, że wstępują we mnie nowe siły. Czuję, że chcę, aby we mnie wstępowały. Skrupulatnie będę pilnował nowych wizji wykorzystania siebie, otaczającego mnie świata i czasu. "Być zajętym to za mało. Rzecz w tym czym jesteś zajęty." jak trafnie zauważył Henry David Thoreau.
***
Rozpisałem się w ostatnim czasie. Ale to chyba nie świadczy o mnie źle. Za niedługo i tak to wszystko polegnie, więc nie ma się czym martwić :P. Ciekawie by było jednak mieć na tyle niestabilne życie, że raz, dwa w tygodniu możnaby zmieniać poglądy o całym świecie... i zamieszczać z tego tytułu notkę.
Zobaczymy co da się zrobić...
***
Warzucanie tekstu ciekawej piosenki na koniec notki. Chyba będzie z tego nowa tradycja.
Tym razem nastąpiło skojarzenie z wytwórniami wielkich hitów kasowych (w tym kinowych).
REPUBLIKA- MAMONA
Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknie,
Ale chcę, by było to wyłącznie dla mamony.
Ani słowa o miłości, o podłości, polityce
I o niczym innym, nic bez znaczeń dodatkowych.
Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.
Ile razy to słyszałem, że ktoś kocha, nie wierzyłem,
Bo jak wierzyć w to, gdy ktoś dla mamony.
Ta piosenka jest prawdziwa, ja tu śpiewam, w przekonaniu,
Że nic nie przeżywam, tylko muszę coś zarobić.
Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.
Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy !
Nie traktuję cię jak głupca, ja zakładam, że ty słuchasz
I że widzisz to, ja dzisiaj piszę dla mamony.
Tak, jak żadna prostytutka nie całuje nigdy w usta
Tak ja odpuszczam sobie wszystkie moje strofy.
Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.
Ta piosenka...
Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.
Ta piosenka...
Pozdrawiam
krogulczas
niedziela, 1 kwietnia 2007
środa, 28 marca 2007
Spętanie?
Muszę pisać. Nie wiem czemu, ale coś mnie dopadło. W głośnikach leci intensywnie "Three days grace", album "OneX". Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego.
Ale czy to ważne?
Przyczyna nie jest istotna, ważny jest początek, rozwój, koniec i wnioski.
Spojrzałem właśnie na pewną notatkę, sporządzoną 27.02.2007. Wtedy to mnie dopiero dopadło załamanie, łuhu! W stylu tych porządnych, że za chwilę będziesz miał ochotę... usiąść w rogu pokoju, bo to najlepsze co chcesz zrobić. Zabawne, jak się człowiek sobie potrafi przyjrzeć z perspektywy czasu. Dopadła mnie wtedy doprawdy zadziwiająca ilość poczucia beznadziejności.
Powstała nawet liryka...
Improwizacja erotyczna
Zaplanowałem inwazję
Nieplanowaną, lecz Zaimprowizowaną
Poszukując miłości, straciłem miłość
Wyznaczając cel, straciłem cel
Cel był prosty, a było nim szczęście
Nie za długie, za krótkie też nie
Szczęście
A spotkałem jedynie jego brak
Odcisnęło się na mnie,
jak na dnie wrak
Jestem bardziej wrakiem?
Czy bardziej dnem?
Dzień dzisiejszy przeklinam
Bo kocham cię.
A kim jesteś?
Sam nie podjąłem decyzji.
Zalecana jest śmiałość, a tej
U mnie brak
Niezły ze mnie wrak
Uczepiłem się jednej myśli
I wokół niej krążę
A może to myśl krąży?
Spokoju nie daje
Jak plamki światła na tafli jeziora
Niby nic nie robią samej powierzchni
Zwyczajnie podążają fizycznym prawem
Odbicia, załamania i czego tam Bóg zachciał
Fizyczny też jak widać wrak
I nagle pustka...
Czystość, brak myśli
Skojarzeń
Wyobrażeń
Wyrażeń
Wydarzeń
Marzeń
Problemem nie jest co i jak
Ale jak i co
Jak odnaleźć jedność?
Jak odnaleźć doskonałość?
Pogoń
Carpe diem, bo uciekniesz
Ale na nic nie ma już ochoty
Tylko jawna potrzeba
Czy więc jeśli nie mogę realizować
siebie
To czy czuję bezpieczeństwo?
Ciekaw jestem co by powiedział
Szukaj miłości
Czekaj na nią
Ja czekam aż odszukam.
Zasadniczo nadal nie obrałem tematu. Dostrzegam jednakże fakt, iż jest on wymagany. W końcu, jak można pisać bez tematu? Miałbym się czuć jak anioł bez skrzydeł? Jak Kain bez brata? To ostatnie akurat dość kiepsko wypada- fakt. Lecz z jakiego powodu? Niby powodu możnaby wręcz rzec.
Taki Kain miał przecież święty spokój. No, może nie święty... prędzej miał święty niespokój. Albo nieświęty spokój. Przeklęty dość delikatnie, a zdecydowanie.
Gdyby spojrzeć na niego z perspektywy motywu, zapewne coś by się wykrystalizowało. Lecz na co? Wątki nie zawsze mają koniec. Zasadniczo- nigdy go nie mają. Taka historia jak już raz się zacznie to dać spokoju nie chce- zapętli się, epiloguje szybciej niż rodzą się króliki.
O, ostatnia piosenka. "OneX" właśnie. Przeleciałem właściwie pobieżnie przez całość i tylko "Pain" przykuło moją uwagę. Za chwilę znowu poleci.
Wracając. Tematyczność motywów jest dość ściśle ograniczona. Na obecną chwilę trudno będzie dokonać jakiegokolwiek nowego odkrycia. Właściwie, zawsze było trudno go dokonać- nam, znającym dane technologie, kultury, filozofie wydają się one oczywiste. Obecnie następuje intensywna eksploatacja tego, co już zostało stworzone. Jedynym nowym nurtem w poszukiwaniu nowości jest (ha! ha!) odkrywanie przeszłości, dokopywanie się do najstarszych korzeni. Powielenie sprawdzonego, ale podane w nowej panierce. Stworzenie czegoś nowego jest już możliwe tylko absurdalnością. Czyżby Homo Absurdus był w drodze?
Prędzej chyba Krogulus Absurdus znowu się zagalopował.
Oho.
Jest.
Zalecane uważne patrzenie.
Powtórek nie będzie.
Za chwilę zakończę tę notkę. Ciekaw jestem, co takiego w niej zawarłem. Tak właściwie, to w tej chwili śmieje się w sobie, bo mam poczucie spełnienia. Nie stworzyłem niczego. Poćwiczyłem palce- fakt. Miło było je rozprostować.
Czy ktoś czuje się w tym momencie wykorzystany? Czy ktoś nazwałby mnie w tym momencie egoistą? Szaleńcem? Paranoikiem? Dupkiem? Gówniarzem?
Bo naprawdę sobie palce przyjemnie rozprostowałem.
Pewnie znajdą się i tacy. Lecz przez życie przejdę raniąc jak najmniejszą ilość ludzi. Gorzej, że otaczają mnie masochiści XD.
Jakkolwiek, ludzie mają zadziwiającą tendencję do komplikowania sobie życia. Pisałem już o tym, ale zaręczam- nadal wprawia mnie to w zdumienie. Kiedy czasami patrzę na poszczególne sytuacje z boku, z perspektywy widza, perspektywy Boga- kogoś tak dalece oddalonego i pozbawionego uprzedzeń... Z czystym spojrzeniem kogoś, kto nie ma ochoty się angażować, dopóki nie uzna, że jest to właściwe. Bo kiedy patrzę w ten sposób nie tylko na innych, ale i na siebie, to doprawdy w głowie mi się to wszystko nie mieści. Pozostaje mi jedynie śmiać się w sobie, najlepiej z siebie i własnej głupoty. Bo czyż jest coś głupszego od Boga? Od bycia nim? Móc widzieć wszystko i nie reagować, mimo mocy Słowa?
Aż mi się wierzyć nie chce w to wszystko. Aż mi się wierzyć nie chce w to co mówię. Aż mi się wierzyć nie chce w siebie. Pogańskie korzenie się chyba odzywają.
Czuję się spętany. Własną głupotą. Własną boskością. Własnym śmiechem. Własną pogardą do samego siebie. Ale śmieję się, bo... dlaczego nie?
Jako akcent kończący podam może ów wspomniany słynny "Pain". Oto w co w pewnym momencie się zamieniam. A śmiech jest najlepszym znieczuleniem.
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
You're sick of feeling numb
You're not the only one
I'll take you by the hand
And I'll show you a world that you can understand
This life is filled with hurt
When happiness doesn't work
Trust me and take my hand
When the lights go out you will understand
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing
Rather feel pain
I know (I know I know I know I know)
That you're wounded
You know (You know you know you know you know)
That I'm here to save you
You know (You know you know you know)
I'm always here for you
I know (I know I know I know I know)
That you'll thank me later
Pain, without love
Pain, can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain
Pozdrawiam
krogulczas
Ale czy to ważne?
Przyczyna nie jest istotna, ważny jest początek, rozwój, koniec i wnioski.
Spojrzałem właśnie na pewną notatkę, sporządzoną 27.02.2007. Wtedy to mnie dopiero dopadło załamanie, łuhu! W stylu tych porządnych, że za chwilę będziesz miał ochotę... usiąść w rogu pokoju, bo to najlepsze co chcesz zrobić. Zabawne, jak się człowiek sobie potrafi przyjrzeć z perspektywy czasu. Dopadła mnie wtedy doprawdy zadziwiająca ilość poczucia beznadziejności.
***
Powstała nawet liryka...
Improwizacja erotyczna
Zaplanowałem inwazję
Nieplanowaną, lecz Zaimprowizowaną
Poszukując miłości, straciłem miłość
Wyznaczając cel, straciłem cel
Cel był prosty, a było nim szczęście
Nie za długie, za krótkie też nie
Szczęście
A spotkałem jedynie jego brak
Odcisnęło się na mnie,
jak na dnie wrak
Jestem bardziej wrakiem?
Czy bardziej dnem?
Dzień dzisiejszy przeklinam
Bo kocham cię.
A kim jesteś?
Sam nie podjąłem decyzji.
Zalecana jest śmiałość, a tej
U mnie brak
Niezły ze mnie wrak
Uczepiłem się jednej myśli
I wokół niej krążę
A może to myśl krąży?
Spokoju nie daje
Jak plamki światła na tafli jeziora
Niby nic nie robią samej powierzchni
Zwyczajnie podążają fizycznym prawem
Odbicia, załamania i czego tam Bóg zachciał
Fizyczny też jak widać wrak
I nagle pustka...
Czystość, brak myśli
Skojarzeń
Wyobrażeń
Wyrażeń
Wydarzeń
Marzeń
Problemem nie jest co i jak
Ale jak i co
Jak odnaleźć jedność?
Jak odnaleźć doskonałość?
Pogoń
Carpe diem, bo uciekniesz
Ale na nic nie ma już ochoty
Tylko jawna potrzeba
Czy więc jeśli nie mogę realizować
siebie
To czy czuję bezpieczeństwo?
Ciekaw jestem co by powiedział
Szukaj miłości
Czekaj na nią
Ja czekam aż odszukam.
***
Zasadniczo nadal nie obrałem tematu. Dostrzegam jednakże fakt, iż jest on wymagany. W końcu, jak można pisać bez tematu? Miałbym się czuć jak anioł bez skrzydeł? Jak Kain bez brata? To ostatnie akurat dość kiepsko wypada- fakt. Lecz z jakiego powodu? Niby powodu możnaby wręcz rzec.
Taki Kain miał przecież święty spokój. No, może nie święty... prędzej miał święty niespokój. Albo nieświęty spokój. Przeklęty dość delikatnie, a zdecydowanie.
Gdyby spojrzeć na niego z perspektywy motywu, zapewne coś by się wykrystalizowało. Lecz na co? Wątki nie zawsze mają koniec. Zasadniczo- nigdy go nie mają. Taka historia jak już raz się zacznie to dać spokoju nie chce- zapętli się, epiloguje szybciej niż rodzą się króliki.
***
O, ostatnia piosenka. "OneX" właśnie. Przeleciałem właściwie pobieżnie przez całość i tylko "Pain" przykuło moją uwagę. Za chwilę znowu poleci.
***
Wracając. Tematyczność motywów jest dość ściśle ograniczona. Na obecną chwilę trudno będzie dokonać jakiegokolwiek nowego odkrycia. Właściwie, zawsze było trudno go dokonać- nam, znającym dane technologie, kultury, filozofie wydają się one oczywiste. Obecnie następuje intensywna eksploatacja tego, co już zostało stworzone. Jedynym nowym nurtem w poszukiwaniu nowości jest (ha! ha!) odkrywanie przeszłości, dokopywanie się do najstarszych korzeni. Powielenie sprawdzonego, ale podane w nowej panierce. Stworzenie czegoś nowego jest już możliwe tylko absurdalnością. Czyżby Homo Absurdus był w drodze?
***
Prędzej chyba Krogulus Absurdus znowu się zagalopował.
***
Oho.
***
Jest.
***
Zalecane uważne patrzenie.
Powtórek nie będzie.
***
Za chwilę zakończę tę notkę. Ciekaw jestem, co takiego w niej zawarłem. Tak właściwie, to w tej chwili śmieje się w sobie, bo mam poczucie spełnienia. Nie stworzyłem niczego. Poćwiczyłem palce- fakt. Miło było je rozprostować.
***
Czy ktoś czuje się w tym momencie wykorzystany? Czy ktoś nazwałby mnie w tym momencie egoistą? Szaleńcem? Paranoikiem? Dupkiem? Gówniarzem?
Bo naprawdę sobie palce przyjemnie rozprostowałem.
Pewnie znajdą się i tacy. Lecz przez życie przejdę raniąc jak najmniejszą ilość ludzi. Gorzej, że otaczają mnie masochiści XD.
Jakkolwiek, ludzie mają zadziwiającą tendencję do komplikowania sobie życia. Pisałem już o tym, ale zaręczam- nadal wprawia mnie to w zdumienie. Kiedy czasami patrzę na poszczególne sytuacje z boku, z perspektywy widza, perspektywy Boga- kogoś tak dalece oddalonego i pozbawionego uprzedzeń... Z czystym spojrzeniem kogoś, kto nie ma ochoty się angażować, dopóki nie uzna, że jest to właściwe. Bo kiedy patrzę w ten sposób nie tylko na innych, ale i na siebie, to doprawdy w głowie mi się to wszystko nie mieści. Pozostaje mi jedynie śmiać się w sobie, najlepiej z siebie i własnej głupoty. Bo czyż jest coś głupszego od Boga? Od bycia nim? Móc widzieć wszystko i nie reagować, mimo mocy Słowa?
Aż mi się wierzyć nie chce w to wszystko. Aż mi się wierzyć nie chce w to co mówię. Aż mi się wierzyć nie chce w siebie. Pogańskie korzenie się chyba odzywają.
***
Czuję się spętany. Własną głupotą. Własną boskością. Własnym śmiechem. Własną pogardą do samego siebie. Ale śmieję się, bo... dlaczego nie?
***
Jako akcent kończący podam może ów wspomniany słynny "Pain". Oto w co w pewnym momencie się zamieniam. A śmiech jest najlepszym znieczuleniem.
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
You're sick of feeling numb
You're not the only one
I'll take you by the hand
And I'll show you a world that you can understand
This life is filled with hurt
When happiness doesn't work
Trust me and take my hand
When the lights go out you will understand
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing
Rather feel pain
I know (I know I know I know I know)
That you're wounded
You know (You know you know you know you know)
That I'm here to save you
You know (You know you know you know)
I'm always here for you
I know (I know I know I know I know)
That you'll thank me later
Pain, without love
Pain, can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain
Pozdrawiam
krogulczas
niedziela, 25 marca 2007
Regularność kolorów, nieregularność życia
Podsumowanie ostatniego czasu tj. czasu od ostatniej notki nie wypada zbyt... mało kolorowo. Tak, to dobrze odda sprawę. Wypada czarno niczym mrok, złoto niczym blask poranka. Złoty jest też rosół, jaki jadłem u dziadków wraz z ojcem, widząc go po raz pierwszy od spotkania wspomnianego z poprzedniej notce. Ten czas przypada jednakże prędzej pod kolorem harcerskiej zieleni, raz nawet fioletu klasowego. Pojawił się różnież ognisty czerwony kolor miłości Walentynek oraz jego intensywna, nagromadzona, może nawet i dojrzała odmiana, która dopadła mnie później. Była też biel bandaży i granat nowego temblaka dla wybitego barku. Nawet brąz objawił się w gitarze, a róż, którego w życiu bym do domu nie zaprosił, okazał się sztandarowym kolorem kursu języka japońskiego. Dostrzegłem również szarość wielkiego miasta stołecznego, zaledwie w ostatni weekend. Pomarańczowa jest okładka mojej książki pomocniczej do historii, do PO i do niemca, z których mam do środy mieć klasówki- dzień po dniu. Nie wpasował się jedynie WOS, ostentacyjnie błękitny, a z którego jest również jeden ze sprawdzianów- ten wypada w środę. Kolory lasu- zieleni, czerni i brązu, maskują nowy plecak, a komórka rozbrzmiewa innymi odmianami i odcieniami niebieskiego w zależności, czy ktoś dzwoni, czy ja dzwonię, czy przychodzi sms.
Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?
Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.
Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.
Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.
BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH
Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light
I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now
Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others
Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)
Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.
Pozdrawiam
krogulczas
***
Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?
***
Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.
***
Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.
***
Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.
BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH
Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light
I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now
Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others
Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)
Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
***
Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.
Pozdrawiam
krogulczas
poniedziałek, 25 grudnia 2006
Ojciec.
I znowu towarzyszy mi "Listopad" Comy... fatum.
Dzisiaj spotkałem się z ojcem. Ze względu na kiepskie poczucie czasu nie wiem, czy ostatni raz widziałem go rok temu, czy dwa lata temu, ale wydaje mi się, że raczej dwa lata temu. To było w Mikołajki, 6. grudnia. Tego jednego jestem wszakże pewien.
Już w okolicach maja zrodził mi się w głowie pomysł. Szatański iście pomysł.
Aby zjawić się w roli niespodziewanego gościa w Wigilię 2006 u dziadków. Chciałem tak zrobić, aby spotkać się nie tylko z nim, ale z całą rodzina od jego strony, pogodzić się z nimi... bo skłócony z nimi konkretnie byłem. Miałem nadzieję, że uda mi się odnowić kontakt z nimi.
Dziasiaj z nim spotkałem. Okazało się, że jestem od niego nieco wyższy. A może... to on zmalał. Nie wyglądał już tak dumnie i silnie jak wtedy, gdy odchodził. Był taki cichy i spokojny. Jeszcze bardziej łysy, niż kiedy go ostatnim razem widziałem. A to, co zostało, posiwiało już nieco miejscami.
Dostałem od niego prezent. Aby mnie ochraniał. Posążek anioła.
Chodziliśmy chwilę po parku. Głównie ja opowiadałem o sobie. O przeszłych zdarzeniach, a właściwie... wrażeniach z przeszłości. O teraźniejszej szkole. O przyszłych studiach na psychologii, w Szkocji. Po prostu rozmawialiśmy po przerwie. Takiej cholernie długiej przerwie.
Kiedy odchodziłem, uścisnął mnie i przytulił mocniej niż przy powitaniu. Zaś kiedy już się rozchodziliśmy, Wspólnie odwracaliśmy się cztery razy. Ja machałem jemu, on mnie, na zmianę. Byliśmy już daleko od siebie- jakieś 300 metrów, a wciąż do siebie machaliśmy.
Mógłbym tak całą wieczność, byleby z nim być.
Jutro też się spotkamy, tym razem u dziadków.
Czas nadrobić czas, który przeminął bezpowrotnie. Który został stracony.
Pozdrawiam
krogulczas
***
Dzisiaj spotkałem się z ojcem. Ze względu na kiepskie poczucie czasu nie wiem, czy ostatni raz widziałem go rok temu, czy dwa lata temu, ale wydaje mi się, że raczej dwa lata temu. To było w Mikołajki, 6. grudnia. Tego jednego jestem wszakże pewien.
***
Już w okolicach maja zrodził mi się w głowie pomysł. Szatański iście pomysł.
Aby zjawić się w roli niespodziewanego gościa w Wigilię 2006 u dziadków. Chciałem tak zrobić, aby spotkać się nie tylko z nim, ale z całą rodzina od jego strony, pogodzić się z nimi... bo skłócony z nimi konkretnie byłem. Miałem nadzieję, że uda mi się odnowić kontakt z nimi.
***
Dziasiaj z nim spotkałem. Okazało się, że jestem od niego nieco wyższy. A może... to on zmalał. Nie wyglądał już tak dumnie i silnie jak wtedy, gdy odchodził. Był taki cichy i spokojny. Jeszcze bardziej łysy, niż kiedy go ostatnim razem widziałem. A to, co zostało, posiwiało już nieco miejscami.
***
Dostałem od niego prezent. Aby mnie ochraniał. Posążek anioła.
***
Chodziliśmy chwilę po parku. Głównie ja opowiadałem o sobie. O przeszłych zdarzeniach, a właściwie... wrażeniach z przeszłości. O teraźniejszej szkole. O przyszłych studiach na psychologii, w Szkocji. Po prostu rozmawialiśmy po przerwie. Takiej cholernie długiej przerwie.
***
Kiedy odchodziłem, uścisnął mnie i przytulił mocniej niż przy powitaniu. Zaś kiedy już się rozchodziliśmy, Wspólnie odwracaliśmy się cztery razy. Ja machałem jemu, on mnie, na zmianę. Byliśmy już daleko od siebie- jakieś 300 metrów, a wciąż do siebie machaliśmy.
Mógłbym tak całą wieczność, byleby z nim być.
***
Jutro też się spotkamy, tym razem u dziadków.
***
Czas nadrobić czas, który przeminął bezpowrotnie. Który został stracony.
Pozdrawiam
krogulczas
sobota, 23 grudnia 2006
Odbiło mi
Wśród nocnej ciszy burk się rozchodzi
Wstańcie koledzy Szatan się rodzi
Czym prędzej się wybierajcie,
Do 4chana pośpieszajcie,
Przywitać Szatana.
Poszli, znaleźli Bureczka w żłobie,
Z wszystkimi gify, danymi sobie.
Jako Burkowi mu burknęli,
A witając zaburkali,
Z wielkiej wesołości.
Ach witaj, Kolego, z dawna requestowany
Tyle tysięcy lat searchowany!
Na Ciebie chihuahy, koledzy,
Czekali, a Tyś tej nocy
Nam się przyburkał.
I my czekamy na Ciebie, Burka.
A skoro przyjdziesz na głos szatana.
Padniemy na twarz przed Tobą,
Wierząc, żeś jest pod osłoną,
Firewalla i Szatana.
To tak słowem wstępu. Uznałem, że warto przekazać kilka kultowych w moim kręgu tekstów tj.
-szatan (wraz z wszelkimi formami od niego np. szatański, szatanić, szatanować. Jest odpowiedzą na wszystko, wszystkich i cokolwiek innego. Doskonale sprawdza się w warunkach bojowych, pokojowych, animowanych i matematycznych)
-burek (podobnie jak wyżej, np. burkaty, burkać, "My burecki są" )
-chihuahua (stosowane np. przy odpowiedzi na pytanie "Co z tego powstanie"- również na lekcjach :P)
-kolega (słowa na określenie rzeczy, przedmiotów, idei, postaci historycznych i teraźniejszych, w przeciwieństwie do np. szatana, bardzo bezpośrednio personifikuje i daje życie np. powieszonym owieczkom z nylonu)
-wesoły (stosowany jak pierwowzorowy przymiotnik, ale nie dajcie się zwieść).
Podsumowywałem ponownie ostatni rok. Nie myślcie jednak, że podam tutaj to wszystko. Nie chce mi się :P. Wiem jedno- zmieniło się tyle, że aż sobie z tego nie zdawałem sprawy. I dobrze mi z tym
Wesołych Świąt wszystkim!
Pozdrawiam
krogulczas
Wstańcie koledzy Szatan się rodzi
Czym prędzej się wybierajcie,
Do 4chana pośpieszajcie,
Przywitać Szatana.
Poszli, znaleźli Bureczka w żłobie,
Z wszystkimi gify, danymi sobie.
Jako Burkowi mu burknęli,
A witając zaburkali,
Z wielkiej wesołości.
Ach witaj, Kolego, z dawna requestowany
Tyle tysięcy lat searchowany!
Na Ciebie chihuahy, koledzy,
Czekali, a Tyś tej nocy
Nam się przyburkał.
I my czekamy na Ciebie, Burka.
A skoro przyjdziesz na głos szatana.
Padniemy na twarz przed Tobą,
Wierząc, żeś jest pod osłoną,
Firewalla i Szatana.
***
To tak słowem wstępu. Uznałem, że warto przekazać kilka kultowych w moim kręgu tekstów tj.
-szatan (wraz z wszelkimi formami od niego np. szatański, szatanić, szatanować. Jest odpowiedzą na wszystko, wszystkich i cokolwiek innego. Doskonale sprawdza się w warunkach bojowych, pokojowych, animowanych i matematycznych)
-burek (podobnie jak wyżej, np. burkaty, burkać, "My burecki są" )
-chihuahua (stosowane np. przy odpowiedzi na pytanie "Co z tego powstanie"- również na lekcjach :P)
-kolega (słowa na określenie rzeczy, przedmiotów, idei, postaci historycznych i teraźniejszych, w przeciwieństwie do np. szatana, bardzo bezpośrednio personifikuje i daje życie np. powieszonym owieczkom z nylonu)
-wesoły (stosowany jak pierwowzorowy przymiotnik, ale nie dajcie się zwieść).
***
Podsumowywałem ponownie ostatni rok. Nie myślcie jednak, że podam tutaj to wszystko. Nie chce mi się :P. Wiem jedno- zmieniło się tyle, że aż sobie z tego nie zdawałem sprawy. I dobrze mi z tym
***
Wesołych Świąt wszystkim!
Pozdrawiam
krogulczas
środa, 20 grudnia 2006
Znikanie.
Tradycyjnie. Ale... coś w nich do cholery jest. Coś, co zmusza mnie do notkowania.
COMA. LISTOPAD.
Pierwszy znak jakby z wnętrza wydobył się chmur
Bez tchu, bez sił, bez wiary - znak
Jakby ktoś mocno chciał mi przypomnieć
Że jest za kłębem brudnej pary porządek gwiazd
Całą noc nie mogłem spać
Amfetamina ma gorzki smak
Czuję że znów będe się bać
Mimo że ktoś daje mi znak
Mała Ty wiesz dławi mnie tlen
A każdy dzień wymyka się
Druga zero trzy nie ma dokąd iść
Jak mogłeś odejść stąd
wW taką nieludzką noc
Moja głowa chce, moja głowa znać
Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa
Jakiś powód
Na całe szęście wiem jak radę dać bez wiary i
Znalazałem wielu, którzy drogę pokazali mi
Przez całe życie na najwyższej pędzą fali
Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali
Czemu mnie zostawił?
Czemu się oddalił?
Musiałem znowu się schlać
Nie widać drogi we mgle
Listopad włazi do miast
Na dole dzieje się źle
Musiałem tulić brudne ciała suk
Musiałem stracić przezroczystość na którejś z tamtych dróg
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
Nocne płacze i modlitwy
Tyle razy próbowałem
Szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw
Tak mi przykro
O tak mi przykro
Chciałbym jeszcze raz
Od pewnego czasu zauważyłem, że nieustannie szukam przyczyn pewnych sytuacji. Dostrzegam właściwie wszystkie możliwe przyczyny, jakie mogą wpływać na taki a nie inny stan rzeczy. A dzięki ostatnim tygodniom nie tylko dostrzegam wszelkie problemy tego świata, ale również po kolei je rozwiązuje. Po kolei.
Dotychczas również rozwiązywałem problemy. Od wieku 14. lat towarzyszą mi moje własne słowa jako zasada życia: "Z przeszłości wyciągaj tylko wnioski".
Lecz wiedziałem, że naokoło mnie wciąż pozostanie nieskończona liczba problemów, których w życiu nie rozwiążę...
Do jasnej cholery, ja planowałem swoją przyszłość! Lecz to już nawet nie planowanie było... to było bezcelowe przewidywanie. Np. owo ciągłe rozwiązywanie problemów. Kiedy dojdę do kryzysu wieku średniego to będzie dla mnie praktycznie koniec mojego życia. Nie będę w stanie robić tego wszystkiego co mógłbym, a co byłem w stanie robić. Potencjalnie, rzecz jasna, lecz biorąc pod uwagę moją wesołą przeszłość i wariacje między ojcem a matką oraz mną pośrodku oraz epizody niezależnie z nimi związane... Ciekawie by się działo.
Ale przecież mam tylko te siedemnaście wiosen na karku. A w głowie mi wiek średni.
Nastąpiła zmiana taktyki. Większości rzeczy mówię bardzo dobitne "a pieprzyć". Nie dosłownie rzecz jasna- kto wie jakby się to mogło skonczyć dla moich bogu ducha winnych genitaliów.
Tak. Wracam do siebie. To, co mnie jednakże przeraża, to że przeklinam częściej niż dotychczas. Nie udało mi się zniżyć do poziomu wesołych kiboli, dla których "kurwa" robi za spację, ale i tak jest tego więcej niż zwykle. Średnio mi to się podoba, ale... jak od razu łatwiej eksponuję swoje zdanie i emocje ;). Np. takie "ja pierdolę..." podczas ataku śmiechu. Albo reakcja na szokującą nowinę "o kurwa... ja pierdolę". Cóż, rozpoczynam z dniem dzisiejszym samokontrolę i korekty. Trochę... za daleko to zaszło.
Jestem zadowolony z siebie. Jest zupełnie inaczej. A co najlepsze, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu ostatniego roku aż tyle się mogło mi przydarzyć. Totalnie nie poznaję siebie z każdym kolejnym dniem, mając za wzorzec wyjściowy- "Krogul dzień poprzedni". Jest to... zadziwiające. Dopiero z perspektywy czasu to zauważyłem. I muszę powiedzieć, że jest to... miłe uczucie. Poczucie zmian jakie mnie dosięgnęły.
Ile książek przeczytałem, ile filmów, ile serii anime obejrzałem.
Ile kłótni za sobą mam, ile nowych znajomości zawarłem...
Ile we mnie zmian zaszło. I to wciąż dla mnie mało.
Zacząłem pisywać wierszyki. Takie białe, zwykłe. Jak odczuwam potrzebę- otwieram z hukiem stosowny zeszycik i jazda. Wisława Szymbowska powiedziała niegdyś "Poetą się nie jest, poetą się bywa". I chyba to mnie właśnie dopadło.
Wiecie co jest ważne? Ukierunkowanie swojej energii, siły na wyznaczony cel. Wczoraj tego doświadczyłem. Dopadła mnie wena na zrobienie czegoś. No i wpadła mi do głowy realizacja mojego starego pomysłu- aby na zimowiskach szczepowych brać udział nie jako zwykły uczestnik, ale jako osoba tworząca i realizująca program. Po prostu mnie nosiło po domu. Zajrzałem do lodówki- nie. Kompa nie ma- nie wyżyję się na NPC'ach. Książki! I one zawiodły... Tylko filozoficzne rozprawy Kartezjusza, Pascala, Nietzschego, Hume'a lub Rousseau mi pozostały. A w chwili napięcia umysłu nie miałem ochoty go uspokajać. No to załatwiam sobie robotę- piszę program zajęć, które sam z przyjemnością poprowadzę. Zgłaszam istnienie zalążku odpowiedzialnym za program i wkręcam się w bycie programowcem.
Ah! Spełnienie! Rozkoszne uczucie. Realizowanie własnego planu- to jest to. Najwłaśniejszego jak tylko własnym może być.
Eksperymentuję z własnym stylem pisarskim. Eseje fajna sprawa, muszę stwierdzić. Kto wie co wyniknie z moich prac, narazie zamieszczanych na łamach mojego nic nie spodziewającego się zeszytu od polskiego...
...ale mi właśnie staw skoko-goleniowy strzelił :D...
Chcę podróżować. Cholera jasna, jak bardzo chciałbym zorganizować sobie fundusze na wyjazd w najbliższym czasie. Najchętniej do Krakowa. Bardzo lubię tam przebywać, może miałbym okazję poznać je lepiej np. zgubić się gdzieś w jego wesołych uliczkach. Bardzo chętnie bym się tam zgubił- adrenalinka jakich mało, zaręczam.
Więc narazie oczekuję ciebie przyszłości, przyszłości niepewny
Jak bardzo mi spać nie dasz, gdy wyjawisz mi nieoczekiwane sekrety
Pozdrawiam
krogulczas
COMA. LISTOPAD.
Pierwszy znak jakby z wnętrza wydobył się chmur
Bez tchu, bez sił, bez wiary - znak
Jakby ktoś mocno chciał mi przypomnieć
Że jest za kłębem brudnej pary porządek gwiazd
Całą noc nie mogłem spać
Amfetamina ma gorzki smak
Czuję że znów będe się bać
Mimo że ktoś daje mi znak
Mała Ty wiesz dławi mnie tlen
A każdy dzień wymyka się
Druga zero trzy nie ma dokąd iść
Jak mogłeś odejść stąd
wW taką nieludzką noc
Moja głowa chce, moja głowa znać
Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa
Jakiś powód
Na całe szęście wiem jak radę dać bez wiary i
Znalazałem wielu, którzy drogę pokazali mi
Przez całe życie na najwyższej pędzą fali
Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali
Czemu mnie zostawił?
Czemu się oddalił?
Musiałem znowu się schlać
Nie widać drogi we mgle
Listopad włazi do miast
Na dole dzieje się źle
Musiałem tulić brudne ciała suk
Musiałem stracić przezroczystość na którejś z tamtych dróg
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
Nocne płacze i modlitwy
Tyle razy próbowałem
Szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw
Tak mi przykro
O tak mi przykro
Chciałbym jeszcze raz
***
Od pewnego czasu zauważyłem, że nieustannie szukam przyczyn pewnych sytuacji. Dostrzegam właściwie wszystkie możliwe przyczyny, jakie mogą wpływać na taki a nie inny stan rzeczy. A dzięki ostatnim tygodniom nie tylko dostrzegam wszelkie problemy tego świata, ale również po kolei je rozwiązuje. Po kolei.
Dotychczas również rozwiązywałem problemy. Od wieku 14. lat towarzyszą mi moje własne słowa jako zasada życia: "Z przeszłości wyciągaj tylko wnioski".
Lecz wiedziałem, że naokoło mnie wciąż pozostanie nieskończona liczba problemów, których w życiu nie rozwiążę...
***
Do jasnej cholery, ja planowałem swoją przyszłość! Lecz to już nawet nie planowanie było... to było bezcelowe przewidywanie. Np. owo ciągłe rozwiązywanie problemów. Kiedy dojdę do kryzysu wieku średniego to będzie dla mnie praktycznie koniec mojego życia. Nie będę w stanie robić tego wszystkiego co mógłbym, a co byłem w stanie robić. Potencjalnie, rzecz jasna, lecz biorąc pod uwagę moją wesołą przeszłość i wariacje między ojcem a matką oraz mną pośrodku oraz epizody niezależnie z nimi związane... Ciekawie by się działo.
***
Ale przecież mam tylko te siedemnaście wiosen na karku. A w głowie mi wiek średni.
***
Nastąpiła zmiana taktyki. Większości rzeczy mówię bardzo dobitne "a pieprzyć". Nie dosłownie rzecz jasna- kto wie jakby się to mogło skonczyć dla moich bogu ducha winnych genitaliów.
***
Tak. Wracam do siebie. To, co mnie jednakże przeraża, to że przeklinam częściej niż dotychczas. Nie udało mi się zniżyć do poziomu wesołych kiboli, dla których "kurwa" robi za spację, ale i tak jest tego więcej niż zwykle. Średnio mi to się podoba, ale... jak od razu łatwiej eksponuję swoje zdanie i emocje ;). Np. takie "ja pierdolę..." podczas ataku śmiechu. Albo reakcja na szokującą nowinę "o kurwa... ja pierdolę". Cóż, rozpoczynam z dniem dzisiejszym samokontrolę i korekty. Trochę... za daleko to zaszło.
***
Jestem zadowolony z siebie. Jest zupełnie inaczej. A co najlepsze, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu ostatniego roku aż tyle się mogło mi przydarzyć. Totalnie nie poznaję siebie z każdym kolejnym dniem, mając za wzorzec wyjściowy- "Krogul dzień poprzedni". Jest to... zadziwiające. Dopiero z perspektywy czasu to zauważyłem. I muszę powiedzieć, że jest to... miłe uczucie. Poczucie zmian jakie mnie dosięgnęły.
Ile książek przeczytałem, ile filmów, ile serii anime obejrzałem.
Ile kłótni za sobą mam, ile nowych znajomości zawarłem...
Ile we mnie zmian zaszło. I to wciąż dla mnie mało.
***
Zacząłem pisywać wierszyki. Takie białe, zwykłe. Jak odczuwam potrzebę- otwieram z hukiem stosowny zeszycik i jazda. Wisława Szymbowska powiedziała niegdyś "Poetą się nie jest, poetą się bywa". I chyba to mnie właśnie dopadło.
***
Wiecie co jest ważne? Ukierunkowanie swojej energii, siły na wyznaczony cel. Wczoraj tego doświadczyłem. Dopadła mnie wena na zrobienie czegoś. No i wpadła mi do głowy realizacja mojego starego pomysłu- aby na zimowiskach szczepowych brać udział nie jako zwykły uczestnik, ale jako osoba tworząca i realizująca program. Po prostu mnie nosiło po domu. Zajrzałem do lodówki- nie. Kompa nie ma- nie wyżyję się na NPC'ach. Książki! I one zawiodły... Tylko filozoficzne rozprawy Kartezjusza, Pascala, Nietzschego, Hume'a lub Rousseau mi pozostały. A w chwili napięcia umysłu nie miałem ochoty go uspokajać. No to załatwiam sobie robotę- piszę program zajęć, które sam z przyjemnością poprowadzę. Zgłaszam istnienie zalążku odpowiedzialnym za program i wkręcam się w bycie programowcem.
Ah! Spełnienie! Rozkoszne uczucie. Realizowanie własnego planu- to jest to. Najwłaśniejszego jak tylko własnym może być.
***
Eksperymentuję z własnym stylem pisarskim. Eseje fajna sprawa, muszę stwierdzić. Kto wie co wyniknie z moich prac, narazie zamieszczanych na łamach mojego nic nie spodziewającego się zeszytu od polskiego...
***
...ale mi właśnie staw skoko-goleniowy strzelił :D...
***
Chcę podróżować. Cholera jasna, jak bardzo chciałbym zorganizować sobie fundusze na wyjazd w najbliższym czasie. Najchętniej do Krakowa. Bardzo lubię tam przebywać, może miałbym okazję poznać je lepiej np. zgubić się gdzieś w jego wesołych uliczkach. Bardzo chętnie bym się tam zgubił- adrenalinka jakich mało, zaręczam.
***
Więc narazie oczekuję ciebie przyszłości, przyszłości niepewny
Jak bardzo mi spać nie dasz, gdy wyjawisz mi nieoczekiwane sekrety
***
Pozdrawiam
krogulczas
niedziela, 10 grudnia 2006
Dlaczego.
Coma. Terapia w drodze.
***
Jestem wrakiem.
Totalnie upadłym człowiekiem.
Psychicznie.
Fizycznie.
Lecz nie duchowo. Ta ostatnia sfera pozwala mi jeszcze jako tako funkcjonować, ale kto wie ile wytrzymam.
***
Wczoraj był "Opal 2006"- festiwal. Mimo tylu znanych mi tam ludzi, dotarło do mnie to, do czego dochodziłem już wcześniej- że jestem kompletnie sam. Wypełnia mnie totalna pustka. Nie mam nikogo- dlatego chwytam się kogo i czego się da. To może być człowiek, to może być przedmiot, to może być myśl, albo emocja. I idę na dno. Jak wrak.
Nigdy nie byłem w takim stanie w jakim obecnie jestem. To, co się wydarzyło, zbiera żniwo.
***
Rzuciłem się na matkę. Jakieś dwa tygodnie temu.
Pełen wściekłości, gniewu, goryczy, żalu, strachu, paniki.
Z dnia na dzień osiągam kolejne granice- robię to, czego pragnąłem. Osiągnąłem granice nienawiści, osamotnienia, pustki moralnej, gniewu, odrzucenia.
***
Na obecną chwilę jestem sam na tym świecie. Żadnej matki, żadnego ojca. Żadnych dziadków, ani ciotek, ani wujków. Nikogo. Przyjaciół też nie mam. To tylko znajomości i znajomi. Doszedłem do kresu zaufania i przeszedłem na stronę nieufności. Nikomu nie chcę zaufać. Boję się zaufać.
Po tym jak ją uderzyłem, wybiegłem na cmentarz, do Kuby- mojego brata, zmarłego po porodzie. Tam pojawiły się pierwsze obajwy braku zaufania. Myślałem "Przecież mógłbym do kogoś iść... nie mam do nikogo daleko, bo za dużo osób znam. Ale nie chcę." Kiedy powiedziałem o tym matce, nazwała to instynktem obronnym. Brak zaufania jest oznaką instynktu obronnego! Dawno tak nie chciało mi się płakać i śmiać. Obie emocje zdusiłem.
***
Po tym zdarzeniu co jakiś czas dopadały mnie stany owego oczyszczenia- swego rodzaju obojętności wobec wszystkiego, wszystkich i siebie. Wszystko jest takie jasne, przejrzyste, nieskomplikowane... zwyczajnie pozbawione uczuć. Lecz kiedy tylko uczucia wracają, a myśli pozostają na swoim miejscu, zapadam się. Zamknięcie uderza ni stąd, ni zowąd. Osamotnienie pozostaje.
***
Jestem ostoją wiedzy. Mnichem, wiedzącym wszystko, znającym wszystkich. Potrafię wszystkich złamać, wszystko zmienić. Mam taką siłę.
Ale nie potrafię nikogo poznać. Nie potrafię niczego poznać. Nikogo nie zmieniam, nie przekonuję. Jestem bezsilny.
Mnich w "Podróży na Zachód" znalazł w końcu to, czego nie potrafił posiąść- umiejętność śmiania się. Ja już nie potrafię się śmiać- miast tego zamykam się w swoich myślach. Nikt mnie nie obchodzi, więc ja nie obchodzę nikogo.
***
Chciałoby się umrzeć, skończyć walkę, męki, cierpienia. Lecz co bym tym udowodnił? Nawet nie widziałbym aktu swego zwycięstwa i kapitulacji oponentów. Dlatego nie kończyłem do tej pory z życiem. I tak łatwo nie skończę- za bardzo mam ochotę dopierdolić matce. Szczerze. Nie ma sensu udawać syna, kiedy ona nazywa mnie wrogiem, agresorem, chamem, gówniarzem, sukinsynem i... synem. Tym ,któremu nie można zaufać. Kiedy trzeba, mam siedzieć cicho, aby jej nie zranić, albo żeby ona mogła ranić mnie.
Koniec z tym...
***
Czy rzeczywiście?
***
Strach. Gniew. Nieufność. Zwątpienie. To wszystko skumulowane zaledwie w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.
***
I koniec
***
Jestem wrakiem.
Totalnie upadłym człowiekiem.
Psychicznie.
Fizycznie.
Lecz nie duchowo. Ta ostatnia sfera pozwala mi jeszcze jako tako funkcjonować, ale kto wie ile wytrzymam.
***
Wczoraj był "Opal 2006"- festiwal. Mimo tylu znanych mi tam ludzi, dotarło do mnie to, do czego dochodziłem już wcześniej- że jestem kompletnie sam. Wypełnia mnie totalna pustka. Nie mam nikogo- dlatego chwytam się kogo i czego się da. To może być człowiek, to może być przedmiot, to może być myśl, albo emocja. I idę na dno. Jak wrak.
Nigdy nie byłem w takim stanie w jakim obecnie jestem. To, co się wydarzyło, zbiera żniwo.
***
Rzuciłem się na matkę. Jakieś dwa tygodnie temu.
Pełen wściekłości, gniewu, goryczy, żalu, strachu, paniki.
Z dnia na dzień osiągam kolejne granice- robię to, czego pragnąłem. Osiągnąłem granice nienawiści, osamotnienia, pustki moralnej, gniewu, odrzucenia.
***
Na obecną chwilę jestem sam na tym świecie. Żadnej matki, żadnego ojca. Żadnych dziadków, ani ciotek, ani wujków. Nikogo. Przyjaciół też nie mam. To tylko znajomości i znajomi. Doszedłem do kresu zaufania i przeszedłem na stronę nieufności. Nikomu nie chcę zaufać. Boję się zaufać.
Po tym jak ją uderzyłem, wybiegłem na cmentarz, do Kuby- mojego brata, zmarłego po porodzie. Tam pojawiły się pierwsze obajwy braku zaufania. Myślałem "Przecież mógłbym do kogoś iść... nie mam do nikogo daleko, bo za dużo osób znam. Ale nie chcę." Kiedy powiedziałem o tym matce, nazwała to instynktem obronnym. Brak zaufania jest oznaką instynktu obronnego! Dawno tak nie chciało mi się płakać i śmiać. Obie emocje zdusiłem.
***
Po tym zdarzeniu co jakiś czas dopadały mnie stany owego oczyszczenia- swego rodzaju obojętności wobec wszystkiego, wszystkich i siebie. Wszystko jest takie jasne, przejrzyste, nieskomplikowane... zwyczajnie pozbawione uczuć. Lecz kiedy tylko uczucia wracają, a myśli pozostają na swoim miejscu, zapadam się. Zamknięcie uderza ni stąd, ni zowąd. Osamotnienie pozostaje.
***
Jestem ostoją wiedzy. Mnichem, wiedzącym wszystko, znającym wszystkich. Potrafię wszystkich złamać, wszystko zmienić. Mam taką siłę.
Ale nie potrafię nikogo poznać. Nie potrafię niczego poznać. Nikogo nie zmieniam, nie przekonuję. Jestem bezsilny.
Mnich w "Podróży na Zachód" znalazł w końcu to, czego nie potrafił posiąść- umiejętność śmiania się. Ja już nie potrafię się śmiać- miast tego zamykam się w swoich myślach. Nikt mnie nie obchodzi, więc ja nie obchodzę nikogo.
***
Chciałoby się umrzeć, skończyć walkę, męki, cierpienia. Lecz co bym tym udowodnił? Nawet nie widziałbym aktu swego zwycięstwa i kapitulacji oponentów. Dlatego nie kończyłem do tej pory z życiem. I tak łatwo nie skończę- za bardzo mam ochotę dopierdolić matce. Szczerze. Nie ma sensu udawać syna, kiedy ona nazywa mnie wrogiem, agresorem, chamem, gówniarzem, sukinsynem i... synem. Tym ,któremu nie można zaufać. Kiedy trzeba, mam siedzieć cicho, aby jej nie zranić, albo żeby ona mogła ranić mnie.
Koniec z tym...
***
Czy rzeczywiście?
***
Strach. Gniew. Nieufność. Zwątpienie. To wszystko skumulowane zaledwie w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.
***
I koniec
Subskrybuj:
Posty (Atom)
