Nigdy nie byłem w stanie w jakiś sposób zlokalizować tego wydarzenia w czasie. Dzisiaj w końcu mi się to udało. A wszystko dzięki prostemu rachunkowi- wydarzyło się to, kiedy miałem 14 lat.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.
Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.
„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.
Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...
To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.
Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?
Pozdrawiam
krogulczas
P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.
piątek, 22 czerwca 2007
Mektub
Nigdy nie byłem w stanie w jakiś sposób zlokalizować tego wydarzenia w czasie. Dzisiaj w końcu mi się to udało. A wszystko dzięki prostemu rachunkowi- wydarzyło się to, kiedy miałem 14 lat.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.
Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.
„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.
Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...
To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.
Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?
Pozdrawiam
krogulczas
P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.
Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.
„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.
Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...
To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.
Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?
Pozdrawiam
krogulczas
P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.
niedziela, 17 czerwca 2007
Where is our John Wayne?
Bruce Dickinson "Sacred cowboys"
With sense of irony everyone
you see is chasing their illusion
Take a dive or sink or swim,
but in the end you're
in the same pollution
In your world escape is swift,
the nonsense list
is all you need to know
In the land of dreams,
you make the right connections,
then you'll be the hero...
Ecstasy, the cult of me
provides our institutions
You can live forever
where graveyard that stands
that people used to function
You can join the
saviours of our culture,
vultures circling overhead my sky
Like the sin of gluttony
won't set you free,
but Betty Ford can help you try
You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it
CHORUS:
Where is our John Wayne
Where is our sacred cowboys now?
Where are the Indians on the hill
There's no Indians left to kill
People die with oxygen
and all their money can afford a breath
People starving everywhere
and staring in the face of death
Prostitutes and politicians
laying in their beds together
You can be the saviour of the poor
making up the policies
to open the back door...
You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it
REPEAT CHORUS (x2)
SOLO
You can get all
the things you never needed
You can sell people
crap and make them eat it
REPEAT CHORUS (x2)
Przy takim właśnie sympatycznym utworze zdecydowałem wziąć się za siebie i powrócić na chwilę do świata normalnych, żywych istot. Stoczyć się na ten wesoły padół.
Zaczęło się więc niewinnie, od nadrabiania majowego numeru "Charakterów". Zawsze czytam każdy numer od deski do deski, bo to naprawdę wartościowy miesięcznik. Zaspokaja mnie zarówno pod względem wiedzy psychologicznej, jak i filozoficznej, naukowej, fizycznej, etycznej, kulturalnej, artystycznej, życiowej. Zacząłem więc od paru wstępnych mini-artykulików, nowinek ze świata. Na przykład: że na kobiety w obliczu stresu uspokajająca działa męski pot, chociaż w razie braku tegoż specyfiku równie dobrze spisze się głaskanie kota, albo że mycie zębów może (wg. neurologa z Melbourne) doprowadzić do ataku u epileptyka.
Potem przyszedł czas na artykuł numeru- "Spotkaniem wszystko się zaczyna", czyli jak bardzo spotkania, czy to te trwałe, czy tymczasowe, wpływają na nas, oraz jak mogą na nas takie spotkania nie wpłynąć, lub też jakby mogły na nas nie wpłynąć. Sporo jest prawdy w tym co jest tam zapisane- to zaznaczam już na wstępie. Jedne spotkanie są dla nas mniej lub bardziej istotne, inne stają się takimi (lub przestają nimi być) dopiero po czasie. I nawet się dobrze nie rozgrzałem, a tu zostaje umieszczony pewien fragment wiersza Miłosza... Cały wiersz zamieszczam poniżej:
Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?
1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność
poznawania świata.
2. Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest
zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.
3. Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie
po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.
4. Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.
5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać
towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.
6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada
ścisłej hierarchii.
7. Że nałogiem intelektualistów dwudziestego wieku było "baratin", czyli
nieodpowiedzialne paplanie.
8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia
może zepsuć sztukę.
9. Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych sprzecznych twierdzeń
jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy
utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.
10. Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować "wiarę filozoficzną", czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.
11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu,które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji.
12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych
błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny
(jak się później dowiedziałem)
I od razu nakotłowało mi to w głowie. Szczególnie punkt czwarty: "Prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę". Chciałem się dowiedzieć więcej, więc szperałem. "Szperanie" to chyba jednak zbyt górnolotne słowo, bowiem oznacza zazwyczaj coś, co robimy z przyjemnością, co jest żmudne i co zajmie nam sporo czasu, aż w końcu albo zakończy się sukcesem, albo porażką, albo przekształci się w "dłubanie", a potem w jeszcze gorsze formy marnowania czasu na bezcelowych poszukiwaniach. Niezależnie od tego czego się dopuściłem przez jakieś 5 minut, znalazłem to:
Wykład IV – Homo poeticus
Oto czas mi mija, a ja po paru minutach kończę czytać ów wykład. Potrzebowałem czegoś takiego, podobnie jak teraz potrzebuję coś napisać. Co ciekawe, naszły mnie zupełnie inne skojarzenia niż można by się teraz po mnie spodziewać... np. że chętnie dałbym sobie spokój z komentowaniem tego typu publikacji, gdyż same w sobie są świetnie opracowane. Ale jednak, coś pcha mnie dalej. Antylenistwo, zwane potocznie zapałem twówczym.
Kłamstwo. Piętnowane, okrutne, chciwe. Ale i piękne. W filmie "Goodbye Lenin" jaki sobie kupiłem już dawno, ale dopiero niedawno go obejrzałem, kłamstwo daje życie zarówno matce, ale także pozwala wzrastać jej dzieciom w pozorach spokoju. Czy było koniecznie? Było. Mlody Alex okłamywał matkę, wielce oddaną socjalizamowi, w Berlinie, wmawiając jej, że komunizm nie upadł. Mimo, że runął mur. I że na budynku naprzeciwko rozwija się szyld Coca-Coli. I mimo, że ona chce oglądać wiadomości o wybranych porach. Albo jeść przedpotopowe ogórki konserwowe, które teraz skutecznie zastąpiły już produkty holenderskie. Prosty, ale ładny film.
W tym wierszu jest ukazane bardzo dobitnie owo kłamstwo. Niewola. Coś, co współczesnemu człowiekowi nawet przez myśl nie przemyka. Czy na pewno? Zobaczmy.
"Zniewolenie" jest terminem każdemu dobrze znanym. Jest powszechnie potępiane jako skojarzone z czymś negatywnym. Jakże łatwo zmienia zabarwienie, będąc zestawione z chociażby słowem "miłość". Będąc zniewolonym miłością od długiego już w sumie czasu, doskonale się z tym czuję. Przyznałem się do tego parę dni temu, ale to trwało już wcześniej. Tylko o tym nie wiedziałem :D.
Lecz co się dzieje kiedy myślimy o wszystkich aktach niewoli z przeszłości. Nawet Grecy- ci filozofie, uczeni, matematycy, pogrążeni w doskonaleniu sfery ciała i ducha jednocześnie, mieli własnych niewolników. Ludzi od nich uzależnionych. Zarazem jednak, czy można powiedzieć, że tamci niewolnicy kłamali? A co dopiero w Rzymie- tam nawet nie zależało im na kłamstwie, chociaż już wtedy rodził się chyba współczesny, zawarty u Miłosza odbiór zniewolenia, przyrównanego do kłamstwa.
Potem to powoli przekształcało się, ewoluowało, zmieniało postać, rozwijało się tu, a kurczyło tam, gdzieniegdzie mutowało. Normalny tor biegu historii. Przychodzi w końcu czas rozprawianie się z niewolnictwem i mamy tenże wielki, chociaż mozolnie osiągnięty sukces.
I gdzie tu jest coś o kłamstwie?
Zwycięzcy dyktują podręczniki historii. Tak było i tym razem. Niewolnictwo stało w sprzeczności z demokracją, więc zaczęto je w US & A potępiać na całej szerokości, chociaż z pewną zrozumiałą dozą niechęci (vide wojna secesyjna, Ku Klux Klan itd.).
Więc jak skutecznie potępić jakąś postawę?
Po pierwsze, znaleźć (najczęściej: stworzyć) jej korelacje z innym złym zjawiskiem. Tak jak Nietschemu przypisywano stworzenie faszyzmu (owej "woli mocy" z powyższego wiersza Miłosza). Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co będzie pewnikiem potępione. Kłamstwo zazwyczaj zdaje egzamin, ponieważ na nim jest oparte wszelkie zło tego świata. Wszelkie zwroty typu "Nie chciałem", "Pomożemy" czy "To się nie wydarzyło" jest naturalną konsekwencją chęci uniknięcia nieprzyjemności związanych ze stanięciem wobec prawdy.
W tym miejscu pojawia się "po drugie": należy przenieść to wszystko na arenę metafizyki, wyjść poza biologiczną ludzkość, zatrudnić do roboty muzy, przywołać paru nieżyjących staruszków i powołać się na przeciwieństwo owego przyrównywanego przedmiotu potępienia. Dla kłamstwa będzie to rzecz jasna prawda, dla morderstwa- wartość życia. My, ludzie, tak bardzo lubimy wszystko upiększać, gloryfikować i stawiać poza naszą jurysdykcją, nazywając to tak skomplikowanymi terminami, że rzeczywiście może się okazać, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Słodkie, prawda?
I od razu mamy piękny obraz wszystkiego- niewola to kłamstwo, kłamstwo to ucieczka, a uciekamy przed zniewoleniem. Dlaczego? Ha! Sam nie wiem. Nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, ale naprawdę teraz sobie zdałem sprawę z tego, że nasz strach przed owym zniewoleniem ma podłoże czysto ideologiczne.
Trochę pouprawiałem baratin, więc chyba mogę iść dalej. Czytając te słowa, dajesz mi na to zezwolenie- na pływ moich słów dalej i dalej. Czy to przyzwolenie, czy zniewolenie? Jeżeli już, to kogo?
Jesteśmy zniewalani. Czas mija. O tym również śpiewa Bruce Dickinson. Tęskni, pytając o dawne mity. Ciągłym, nieprzerwanym potokiem słów podsumowuje współczesny los człowieka, robiąc przerwy jedynie na oddech i na solówki gitary. Nie ma w tym ani narzekania, ani zachwytu, ani negowania, ani upiększania. Zwykła tęsknota za tym, co minęło.
Czy zwykła? Ożywia się w momencie śpiewania o poszukiwaniu wyzwoliciela- John’a Wayne’a. Bo sami się z tego nie wyciągniemy. Jedynie mistyczne siły wyciągają nas z objęć tęsknoty. I czy to my nie chcemy jej opuścić, czy to ona nas? Jak stwierdził profesor Philip Zimbardo, człowiek nieśmiały jest dla siebie zarazem strażnikiem i więźniem. Musielibyśmy zarazem przełamać tyle barier- strachu więźnia, oporu strażnika, obawy przed nawrotem tęsknoty. Najlepiej aby zrobił to ktoś za nas. Ale nie jest to takie proste.
Bo to taka ludzka tęsknota, która nie chce nas opuścić. Sami ją wyhodowaliśmy. Co jednak jest najciekawsze- nasze pojęcie zniewolenia jest oparte na kłamstwie. Tęsknota zaś na prawdziwości doznań, czyli wolności. Samo się tak zaplątało, czy też jakieś długie słowo jest za to tym razem odpowiedzialne? A może to my sami komplikujemy sobie życie wtedy, kiedy nie potrzeba? Że o innych na tym globie nie wspominając.
Ta tęsknota jest zniewalająca. Zniewalająca, mimo, że jak najbardziej zgodna z prawdą.
Wyjątkowo skupiłem się na konkretach, mimo wielu myśli, które odciągały mnie od toku myślenia zamieszczonego powyżej. I jak na razie to nieobecność Magdy zadziałała na mnie twórczopędnie ;). Ale nauczyć tęsknoty też się muszę...
Pozdrawiam
krogulczas
With sense of irony everyone
you see is chasing their illusion
Take a dive or sink or swim,
but in the end you're
in the same pollution
In your world escape is swift,
the nonsense list
is all you need to know
In the land of dreams,
you make the right connections,
then you'll be the hero...
Ecstasy, the cult of me
provides our institutions
You can live forever
where graveyard that stands
that people used to function
You can join the
saviours of our culture,
vultures circling overhead my sky
Like the sin of gluttony
won't set you free,
but Betty Ford can help you try
You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it
CHORUS:
Where is our John Wayne
Where is our sacred cowboys now?
Where are the Indians on the hill
There's no Indians left to kill
People die with oxygen
and all their money can afford a breath
People starving everywhere
and staring in the face of death
Prostitutes and politicians
laying in their beds together
You can be the saviour of the poor
making up the policies
to open the back door...
You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it
REPEAT CHORUS (x2)
SOLO
You can get all
the things you never needed
You can sell people
crap and make them eat it
REPEAT CHORUS (x2)
***
Przy takim właśnie sympatycznym utworze zdecydowałem wziąć się za siebie i powrócić na chwilę do świata normalnych, żywych istot. Stoczyć się na ten wesoły padół.
Zaczęło się więc niewinnie, od nadrabiania majowego numeru "Charakterów". Zawsze czytam każdy numer od deski do deski, bo to naprawdę wartościowy miesięcznik. Zaspokaja mnie zarówno pod względem wiedzy psychologicznej, jak i filozoficznej, naukowej, fizycznej, etycznej, kulturalnej, artystycznej, życiowej. Zacząłem więc od paru wstępnych mini-artykulików, nowinek ze świata. Na przykład: że na kobiety w obliczu stresu uspokajająca działa męski pot, chociaż w razie braku tegoż specyfiku równie dobrze spisze się głaskanie kota, albo że mycie zębów może (wg. neurologa z Melbourne) doprowadzić do ataku u epileptyka.
Potem przyszedł czas na artykuł numeru- "Spotkaniem wszystko się zaczyna", czyli jak bardzo spotkania, czy to te trwałe, czy tymczasowe, wpływają na nas, oraz jak mogą na nas takie spotkania nie wpłynąć, lub też jakby mogły na nas nie wpłynąć. Sporo jest prawdy w tym co jest tam zapisane- to zaznaczam już na wstępie. Jedne spotkanie są dla nas mniej lub bardziej istotne, inne stają się takimi (lub przestają nimi być) dopiero po czasie. I nawet się dobrze nie rozgrzałem, a tu zostaje umieszczony pewien fragment wiersza Miłosza... Cały wiersz zamieszczam poniżej:
Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?
1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność
poznawania świata.
2. Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest
zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.
3. Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie
po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.
4. Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.
5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać
towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.
6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada
ścisłej hierarchii.
7. Że nałogiem intelektualistów dwudziestego wieku było "baratin", czyli
nieodpowiedzialne paplanie.
8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia
może zepsuć sztukę.
9. Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych sprzecznych twierdzeń
jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy
utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.
10. Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować "wiarę filozoficzną", czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.
11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu,które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji.
12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych
błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny
(jak się później dowiedziałem)
Z tomu „To” Kraków 2004, s.59-60
I od razu nakotłowało mi to w głowie. Szczególnie punkt czwarty: "Prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę". Chciałem się dowiedzieć więcej, więc szperałem. "Szperanie" to chyba jednak zbyt górnolotne słowo, bowiem oznacza zazwyczaj coś, co robimy z przyjemnością, co jest żmudne i co zajmie nam sporo czasu, aż w końcu albo zakończy się sukcesem, albo porażką, albo przekształci się w "dłubanie", a potem w jeszcze gorsze formy marnowania czasu na bezcelowych poszukiwaniach. Niezależnie od tego czego się dopuściłem przez jakieś 5 minut, znalazłem to:
Wykład IV – Homo poeticus
***
Oto czas mi mija, a ja po paru minutach kończę czytać ów wykład. Potrzebowałem czegoś takiego, podobnie jak teraz potrzebuję coś napisać. Co ciekawe, naszły mnie zupełnie inne skojarzenia niż można by się teraz po mnie spodziewać... np. że chętnie dałbym sobie spokój z komentowaniem tego typu publikacji, gdyż same w sobie są świetnie opracowane. Ale jednak, coś pcha mnie dalej. Antylenistwo, zwane potocznie zapałem twówczym.
***
Kłamstwo. Piętnowane, okrutne, chciwe. Ale i piękne. W filmie "Goodbye Lenin" jaki sobie kupiłem już dawno, ale dopiero niedawno go obejrzałem, kłamstwo daje życie zarówno matce, ale także pozwala wzrastać jej dzieciom w pozorach spokoju. Czy było koniecznie? Było. Mlody Alex okłamywał matkę, wielce oddaną socjalizamowi, w Berlinie, wmawiając jej, że komunizm nie upadł. Mimo, że runął mur. I że na budynku naprzeciwko rozwija się szyld Coca-Coli. I mimo, że ona chce oglądać wiadomości o wybranych porach. Albo jeść przedpotopowe ogórki konserwowe, które teraz skutecznie zastąpiły już produkty holenderskie. Prosty, ale ładny film.
W tym wierszu jest ukazane bardzo dobitnie owo kłamstwo. Niewola. Coś, co współczesnemu człowiekowi nawet przez myśl nie przemyka. Czy na pewno? Zobaczmy.
"Zniewolenie" jest terminem każdemu dobrze znanym. Jest powszechnie potępiane jako skojarzone z czymś negatywnym. Jakże łatwo zmienia zabarwienie, będąc zestawione z chociażby słowem "miłość". Będąc zniewolonym miłością od długiego już w sumie czasu, doskonale się z tym czuję. Przyznałem się do tego parę dni temu, ale to trwało już wcześniej. Tylko o tym nie wiedziałem :D.
Lecz co się dzieje kiedy myślimy o wszystkich aktach niewoli z przeszłości. Nawet Grecy- ci filozofie, uczeni, matematycy, pogrążeni w doskonaleniu sfery ciała i ducha jednocześnie, mieli własnych niewolników. Ludzi od nich uzależnionych. Zarazem jednak, czy można powiedzieć, że tamci niewolnicy kłamali? A co dopiero w Rzymie- tam nawet nie zależało im na kłamstwie, chociaż już wtedy rodził się chyba współczesny, zawarty u Miłosza odbiór zniewolenia, przyrównanego do kłamstwa.
Potem to powoli przekształcało się, ewoluowało, zmieniało postać, rozwijało się tu, a kurczyło tam, gdzieniegdzie mutowało. Normalny tor biegu historii. Przychodzi w końcu czas rozprawianie się z niewolnictwem i mamy tenże wielki, chociaż mozolnie osiągnięty sukces.
I gdzie tu jest coś o kłamstwie?
Zwycięzcy dyktują podręczniki historii. Tak było i tym razem. Niewolnictwo stało w sprzeczności z demokracją, więc zaczęto je w US & A potępiać na całej szerokości, chociaż z pewną zrozumiałą dozą niechęci (vide wojna secesyjna, Ku Klux Klan itd.).
Więc jak skutecznie potępić jakąś postawę?
Po pierwsze, znaleźć (najczęściej: stworzyć) jej korelacje z innym złym zjawiskiem. Tak jak Nietschemu przypisywano stworzenie faszyzmu (owej "woli mocy" z powyższego wiersza Miłosza). Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co będzie pewnikiem potępione. Kłamstwo zazwyczaj zdaje egzamin, ponieważ na nim jest oparte wszelkie zło tego świata. Wszelkie zwroty typu "Nie chciałem", "Pomożemy" czy "To się nie wydarzyło" jest naturalną konsekwencją chęci uniknięcia nieprzyjemności związanych ze stanięciem wobec prawdy.
W tym miejscu pojawia się "po drugie": należy przenieść to wszystko na arenę metafizyki, wyjść poza biologiczną ludzkość, zatrudnić do roboty muzy, przywołać paru nieżyjących staruszków i powołać się na przeciwieństwo owego przyrównywanego przedmiotu potępienia. Dla kłamstwa będzie to rzecz jasna prawda, dla morderstwa- wartość życia. My, ludzie, tak bardzo lubimy wszystko upiększać, gloryfikować i stawiać poza naszą jurysdykcją, nazywając to tak skomplikowanymi terminami, że rzeczywiście może się okazać, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Słodkie, prawda?
I od razu mamy piękny obraz wszystkiego- niewola to kłamstwo, kłamstwo to ucieczka, a uciekamy przed zniewoleniem. Dlaczego? Ha! Sam nie wiem. Nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, ale naprawdę teraz sobie zdałem sprawę z tego, że nasz strach przed owym zniewoleniem ma podłoże czysto ideologiczne.
***
Trochę pouprawiałem baratin, więc chyba mogę iść dalej. Czytając te słowa, dajesz mi na to zezwolenie- na pływ moich słów dalej i dalej. Czy to przyzwolenie, czy zniewolenie? Jeżeli już, to kogo?
***
Jesteśmy zniewalani. Czas mija. O tym również śpiewa Bruce Dickinson. Tęskni, pytając o dawne mity. Ciągłym, nieprzerwanym potokiem słów podsumowuje współczesny los człowieka, robiąc przerwy jedynie na oddech i na solówki gitary. Nie ma w tym ani narzekania, ani zachwytu, ani negowania, ani upiększania. Zwykła tęsknota za tym, co minęło.
Czy zwykła? Ożywia się w momencie śpiewania o poszukiwaniu wyzwoliciela- John’a Wayne’a. Bo sami się z tego nie wyciągniemy. Jedynie mistyczne siły wyciągają nas z objęć tęsknoty. I czy to my nie chcemy jej opuścić, czy to ona nas? Jak stwierdził profesor Philip Zimbardo, człowiek nieśmiały jest dla siebie zarazem strażnikiem i więźniem. Musielibyśmy zarazem przełamać tyle barier- strachu więźnia, oporu strażnika, obawy przed nawrotem tęsknoty. Najlepiej aby zrobił to ktoś za nas. Ale nie jest to takie proste.
Bo to taka ludzka tęsknota, która nie chce nas opuścić. Sami ją wyhodowaliśmy. Co jednak jest najciekawsze- nasze pojęcie zniewolenia jest oparte na kłamstwie. Tęsknota zaś na prawdziwości doznań, czyli wolności. Samo się tak zaplątało, czy też jakieś długie słowo jest za to tym razem odpowiedzialne? A może to my sami komplikujemy sobie życie wtedy, kiedy nie potrzeba? Że o innych na tym globie nie wspominając.
Ta tęsknota jest zniewalająca. Zniewalająca, mimo, że jak najbardziej zgodna z prawdą.
***
Wyjątkowo skupiłem się na konkretach, mimo wielu myśli, które odciągały mnie od toku myślenia zamieszczonego powyżej. I jak na razie to nieobecność Magdy zadziałała na mnie twórczopędnie ;). Ale nauczyć tęsknoty też się muszę...
Pozdrawiam
krogulczas
czwartek, 14 czerwca 2007
Dopadło i mnie!
Kocham!
Nosi mnie po domu. Sądziłem, że będę mógł zasnąć. Chryste, chyba nad laptopem prędzej usnę, niż w łóżku. Szaleństwo. I pomyśleć, że bestyja trzy lata czekała ;).
Nie wiem co pisać, ale muszę to tutaj przelać. Jak nie tutaj to mnie chyba rozniesie. Owszem, czas malowania się zbliża, ale żeby od razu tak cały pokój tapetować :D.
HA!!!
Szaleństwo!
Kto by pomyślał? Ja i Magda, Magda i ja... szaleństwo.
Pewnie bywali jacyś bardziej rozpisani romantycy, ale:
1. Nie byli kochani z wzajemnością
2. Zamiast pisać, po prostu by kochali ;)
Też zamiast pisać, powinienem skupić się na tym co się dzieje. Idę spacer, bo... żal mi pokoju XD.
Tyle adrenaliny jeszcze we mnie nie było ;). Nawet jak mnie kiedyś chcieli okraść to tak mi serce nie waliło, tak nie mogłem usiedzieć, tak nie przewijało mi się po głowie słowo „szaleństwo”. Bo miłość to szaleństwo, cholerne szaleństwo. Odbija mi i jestem z tego dumny.
***
Tak się właśnie, Madziu, przelewa myśli na bieżąco ;). Mógłbym tak w nieskończoność dzisiejszej nocy.
Damn!
I nie wiem, czy iść na spacer, czy pisać... Na razie zostawię to tak jak jest ;). Jak wrócę to może jeszcze coś dopiszę, a na pewno wyślę.
***
Jest godzina 3:37. Wracam do pisania. Leci sobie The Doors „People are strange”. Spacerek dwuipółgodzinny zrobił swoje... może zasnę :D. Towarzyszyli mi G. i Żyd ;). I warto było trochę połazić tak w nocy... Byłem pod domem Bigami, ale ona ostro spała, nic sobie nie robiąc z sms’ów i prób dodzwonienia. Szaleństwo.
To było piękna noc. Naprawdę, najpiękniejsza.
Pozdrawiam
krogulczas
EDIT: I efekt tego wszystkiego jest taki, że dopiero teraz jestem jako tako świadomy... pójdę na trzecią lekcję do szkoły i będzie spokój :P. Trochę na partyzanta idę z zeszytem od biologii, którego nie prowadzę od grudnia 2005 roku, a z którego muszę mieć ostatnią notatkę aby mieć 4 na koniec... ale co mi tam :D. Linia obrony już jest ułożona :P. Zresztą, pani Mucha powiedziała jedynie, że notatka ta ma być w zeszycie... kto coś mówił o pokazywaniu XD
Madziu, najmilsza... to przez Ciebie! XD
Nosi mnie po domu. Sądziłem, że będę mógł zasnąć. Chryste, chyba nad laptopem prędzej usnę, niż w łóżku. Szaleństwo. I pomyśleć, że bestyja trzy lata czekała ;).
Nie wiem co pisać, ale muszę to tutaj przelać. Jak nie tutaj to mnie chyba rozniesie. Owszem, czas malowania się zbliża, ale żeby od razu tak cały pokój tapetować :D.
HA!!!
Szaleństwo!
Kto by pomyślał? Ja i Magda, Magda i ja... szaleństwo.
Pewnie bywali jacyś bardziej rozpisani romantycy, ale:
1. Nie byli kochani z wzajemnością
2. Zamiast pisać, po prostu by kochali ;)
Też zamiast pisać, powinienem skupić się na tym co się dzieje. Idę spacer, bo... żal mi pokoju XD.
Tyle adrenaliny jeszcze we mnie nie było ;). Nawet jak mnie kiedyś chcieli okraść to tak mi serce nie waliło, tak nie mogłem usiedzieć, tak nie przewijało mi się po głowie słowo „szaleństwo”. Bo miłość to szaleństwo, cholerne szaleństwo. Odbija mi i jestem z tego dumny.
***
Tak się właśnie, Madziu, przelewa myśli na bieżąco ;). Mógłbym tak w nieskończoność dzisiejszej nocy.
Damn!
I nie wiem, czy iść na spacer, czy pisać... Na razie zostawię to tak jak jest ;). Jak wrócę to może jeszcze coś dopiszę, a na pewno wyślę.
***
Jest godzina 3:37. Wracam do pisania. Leci sobie The Doors „People are strange”. Spacerek dwuipółgodzinny zrobił swoje... może zasnę :D. Towarzyszyli mi G. i Żyd ;). I warto było trochę połazić tak w nocy... Byłem pod domem Bigami, ale ona ostro spała, nic sobie nie robiąc z sms’ów i prób dodzwonienia. Szaleństwo.
To było piękna noc. Naprawdę, najpiękniejsza.
Pozdrawiam
krogulczas
EDIT: I efekt tego wszystkiego jest taki, że dopiero teraz jestem jako tako świadomy... pójdę na trzecią lekcję do szkoły i będzie spokój :P. Trochę na partyzanta idę z zeszytem od biologii, którego nie prowadzę od grudnia 2005 roku, a z którego muszę mieć ostatnią notatkę aby mieć 4 na koniec... ale co mi tam :D. Linia obrony już jest ułożona :P. Zresztą, pani Mucha powiedziała jedynie, że notatka ta ma być w zeszycie... kto coś mówił o pokazywaniu XD
Madziu, najmilsza... to przez Ciebie! XD
wtorek, 12 czerwca 2007
Eviva la Vie!
Rozmawiałem niedawno z pierwszą osobą, która wyznała mi miłość. To bylo dawno temu, stare dzieje. Odrzuciłem to uczucie, ale ponoć w taki sposób, że gorszego kosza sobie nie wyobrażała :P.
Powiedziała również, że przez ostatni rok bardzo się zmieniłem. Też to czuję, szczególnie dzisiaj, kiedy mając pięć niedostatecznych z łaciny zdaję z oceną dopuszczjącą z tegoż przedmiotu. Czuję to szczególnie dzisiaj, kiedy matka wyjechała i nie wróci do piątku. Czuję to dzisiaj, słuchając drugiego endingu do "Welcome to NHK" (dla zainteresowanych, link do pełenj wersji oraz link do samego endingu lub też pełna wersja).
Śmiałem się z Kochanowskiego i jego "carpie diem". Śmiałem się, kiedy wręczono mi książeczkę "Ciesz się życiem". Śmiałem się, kiedy nie wyobrażałem sobie, że nie można być w tak trywialny sposob szczęśliwym. A tu niespodzianka! Oto się okazało, że bez melancholii da się wspaniale żyć. Ba. Normalnie żyć. Dzisiaj, jak sam zauważyłem... nie potrafię się nie śmiać. Każdy powód jest dobry do śmiechu :).
Co nie oznacza, że nie neguję ani nie krytykuję tego jak dotychczas miałem w zwyczaju się zachowywać. Te stany doprowadziły mnie do wielu ważnych prawd w życiu, a dzięki ich poznaniu- jestem w stanie w pełni docenić życie. Np. o totalnie egoistycznej naturze czlowieka. Albo o prostocie rzeczy skomplikowanych czy też komplikacji rzeczy prostych. O tym jak łatwo możesz być skreślony w imię głupoty/kaprysu/przypadku, zarówno własnej jak i osoby, która cię skreśla. Na wszystko da się spojrzeć z róznej perspektywy, które wcale nie muszą sobie zaprzeczać ani znosić swych wartości.
Jest tylko jedna rzecz, która czyni współczesnego człowieka nieszczęśliwym. Konsumpcja. Prędka, natychmiastowa, nieodwracalna i niepohamowana. No bo spojrzcie. Jak każdy wie, proces spełniania marzenia jest istotniejszy od samego marzenia. To ten proces czyni nas szczęśliwymi. Oklepanym przykładem, ale adekwatnym, jest wchodzenie na szczyt góry. Wchodzisz ładnych parę godzin, po drodze masz wspaniałe widoki, zodbywasz szereg doświadczeń, doznajesz wspaniałości gór. A kiedy dojdziesz to owszem, widzisz krajobrac, którego piękno przyćmiewa wszystko co po drodze widziałeś, ale... przecież nie da się żyć na szczycie. Trzeba z niego po chwili zejść i wybrać następny do zdobycia. Może w tym tygodniu, może jeszcze w tym miesiącu, może za rok, dwa. A może już jutro.
I tu wkracza konsumpcja. Podaje sie nam szczęście na tacy, za które wystarczy zapłacić śmiesznie małą cenę xy.99 za sztukę, na które to szczęście mamy jeszcze nierzadko gwarancję albo chociaż termin ważności. Z celu podróży uczyniono atrakcję. Zamiast być szczęśliwymi wtedy, kiedy czas swobodnie ucieka nam przez palce, pędzimy zatankowanym do pełna samochodem na szczyt, a jak się dalej nie da, to przeruzcamy się na dorożkę. Tak czy owak chcemy bardziej dotrzeć na szczyt niż zobaczyć jak chmury leniwie przemijają nad nami. Lepiej jest te chmury wyprzedzić, chociaż niewiadomo po co- im to nie robi różnicy. Żal jest tylko tego, że w tym ciągłym pośpiechu za czasem zapominamy, że czas płynie. A to z kolei wcale nie oznacza, że da się go zatamować czy też ograniczyć zbiornikiem.
Tak po prawdzie to nawet teraz żałuję, że odrzuciłem tamtą miłość. Tak jak sam wiele osób kochałem, tak ta była chyba jedyna, która mi to wyznała. A pamiętam, że jeszcze rok temu na pogłoski o tajemniczej wielbicielce, byłem gotów brutalnie schylić jej głowę aby pocałowała klamkę pod nazwiskiem "Krogulec".
Chociaż po prawdzie, wtedy bałem się miłości.
Dzisiaj czuję samotność, ale wiem, że jeżeli tylko będę tego potrzebować, będę miał się do kogo zwrócić. A to jednak jest ważne. Każdy będzie mniej lub bardziej odpowiedni- nie oszukujmy się. Nie będę z niedoszłymi wisielcami rozmawiał o kwestiach egzystencjalnych i w drugą stronę- plastikowej lali nie będę wciskał wyegzaltowanych imaginacji zdeprawowanej psyche homonida, jakim jestem dzięki boskiemu fatum.
Jak teraz o tym myślę to coraz bardziej tego żałuję. Może rzeczywiście by coś z tego było? W tej chwili z nikim nie dogaduję sie tak jak z nią... kto wie? Czas pokaże. Wiem, że wtedy odrzuciłem osobę, która mnie uznała za wartościową. Ja wartościowość tej osoby doceniam dopiero dzisiaj. I nie boję się do tego przyznać po czasie. Osoba, która będąc rok ode mnie młodszą, już wcześniej w pełni cieszyła się każdym dniem. Nadal to robi ;).
P.S. Serdecznie dziękuję za rady odnośnie "Rozdania". Bardzo prawdopodobne, że przerobię je w najbliższym czasie, bo widzę już parę rzeczy, które można poprzerabiać, kilka które można śmiało wyciąć, a zapewne w momencie tego destruktywnego szaleństwa stworzy się cos nowego ;).
Pozrdawiam, a szczególnie Bigami-chan ;)
krogulczas
Powiedziała również, że przez ostatni rok bardzo się zmieniłem. Też to czuję, szczególnie dzisiaj, kiedy mając pięć niedostatecznych z łaciny zdaję z oceną dopuszczjącą z tegoż przedmiotu. Czuję to szczególnie dzisiaj, kiedy matka wyjechała i nie wróci do piątku. Czuję to dzisiaj, słuchając drugiego endingu do "Welcome to NHK" (dla zainteresowanych, link do pełenj wersji oraz link do samego endingu lub też pełna wersja).
Śmiałem się z Kochanowskiego i jego "carpie diem". Śmiałem się, kiedy wręczono mi książeczkę "Ciesz się życiem". Śmiałem się, kiedy nie wyobrażałem sobie, że nie można być w tak trywialny sposob szczęśliwym. A tu niespodzianka! Oto się okazało, że bez melancholii da się wspaniale żyć. Ba. Normalnie żyć. Dzisiaj, jak sam zauważyłem... nie potrafię się nie śmiać. Każdy powód jest dobry do śmiechu :).
Co nie oznacza, że nie neguję ani nie krytykuję tego jak dotychczas miałem w zwyczaju się zachowywać. Te stany doprowadziły mnie do wielu ważnych prawd w życiu, a dzięki ich poznaniu- jestem w stanie w pełni docenić życie. Np. o totalnie egoistycznej naturze czlowieka. Albo o prostocie rzeczy skomplikowanych czy też komplikacji rzeczy prostych. O tym jak łatwo możesz być skreślony w imię głupoty/kaprysu/przypadku, zarówno własnej jak i osoby, która cię skreśla. Na wszystko da się spojrzeć z róznej perspektywy, które wcale nie muszą sobie zaprzeczać ani znosić swych wartości.
Jest tylko jedna rzecz, która czyni współczesnego człowieka nieszczęśliwym. Konsumpcja. Prędka, natychmiastowa, nieodwracalna i niepohamowana. No bo spojrzcie. Jak każdy wie, proces spełniania marzenia jest istotniejszy od samego marzenia. To ten proces czyni nas szczęśliwymi. Oklepanym przykładem, ale adekwatnym, jest wchodzenie na szczyt góry. Wchodzisz ładnych parę godzin, po drodze masz wspaniałe widoki, zodbywasz szereg doświadczeń, doznajesz wspaniałości gór. A kiedy dojdziesz to owszem, widzisz krajobrac, którego piękno przyćmiewa wszystko co po drodze widziałeś, ale... przecież nie da się żyć na szczycie. Trzeba z niego po chwili zejść i wybrać następny do zdobycia. Może w tym tygodniu, może jeszcze w tym miesiącu, może za rok, dwa. A może już jutro.
I tu wkracza konsumpcja. Podaje sie nam szczęście na tacy, za które wystarczy zapłacić śmiesznie małą cenę xy.99 za sztukę, na które to szczęście mamy jeszcze nierzadko gwarancję albo chociaż termin ważności. Z celu podróży uczyniono atrakcję. Zamiast być szczęśliwymi wtedy, kiedy czas swobodnie ucieka nam przez palce, pędzimy zatankowanym do pełna samochodem na szczyt, a jak się dalej nie da, to przeruzcamy się na dorożkę. Tak czy owak chcemy bardziej dotrzeć na szczyt niż zobaczyć jak chmury leniwie przemijają nad nami. Lepiej jest te chmury wyprzedzić, chociaż niewiadomo po co- im to nie robi różnicy. Żal jest tylko tego, że w tym ciągłym pośpiechu za czasem zapominamy, że czas płynie. A to z kolei wcale nie oznacza, że da się go zatamować czy też ograniczyć zbiornikiem.
***
Tak po prawdzie to nawet teraz żałuję, że odrzuciłem tamtą miłość. Tak jak sam wiele osób kochałem, tak ta była chyba jedyna, która mi to wyznała. A pamiętam, że jeszcze rok temu na pogłoski o tajemniczej wielbicielce, byłem gotów brutalnie schylić jej głowę aby pocałowała klamkę pod nazwiskiem "Krogulec".
Chociaż po prawdzie, wtedy bałem się miłości.
Dzisiaj czuję samotność, ale wiem, że jeżeli tylko będę tego potrzebować, będę miał się do kogo zwrócić. A to jednak jest ważne. Każdy będzie mniej lub bardziej odpowiedni- nie oszukujmy się. Nie będę z niedoszłymi wisielcami rozmawiał o kwestiach egzystencjalnych i w drugą stronę- plastikowej lali nie będę wciskał wyegzaltowanych imaginacji zdeprawowanej psyche homonida, jakim jestem dzięki boskiemu fatum.
Jak teraz o tym myślę to coraz bardziej tego żałuję. Może rzeczywiście by coś z tego było? W tej chwili z nikim nie dogaduję sie tak jak z nią... kto wie? Czas pokaże. Wiem, że wtedy odrzuciłem osobę, która mnie uznała za wartościową. Ja wartościowość tej osoby doceniam dopiero dzisiaj. I nie boję się do tego przyznać po czasie. Osoba, która będąc rok ode mnie młodszą, już wcześniej w pełni cieszyła się każdym dniem. Nadal to robi ;).
P.S. Serdecznie dziękuję za rady odnośnie "Rozdania". Bardzo prawdopodobne, że przerobię je w najbliższym czasie, bo widzę już parę rzeczy, które można poprzerabiać, kilka które można śmiało wyciąć, a zapewne w momencie tego destruktywnego szaleństwa stworzy się cos nowego ;).
Pozrdawiam, a szczególnie Bigami-chan ;)
krogulczas
czwartek, 7 czerwca 2007
Rozdanie
Życie pisze najlepsze scenariusze. Do napisania poniższych wypocin zainspirowała mnie dzisiejsza (a właściwie wczorajsza, bo ok. 4 godzin zajęło mi napisanie poniższego opowiadanka) sytuacja.
Zobaczymy jak się przyjmie ;)
-Zasady są jasne, czy tak?
-Jak słoneczko, jak słoneczko...
-Gdy my gramy, nie oszukujemy. Po prostu... mamy tę partię zakończyć. Dla wyższego dobra.
-Bardzo pięknie.
-U nas wszystko dramatyczne.
-W wielkiej skali.
-I takie...
-Niebotyczne?
-A jak jakiś z nas jęknie?
-To już wszędzie jęczy, to po wszystkich barach szumi, to po wszystkich urzędach brzęczy.
-Ale kto to tam zrozumie...
-Myślałem, że zasady jasne i znane?
-A ta, ta, znane...
-No to jazda. -to rzekł Pan G. i począł karty rozdawać.
Rozdanie było dobre. Skuteczne, prawidłowe. Zwyczajnie- szczęśliwe.
Żyd przypatrywał się swoim kartom, a pan S. całej rozgrywce. Zajęty był prędzej jakimś arcydziełem, ale kto by się tym przejmował. Obserwował grę i kunszt jednocześnie- jedno oko tutaj, drugie tam, jeden dźwięk uchwycił z rozmowy, a drugi stworzył wyobraźnią. Znać było, że go karciane przeliczenia nie interesują. Nie jego to był interes- jego interesował wynik rozgrywki. A ta zaś była zacięta. Kto wie? Może i jakby im całą noc dać to by się coraz ciekawiej robiło?
Ale... to nie dla S. Marnotrawić czas, to innych i innym, a nie jego. Z tej rozgrywki miały wyniknąć poważne konsekwencje. Tak poważne, że mogły wpłynąć na całą przyszłość życia P., a już z całą pewnością na najbliższych parę miesięcy, z dobrym wiatrem na kilka lat.
Sam sobie był jednak winien... szczędził na rozgrywkę i nie dbał o zapewnienie dostatecznej kwoty- to się mogło źle skończyć. Powierzył swoją najbliższą przyszłość rozgrywce karcianej, której zasady miałby jasne dopiero po jej zakończeniu.
A zakończenie oddaliło się już po paru minutach i to w niepokojących okolicznościach.
Żyd prowadził grę dalej. Nie zależało mu na rozwiązaniu samym w sobie, bowiem swoje udziały miał- jak to Żydzi w zwyczaju mają. Chciał doprowadzić do rozwiązania... i mieć to za sobą. Zysk miał zagwarantowany- jedyne, do czego miał doprowadzić, to do rozwiązania rozgrywki, ale nie do jej przerwania, chyba, że "dałoby się to przeprowadzić". Ale zasady były trudne. Spisane nieformalnym, słownym przyrzeczeniem- oto kodeks każdej partii. Każdy kto przystępował do gry miał do wyboru szereg strategii- mógł partnera potraktować różnymi sposobami. Mógł mu nawet przy odrobinie szczęścia tak kiery i piki ze sobą zestawić, że był urządzony na całą rozgrywkę. Ale niechby mu się jaki trefl dociągnął- wówczas nie ma już prostej sprawy. Trzeba się trefla pozbyć, a najlepiej podać go gdzieś dalej, w rundkę po stole. W końcu ktoś, kiedy już dobije do dna ze wszystkimi felernymi treflami, może iść już tylko w górę. Talia ma tylko 52 karty- to jej jedyna zaleta.
I tymi też 52 kartami był Żyd teraz zainteresowany. Trefle zbierał, lecz karo nadganiał. Ten pik jeden- dama- psuł mu nieco szyki już od dwóch rund, ale źle nie było. Zresztą, z taką damą mógł wiele zwojować. Nigdy nie wiadomo jakie oblicze przybierze. Byleby z nią uważać. Chciał to tylko zakończyć- zysk miał zapewniony ponad stawkę gry u pana S.
Pan G. nie wiedział co myśleć o tym rozdaniu. Zawsze, gdy dostawał konkretne rozdanie, potrafił je odpowiednio zużyć, tak, aby wygrać. Jeżeli była potrzeba, grał długo, ale mądrze. Gorzej, że rzeczywiście długo grał. Kiedyś ponoć jedna tylko runda między nim a Todsem zajęła mu kilka dni. Trudno było, ale o dziwo nie myślał nad grą wedle zasad, ale nad odpowiednim ich wykorzystaniu do swych celów. I wykorzystał je.
Tutaj jednak było inaczej. Obserwował ich z boku, zawieszony nad arcydziełem, pan S. i to stwarzało ten szczególny rodzaj problemu, którego nie dało się ominąć. Mógłby zacząć już teraz, ale... tak wcześnie? Rozdanie nie było pomyślne, ale żeby tak od razu je wstrzymywać? Jedną z zasad było wstrzymanie partii na czas rewizji zasad, pod warunkiem zaistnienia realnego problemu niemożności rozwiązania partii, bez ograniczenia czasowego. Wówczas strony zazwyczaj zastanawiały się nad stosownym rozwiązaniem problemu.
Pan S. raczył się arcydziełem.
Pan G. mamrotał po nosem nad rozdaniem.
Żyd obserwował rozwój wydarzeń.
Taka przerwa była czasem błogosławieństwem. Pan S. czasem też miał potrzebę zagrania o własną przyszłość- jak każdy. Zasady lubił poddawać wnikliwej analizie i na tym zbudował swoją taktykę. Znając zasady, mając je zanalizowanymi, mógł je wykorzystać w uczciwy i sprawiedliwy sposób. Uchodził za osobę sprawiedliwą i zawsze tak też żył. Czasem tylko niewinnie na biało kłamał, w ostateczności łgał w żywe oczy. Ale poza tym okulary go przed belkami w oku dość skutecznie chroniły. A że plusy, to i drzazgi widział i wyciągał. Chyba, że ktoś nie chciał. Ale cóż takim począć- rękę wyciągasz, a taki nie tyle całą odgryzie, ile zwyczajnie ugryzie i wściekliznę zaszczepi. Ale S. nie z takich ran się wylizywał w przeszłości.
Pan G. niecierpliwił się. Szła już trzecia runda, a on jeszcze nie miał ani taktyki, ani, co gorsza, przewagi. Na partii mu zależało... podobnie jak i S. Tu leżał pies pogrzebany! Chociaż na boku czytał arcydzieło, był przecie tylko na boku, u boku, przy boku niemalże. Na szyi dało się wyczuć jego oddech, a bicie zdenerwowanego serca słychać było w każdej chwili ciszy jaka zalegała po ułożeniu karty przez kolejne ze stron. Gdyby G. zdecydował się na rewizję, wtedy... no właśnie. Nie wiadomo co by S. zrobił. Był przecież prostym człowiekiem, który chciał tylko dojść do prawdy i to właśnie akurat to pragnienie prawdy odzywało się w nim wtedy, kiedy G. tego nie chciał. Nie patrzył na to z perspektywy przewagi którejś ze stron. Jemu przed oczami stała jedna jedyna wizja- że raz rozpoczęta rewizja musiałaby się zakończyć. Oczywiście, stosownie poprowadzona, mogłaby doprowadzić do przerwania partii z remisowym wynikiem, lecz wówczas nikt by nie zyskał, czyli stracił- wedle logicznego wniosku tej mentalności. Tylko Żyd, który ma własne źródła dochodu jakoś by na tym wyszedł, prędzej czy później.
Pan S. widział co się święci. Znał G. Kiedy ten podczas rundy jedynie wertuje, przekłada, gniecie kolejne karty- myśli. Niekoniecznie nad posunięciem rundy do przodu, ale na pewno nad posunięciem rundy do przodu po swojej myśli. Zazwyczaj tak aby przeciwnikowi dogryźć. S. nie lubi, gdy w ten sposób traktuje się partnera w grze, ale cóż począć? Każdy gra jak chce i jak potrafi.
G. widział bowiem kilka nieprawidłowości. Runda się nie posuwała, więc zaczął rozmowę z Żydem.
-Powoli idzie.
-Dość- odpowiedział obojętnym głosem Żyd.
-Rzec by można, że stanęło.
-Stanęło- tym samym głosem odpowiedział Żyd.
-Miał pan kiedyś taką sytuację?
-W sumie... może.
-Gdyby było dobrze... znaczy się... Inaczej. Inaczej- w sensie zacznę.
"Oho." pomyślał S.
-Zasadniczo to chyba jeżeli gracz ma jednocześnie zbyt wiele kart, ma obowiązek oddać je w przeciągu dwóch minut...- tutaj G. dobrał pierwszą kartę.
-Prawda to.
-I tak sobie myślę...-dobrał drugą- czy widział pan może pogodę za oknem?- powiedział, gdy sięgał po trzecią
-Ładna, chmury ciekawie do przodu idą.
-O tym samym pomyślałem! Pan przeprosi, sięgnę tylko, i już...
-Czas leci...- pozwolił sobie zauważyć S.
-Ano jak ten czas leci!- potwierdził G.
-Jeszcze czas, panie G.- zwrócił się S. do G.
-Czas to pieniądz- zauważył Żyd.
-Ekhm... dług rzecz święta- pozwolił sobie przypomnieć o rozgrywce S.- a niezadługo termin.
-Żyd pamięta- znowu celnie zauważył Żyd, bo rzeczywiście nadal pamiętał o tym co miało być zrobione.
-O jak ten czas leci! A ja tyle kart mam- powiedział G.
-Panie G., jeszcze czas... ma pan całe 30 sekund.
-A kto by tam czekał. Zresztą, kart się nie pozbędę tylu w tej czy nawet następnej rundzie... Trzeba będzie ponownie rozdać, wedle zasad.
-Będzie trzeba- S. znał tę zagrywkę na wylot. Technicznie, jest możliwe pozbycie się nawet i dziesięciu kart w jednej rundzie, nawet nowicjusze pozbywają się dwóch kart na raz, a kilka partii pozwala na wprawę w pozbywaniu się do czterech nawet. Ale zasady są święte i dwie minuty również stały się święte. Świętym się ustępuje.
Żyd przyjął takie rozwiązanie tej rundy i rozdał karty po raz drugi. Wiedział jednak, że takiego typu partia może ciągnąć się w nieskończoność, aż któraś ze stron nie zrezygnuje i nie odda pola. Trzeba to było rozegrać w mgnieniu oka. Im szybciej tym lepiej dla końca rozgrywki. Jeżeli najbliższych parę rund przyspieszy, może to przynieść ciekawy skutek...
Pan G. patrzył na swoje karty. Teraz to miało jakąś przyszłość! Zaczął agresywnie, z ósemki i dziewiątki karo i przekazał Żydowi dwójkę trefla. Ten zripostował i oddał mu nie tylko tego jednego trefla, ale także świeżo dobranego. Ale G. nie dał się wyprowadzić z równowagi bo miał dwóch króli, a to mu pozwalało przekazać wszystkie trefle jakie miał, poza tymi na stosie. To też pospiesznie zrobił... i stanęło. Żyd przyjął karty, oddał trochę na stos, dobrał dwie i tym razem on myślał. Miał dozwolony limit kart i pozwolił sobie pomyśleć. Chciał to zakończyć szybko, ale teraz trzeba będzie myśleć.
S. nadal czytał, nasłuchiwał i obserwował. Rozgrywka dynamicznie wystartowała- dwie rundy w jedną minutę rzadko kiedy się zdarzają. Gorzej, kiedy wszystko staje.
G. zauważył pewien błąd. Nie wiedział do kogo on należał- czy do niego czy do Żyda, czy do twórcy gry, ale błąd był. Niby nic, ale jednak. Gdy go Żydowi przedstawił, zaczęli wspólnie nad nim dywagować, z czego Żyd prędzej przytakiwał, zaś G. forsował przeciwnikowi swoją opinię. I pomimo, że błąd rzeczywiście istnieć musiał- jasno to było widać- to czas mijał, a runda nie posuwała się ani o kartę do przodu. Nie było widać rozwiązania ani partii, ani błędu. A błąd był na tyle interesujący, że nie posuwał rozgrywki do przodu.
G. dawno nie znalazł tak zajmującego błędu. Zdarzały się w zasadach nieścisłości, ale... błędy? Kłopoty? To było dla niego rzeczą samą w sobie ciekawą. W końcu zasady nie po to były tworzone aby nie działały należycie. Więcej nawet- jeżeli istniał taki jeden błąd, to czy było ich więcej? Mogłoby się nawet okazać, że źle grają. A wówczas cała partia wzięłaby w łeb i kto wie, czy nie wszystkie wcześniej rozegrane- jakby poświęcić im więcej czasu.
-To zbyt istotna sprawa. Sądzę, że to nią trzeba się najpierw zająć zanim rozgrywka pójdzie do przodu.- postanowił G.
-Pragnę jednak zauważyć, że zgodził się pan na rozegranie partii o taką a nie inną stawkę w nie innym jak dzisiejszym dniu o nie innej a obecnej porze. Świadka mam- Żyda opłaconego.
-Poświadczam- wtrącił Żyd.
-Lecz niech pan na to z tej spojrzy strony. Przed nami jest możliwość... zmodyfikowania gry!
-Nieprawda. Wystarczy naprawić błąd. Można go w istocie nawet zignorować.
-Zignorować?! Przez to przecież cała gra jest błędna. A przecież opiera się ona na zasadach. Jeżeli zasady są błędne, to jak może następować prawidłowy postęp w rozgrywce?
-Po co kombinować? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.
-Brzytwy mi tutaj pod gardło niech pan nie podstawia. To nie ma nic do rzeczy. To jest istotniejsza materia.
-Ale co tu istotniejszego? Albo...
-Nie.
-Co "nie"?
-Rozgrywka, aby iść, musi być rozwijana.
-Co ci się tak na rozwój zebrało?
-Bo jest ze wszechmiar potrzebny, nieunikniony, powszechny.
-Ale nad czym ty teraz kombinujesz, powiedz mi? Do tej pory dało się bez tego...
-Nieprawda.
-Co "nie" tym razem?
-Nie "nie", tylko nieprawda.
-Dobrze, co: "nieprawda"?
-Nie dało się prawdziwie grać, więc nieprawda.
-A jednak grano i...
-Nieprawda.
-Grano i...
-Nieprawda!
-Mogę dokończyć?
-Teoria jest nieprawdziwa, więc nie doprowadzi do ewolucji w zasadach.
-No i?
-No i to, że zmiany są potrzebne.
-Nie wiesz jednak co chcę powiedzieć.
-Wiem.
-Żydzie- tu S. zwrócił się do Żyda- kto lepiej wie co chcę powiedzieć- ja czy szanowny pan G.?
-Bóg wie- ze szczerym uśmiechem zauważył Żyd.
-Wiedziałem że mogę na ciebie liczyć- takim samym uśmiechem odpowiedział S. Po chwili jednak powrócił do tematu -Czy teraz...
-Nie.
-Jakie znowu "nie" tym razem?!
-Bo wiem, co chcesz powiedzieć. I wiem, że powiesz nieprawdę. Źle założyłeś, źle będziesz nosił własną teorię. Na co ci to?
-Powiedz mi jedno- czy jest możliwym abyś mi nie przerywał nawet nie tyle w połowie zdania, co nawet na jego początku?
-Ale po co, kiedy już wiem co chcesz powiedzieć?
-Wiesz, że takiego zachowania zazwyczaj do kulturalnych się nie zalicza?
-Błędne założenie...
-Nie po raz pierwszy coś takiego pan robisz, a teraz naprawdę pan przeginasz. Nie podoba mi się to.
-Po co odwracasz kota ogonem?
-Czasami trzeba.
Tutaj, w tym jednym momencie, G. wybuchnął szczerym, prostym, rubasznym i bardzo dotkliwym śmiechem. Przebił wszelką chęć do rozmowy na wylot, tak, że już nie dało się jej odratować. Bo jak rozmawiać, kiedy ktoś się z ciebie śmieje?
G. powrócił do błędu zaraz po tym jak zauważył, że S. umilkł. Ledwie jednak usta otworzył, S. wybuchnął:
-A idźcie wy mi do diabła z waszym problemem!
-Już nie przeszkadzamy!- odkrzyknął G. i zaczął się ubierać do wyjścia.
Żyd jednak jeszcze twardo siedział przy kartach i myślał. Myślał nad feralnym błędem. S. zajrzał mu gwałtownie w karty, zapisał jakie która ze stron miała karty oraz sfotografował jaki był ich układ. Kopie i zapiski przekazał Żydowi. Dał nawet w uniesieniu ową feralną talię obu panom na pożegnanie aby u siebie myśleli, z dala od niego. Żyd jednak stwierdził, że nie jest w stanie pomóc- nie wiedział jak. Widział zwyczajnie, że gra nie jest warta świeczki.
Na pożegnanie jedynie podał rękę, gdyż wiedział, że obu stronom taki wybuch był potrzebny. Zagadnął:
-Rękę mi chyba podasz?
-Tak, podam- z pogodnym już uśmiechem odpowiedział G.
I tak oto ani problem, ani rozgrywka nie zostały rozwiązane, ani nikt nic nie zyskał, ani też nie udało się dojść do porozumienia. Bo oto postęp dokonuje się nie wtedy, gdy na siłę sprzeciwiamy się obecnym prawdom, ale wówczas, gdy dochodzi do porozumienia i uznania jednej tezy za prawdziwą, a nie rozpatrywaniu wszystkiego w nieskończoność. Oto co chciał właśnie S. do G. powiedzieć.
Proszę o komenty nad pierwszą nowelką (bo w sumie taka nowelka wyszła :D).
Pozdrawiam
krogulczas
Zobaczymy jak się przyjmie ;)
***
Rozdanie
-Zasady są jasne, czy tak?
-Jak słoneczko, jak słoneczko...
-Gdy my gramy, nie oszukujemy. Po prostu... mamy tę partię zakończyć. Dla wyższego dobra.
-Bardzo pięknie.
-U nas wszystko dramatyczne.
-W wielkiej skali.
-I takie...
-Niebotyczne?
-A jak jakiś z nas jęknie?
-To już wszędzie jęczy, to po wszystkich barach szumi, to po wszystkich urzędach brzęczy.
-Ale kto to tam zrozumie...
-Myślałem, że zasady jasne i znane?
-A ta, ta, znane...
-No to jazda. -to rzekł Pan G. i począł karty rozdawać.
Rozdanie było dobre. Skuteczne, prawidłowe. Zwyczajnie- szczęśliwe.
Żyd przypatrywał się swoim kartom, a pan S. całej rozgrywce. Zajęty był prędzej jakimś arcydziełem, ale kto by się tym przejmował. Obserwował grę i kunszt jednocześnie- jedno oko tutaj, drugie tam, jeden dźwięk uchwycił z rozmowy, a drugi stworzył wyobraźnią. Znać było, że go karciane przeliczenia nie interesują. Nie jego to był interes- jego interesował wynik rozgrywki. A ta zaś była zacięta. Kto wie? Może i jakby im całą noc dać to by się coraz ciekawiej robiło?
Ale... to nie dla S. Marnotrawić czas, to innych i innym, a nie jego. Z tej rozgrywki miały wyniknąć poważne konsekwencje. Tak poważne, że mogły wpłynąć na całą przyszłość życia P., a już z całą pewnością na najbliższych parę miesięcy, z dobrym wiatrem na kilka lat.
Sam sobie był jednak winien... szczędził na rozgrywkę i nie dbał o zapewnienie dostatecznej kwoty- to się mogło źle skończyć. Powierzył swoją najbliższą przyszłość rozgrywce karcianej, której zasady miałby jasne dopiero po jej zakończeniu.
A zakończenie oddaliło się już po paru minutach i to w niepokojących okolicznościach.
Żyd prowadził grę dalej. Nie zależało mu na rozwiązaniu samym w sobie, bowiem swoje udziały miał- jak to Żydzi w zwyczaju mają. Chciał doprowadzić do rozwiązania... i mieć to za sobą. Zysk miał zagwarantowany- jedyne, do czego miał doprowadzić, to do rozwiązania rozgrywki, ale nie do jej przerwania, chyba, że "dałoby się to przeprowadzić". Ale zasady były trudne. Spisane nieformalnym, słownym przyrzeczeniem- oto kodeks każdej partii. Każdy kto przystępował do gry miał do wyboru szereg strategii- mógł partnera potraktować różnymi sposobami. Mógł mu nawet przy odrobinie szczęścia tak kiery i piki ze sobą zestawić, że był urządzony na całą rozgrywkę. Ale niechby mu się jaki trefl dociągnął- wówczas nie ma już prostej sprawy. Trzeba się trefla pozbyć, a najlepiej podać go gdzieś dalej, w rundkę po stole. W końcu ktoś, kiedy już dobije do dna ze wszystkimi felernymi treflami, może iść już tylko w górę. Talia ma tylko 52 karty- to jej jedyna zaleta.
I tymi też 52 kartami był Żyd teraz zainteresowany. Trefle zbierał, lecz karo nadganiał. Ten pik jeden- dama- psuł mu nieco szyki już od dwóch rund, ale źle nie było. Zresztą, z taką damą mógł wiele zwojować. Nigdy nie wiadomo jakie oblicze przybierze. Byleby z nią uważać. Chciał to tylko zakończyć- zysk miał zapewniony ponad stawkę gry u pana S.
Pan G. nie wiedział co myśleć o tym rozdaniu. Zawsze, gdy dostawał konkretne rozdanie, potrafił je odpowiednio zużyć, tak, aby wygrać. Jeżeli była potrzeba, grał długo, ale mądrze. Gorzej, że rzeczywiście długo grał. Kiedyś ponoć jedna tylko runda między nim a Todsem zajęła mu kilka dni. Trudno było, ale o dziwo nie myślał nad grą wedle zasad, ale nad odpowiednim ich wykorzystaniu do swych celów. I wykorzystał je.
Tutaj jednak było inaczej. Obserwował ich z boku, zawieszony nad arcydziełem, pan S. i to stwarzało ten szczególny rodzaj problemu, którego nie dało się ominąć. Mógłby zacząć już teraz, ale... tak wcześnie? Rozdanie nie było pomyślne, ale żeby tak od razu je wstrzymywać? Jedną z zasad było wstrzymanie partii na czas rewizji zasad, pod warunkiem zaistnienia realnego problemu niemożności rozwiązania partii, bez ograniczenia czasowego. Wówczas strony zazwyczaj zastanawiały się nad stosownym rozwiązaniem problemu.
Pan S. raczył się arcydziełem.
Pan G. mamrotał po nosem nad rozdaniem.
Żyd obserwował rozwój wydarzeń.
Taka przerwa była czasem błogosławieństwem. Pan S. czasem też miał potrzebę zagrania o własną przyszłość- jak każdy. Zasady lubił poddawać wnikliwej analizie i na tym zbudował swoją taktykę. Znając zasady, mając je zanalizowanymi, mógł je wykorzystać w uczciwy i sprawiedliwy sposób. Uchodził za osobę sprawiedliwą i zawsze tak też żył. Czasem tylko niewinnie na biało kłamał, w ostateczności łgał w żywe oczy. Ale poza tym okulary go przed belkami w oku dość skutecznie chroniły. A że plusy, to i drzazgi widział i wyciągał. Chyba, że ktoś nie chciał. Ale cóż takim począć- rękę wyciągasz, a taki nie tyle całą odgryzie, ile zwyczajnie ugryzie i wściekliznę zaszczepi. Ale S. nie z takich ran się wylizywał w przeszłości.
Pan G. niecierpliwił się. Szła już trzecia runda, a on jeszcze nie miał ani taktyki, ani, co gorsza, przewagi. Na partii mu zależało... podobnie jak i S. Tu leżał pies pogrzebany! Chociaż na boku czytał arcydzieło, był przecie tylko na boku, u boku, przy boku niemalże. Na szyi dało się wyczuć jego oddech, a bicie zdenerwowanego serca słychać było w każdej chwili ciszy jaka zalegała po ułożeniu karty przez kolejne ze stron. Gdyby G. zdecydował się na rewizję, wtedy... no właśnie. Nie wiadomo co by S. zrobił. Był przecież prostym człowiekiem, który chciał tylko dojść do prawdy i to właśnie akurat to pragnienie prawdy odzywało się w nim wtedy, kiedy G. tego nie chciał. Nie patrzył na to z perspektywy przewagi którejś ze stron. Jemu przed oczami stała jedna jedyna wizja- że raz rozpoczęta rewizja musiałaby się zakończyć. Oczywiście, stosownie poprowadzona, mogłaby doprowadzić do przerwania partii z remisowym wynikiem, lecz wówczas nikt by nie zyskał, czyli stracił- wedle logicznego wniosku tej mentalności. Tylko Żyd, który ma własne źródła dochodu jakoś by na tym wyszedł, prędzej czy później.
Pan S. widział co się święci. Znał G. Kiedy ten podczas rundy jedynie wertuje, przekłada, gniecie kolejne karty- myśli. Niekoniecznie nad posunięciem rundy do przodu, ale na pewno nad posunięciem rundy do przodu po swojej myśli. Zazwyczaj tak aby przeciwnikowi dogryźć. S. nie lubi, gdy w ten sposób traktuje się partnera w grze, ale cóż począć? Każdy gra jak chce i jak potrafi.
G. widział bowiem kilka nieprawidłowości. Runda się nie posuwała, więc zaczął rozmowę z Żydem.
-Powoli idzie.
-Dość- odpowiedział obojętnym głosem Żyd.
-Rzec by można, że stanęło.
-Stanęło- tym samym głosem odpowiedział Żyd.
-Miał pan kiedyś taką sytuację?
-W sumie... może.
-Gdyby było dobrze... znaczy się... Inaczej. Inaczej- w sensie zacznę.
"Oho." pomyślał S.
-Zasadniczo to chyba jeżeli gracz ma jednocześnie zbyt wiele kart, ma obowiązek oddać je w przeciągu dwóch minut...- tutaj G. dobrał pierwszą kartę.
-Prawda to.
-I tak sobie myślę...-dobrał drugą- czy widział pan może pogodę za oknem?- powiedział, gdy sięgał po trzecią
-Ładna, chmury ciekawie do przodu idą.
-O tym samym pomyślałem! Pan przeprosi, sięgnę tylko, i już...
-Czas leci...- pozwolił sobie zauważyć S.
-Ano jak ten czas leci!- potwierdził G.
-Jeszcze czas, panie G.- zwrócił się S. do G.
-Czas to pieniądz- zauważył Żyd.
-Ekhm... dług rzecz święta- pozwolił sobie przypomnieć o rozgrywce S.- a niezadługo termin.
-Żyd pamięta- znowu celnie zauważył Żyd, bo rzeczywiście nadal pamiętał o tym co miało być zrobione.
-O jak ten czas leci! A ja tyle kart mam- powiedział G.
-Panie G., jeszcze czas... ma pan całe 30 sekund.
-A kto by tam czekał. Zresztą, kart się nie pozbędę tylu w tej czy nawet następnej rundzie... Trzeba będzie ponownie rozdać, wedle zasad.
-Będzie trzeba- S. znał tę zagrywkę na wylot. Technicznie, jest możliwe pozbycie się nawet i dziesięciu kart w jednej rundzie, nawet nowicjusze pozbywają się dwóch kart na raz, a kilka partii pozwala na wprawę w pozbywaniu się do czterech nawet. Ale zasady są święte i dwie minuty również stały się święte. Świętym się ustępuje.
Żyd przyjął takie rozwiązanie tej rundy i rozdał karty po raz drugi. Wiedział jednak, że takiego typu partia może ciągnąć się w nieskończoność, aż któraś ze stron nie zrezygnuje i nie odda pola. Trzeba to było rozegrać w mgnieniu oka. Im szybciej tym lepiej dla końca rozgrywki. Jeżeli najbliższych parę rund przyspieszy, może to przynieść ciekawy skutek...
Pan G. patrzył na swoje karty. Teraz to miało jakąś przyszłość! Zaczął agresywnie, z ósemki i dziewiątki karo i przekazał Żydowi dwójkę trefla. Ten zripostował i oddał mu nie tylko tego jednego trefla, ale także świeżo dobranego. Ale G. nie dał się wyprowadzić z równowagi bo miał dwóch króli, a to mu pozwalało przekazać wszystkie trefle jakie miał, poza tymi na stosie. To też pospiesznie zrobił... i stanęło. Żyd przyjął karty, oddał trochę na stos, dobrał dwie i tym razem on myślał. Miał dozwolony limit kart i pozwolił sobie pomyśleć. Chciał to zakończyć szybko, ale teraz trzeba będzie myśleć.
S. nadal czytał, nasłuchiwał i obserwował. Rozgrywka dynamicznie wystartowała- dwie rundy w jedną minutę rzadko kiedy się zdarzają. Gorzej, kiedy wszystko staje.
G. zauważył pewien błąd. Nie wiedział do kogo on należał- czy do niego czy do Żyda, czy do twórcy gry, ale błąd był. Niby nic, ale jednak. Gdy go Żydowi przedstawił, zaczęli wspólnie nad nim dywagować, z czego Żyd prędzej przytakiwał, zaś G. forsował przeciwnikowi swoją opinię. I pomimo, że błąd rzeczywiście istnieć musiał- jasno to było widać- to czas mijał, a runda nie posuwała się ani o kartę do przodu. Nie było widać rozwiązania ani partii, ani błędu. A błąd był na tyle interesujący, że nie posuwał rozgrywki do przodu.
G. dawno nie znalazł tak zajmującego błędu. Zdarzały się w zasadach nieścisłości, ale... błędy? Kłopoty? To było dla niego rzeczą samą w sobie ciekawą. W końcu zasady nie po to były tworzone aby nie działały należycie. Więcej nawet- jeżeli istniał taki jeden błąd, to czy było ich więcej? Mogłoby się nawet okazać, że źle grają. A wówczas cała partia wzięłaby w łeb i kto wie, czy nie wszystkie wcześniej rozegrane- jakby poświęcić im więcej czasu.
-To zbyt istotna sprawa. Sądzę, że to nią trzeba się najpierw zająć zanim rozgrywka pójdzie do przodu.- postanowił G.
-Pragnę jednak zauważyć, że zgodził się pan na rozegranie partii o taką a nie inną stawkę w nie innym jak dzisiejszym dniu o nie innej a obecnej porze. Świadka mam- Żyda opłaconego.
-Poświadczam- wtrącił Żyd.
-Lecz niech pan na to z tej spojrzy strony. Przed nami jest możliwość... zmodyfikowania gry!
-Nieprawda. Wystarczy naprawić błąd. Można go w istocie nawet zignorować.
-Zignorować?! Przez to przecież cała gra jest błędna. A przecież opiera się ona na zasadach. Jeżeli zasady są błędne, to jak może następować prawidłowy postęp w rozgrywce?
-Po co kombinować? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.
-Brzytwy mi tutaj pod gardło niech pan nie podstawia. To nie ma nic do rzeczy. To jest istotniejsza materia.
-Ale co tu istotniejszego? Albo...
-Nie.
-Co "nie"?
-Rozgrywka, aby iść, musi być rozwijana.
-Co ci się tak na rozwój zebrało?
-Bo jest ze wszechmiar potrzebny, nieunikniony, powszechny.
-Ale nad czym ty teraz kombinujesz, powiedz mi? Do tej pory dało się bez tego...
-Nieprawda.
-Co "nie" tym razem?
-Nie "nie", tylko nieprawda.
-Dobrze, co: "nieprawda"?
-Nie dało się prawdziwie grać, więc nieprawda.
-A jednak grano i...
-Nieprawda.
-Grano i...
-Nieprawda!
-Mogę dokończyć?
-Teoria jest nieprawdziwa, więc nie doprowadzi do ewolucji w zasadach.
-No i?
-No i to, że zmiany są potrzebne.
-Nie wiesz jednak co chcę powiedzieć.
-Wiem.
-Żydzie- tu S. zwrócił się do Żyda- kto lepiej wie co chcę powiedzieć- ja czy szanowny pan G.?
-Bóg wie- ze szczerym uśmiechem zauważył Żyd.
-Wiedziałem że mogę na ciebie liczyć- takim samym uśmiechem odpowiedział S. Po chwili jednak powrócił do tematu -Czy teraz...
-Nie.
-Jakie znowu "nie" tym razem?!
-Bo wiem, co chcesz powiedzieć. I wiem, że powiesz nieprawdę. Źle założyłeś, źle będziesz nosił własną teorię. Na co ci to?
-Powiedz mi jedno- czy jest możliwym abyś mi nie przerywał nawet nie tyle w połowie zdania, co nawet na jego początku?
-Ale po co, kiedy już wiem co chcesz powiedzieć?
-Wiesz, że takiego zachowania zazwyczaj do kulturalnych się nie zalicza?
-Błędne założenie...
-Nie po raz pierwszy coś takiego pan robisz, a teraz naprawdę pan przeginasz. Nie podoba mi się to.
-Po co odwracasz kota ogonem?
-Czasami trzeba.
Tutaj, w tym jednym momencie, G. wybuchnął szczerym, prostym, rubasznym i bardzo dotkliwym śmiechem. Przebił wszelką chęć do rozmowy na wylot, tak, że już nie dało się jej odratować. Bo jak rozmawiać, kiedy ktoś się z ciebie śmieje?
G. powrócił do błędu zaraz po tym jak zauważył, że S. umilkł. Ledwie jednak usta otworzył, S. wybuchnął:
-A idźcie wy mi do diabła z waszym problemem!
-Już nie przeszkadzamy!- odkrzyknął G. i zaczął się ubierać do wyjścia.
Żyd jednak jeszcze twardo siedział przy kartach i myślał. Myślał nad feralnym błędem. S. zajrzał mu gwałtownie w karty, zapisał jakie która ze stron miała karty oraz sfotografował jaki był ich układ. Kopie i zapiski przekazał Żydowi. Dał nawet w uniesieniu ową feralną talię obu panom na pożegnanie aby u siebie myśleli, z dala od niego. Żyd jednak stwierdził, że nie jest w stanie pomóc- nie wiedział jak. Widział zwyczajnie, że gra nie jest warta świeczki.
Na pożegnanie jedynie podał rękę, gdyż wiedział, że obu stronom taki wybuch był potrzebny. Zagadnął:
-Rękę mi chyba podasz?
-Tak, podam- z pogodnym już uśmiechem odpowiedział G.
I tak oto ani problem, ani rozgrywka nie zostały rozwiązane, ani nikt nic nie zyskał, ani też nie udało się dojść do porozumienia. Bo oto postęp dokonuje się nie wtedy, gdy na siłę sprzeciwiamy się obecnym prawdom, ale wówczas, gdy dochodzi do porozumienia i uznania jednej tezy za prawdziwą, a nie rozpatrywaniu wszystkiego w nieskończoność. Oto co chciał właśnie S. do G. powiedzieć.
***
Proszę o komenty nad pierwszą nowelką (bo w sumie taka nowelka wyszła :D).
Pozdrawiam
krogulczas
niedziela, 3 czerwca 2007
I przed siebie.
Znowu jeden z tych momentów, kiedy wchodzę na bloga i ni z tego ni z owego po kolejnej chwili wchodzę na własne konto. Z niego przechodzę do ekranu dodania nowej notki. I tak się to kręci.
W tle leci "Frantic" Metallici. Udało mi się w końcu zapamiętać i poprosić kumpla aby mi nagrał te płyty co ma.
***
Jak zajrzałem do tekstu to od razu przypadła mi do gustu. Tak jak wcześniej lubiłem agresywne brzmienie gitary elektrycznej, tak teraz jeszcze tekst się nawinął.
If I could have my wasted days back,
Would I use them to get back on track?
Stop to warm at karmas burning,
Or Look ahead, but keep on turning.
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Could I have my wasted days back?
Would I use them to get back on track.
You live it or you lie it!
You live it or you lie it!
My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!
Keep searching
Keep on searching
This search goes on
This search goes on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made
Treading water full of worry
This frantic tick tick talk of hurry
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made
You live it or you lie it!
You live it or you lie it!
My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.
Keep searching.
Yeah, Keep on searching.
This search goes on.
on and on!
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Oh My lifestyle (Birth is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Life is Pain) that pushes to the other side!
My lifestyle (Death is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Its All The Same) that pushes to the other side!
Keep searching
Keep on searching
This search goes on
on and on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
on and on.
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tick tock
***
Dzieje się, co dziać się ma. Dzień dziecka z głowy, dzisiejsza sobota też zleciała- trochę na muzyce, trochę na youtubie, trochę na "Moralności pani Dulskiej". Pani Janowska-Zapolska odwaliła kawał dobrej roboty. Trudna lektura, ale jeżeli wszystko będzie stało na podobnym poziomie w Młodej Polsce/Modernizmie/Neoromantyzmie, to (z braku jakiegoś sensownie brzmiącego tłumaczenia) I'm looking forward to it.
***
Leci "St. Anger".
Też agresywny utwór. W słowie i w muzyce. Cały album zasadniczo skupił swoją siłę przekazu w mocnym brzmieniu.
***
Czy żyjemy tu i teraz, czy żyliśmy kilkaset lat wcześniej, nasza cywilizacja nie posunęła się do przodu. Wciąż, jako gatunek, dążymy do egoistycznego poprawienia własnego bytu, wykorzystując jedynie bardziej wyrafinowane środki.
***
Wczoraj skończyłem świetną serię anime. NHK ni Youkoso! Ew. Welcome to NHK! [Nihon Hikkikomori Kyokai- pol. (Wszech)Japońska Organizacja Hikkikomori].
Anime bez dwóch zdań należy zaliczyć do gatunku "Slice of life story" (pol. termin "Okruchy życia; takim gatunkiem jest również "Noc na Ziemi" Jarmuscha), czyli gatunek opowiadający historię (bardzo) dosłownie z życia wziętą.
Fabuła tej 24-odcinkowej serii skupia się na losach Tatsuhiro Sato, od prawie czterech lat regularnego hikkikomori. Osoby młodej, bo zaledwie 22-letniej, mającej aż nadto życia prywatnego, za to wcale nie spieszy się takiemu hikkikomori wyjść na zewnątrz, do ludzi, do rzeczywistości. Aby żyć, wykorzystuje kieszonkowe od rodziców, ktore powinien przeznaczać na naukę w Uniwersytecie Tokio, który jednak rzucił po zaledwie sześciu miesiącach. Po jedzenie w nocy, z dala od ludzi, wyjdzie. Po to, aby opieprzyć sąsiada mieszkającego za ścianą, który od ponad miesiąca na pełny regulator puszcza jakąś piorącą mózg piosenkę z anime gorszą od niejednego disco-polo-hitu- to już dla izolującego się hikkikomori zbyt wiele.
Całe szczęście nie obserwujemy jedynie ciągłych losów tegoż delikwenta. Stopniowo poznajemy nowe postaci
-Misaki Nakahara, która chce go ocalić od szczeźnięcia jako wyrzutek
-Yamazaki'ego, czyli sąsiada, jak się okazuje kolegę z liceum, którego kiedyś uratował od pobicia (nota bene: sam gorzej dostał) oraz współwłaściciela firmy Y(amazaki).S(ato). Company tj. firmy w niedalekiej przyszłości produkującej setki najlepszej jakości eroge, galge, czy jakkolwiek nazwać gry fabularne mające na celu podryw, flirt i zdobycie jednej z wykreowanych taśmowo bohaterek,
-oraz osoba mająca wielki wpływ na Sato (praktycznie jest niespełniona miłość)- Hitomi Kashiwa, zwaną najczęściej "senpai", chora na bliżej nieokreśloną dolegliwość, przez którą jest hospitalizowana w trzech szpitalach, a swój stan albo wyjaśnia światową konspiracją, albo uśmierza kilkoma stosownymi tabletkami.
Należy powiedzieć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze- grafiki trzeba się bać. Jest nie dość, że zadziwiająco szczegółowa, to jednak w momentach np. włączenia się wyobraźni Sato, Yamazaki'ego lub kogokolwiek... Tu trzeba studiu Gonzo oddać honory- na grafice się znają jak mało kto. Naczelnym systemem jest Mindows, a najlepszą wyszukiwarką- qoogle, bohater pije Pantę i pali Warlbooro Lights. To głównie poprzez stosowną animację, kreskę lub wyróżnienie osiąga się w tym anime dowcip na nadzwyczaj wysokim poziomie przy zachowaniu maksimum realizmu. W końcu, czy jest coś bardziej komicznego od np. ludzkiej wyobraźni? A tutaj na ekran została przelana wyobraźnia osoby co najmniej nieprzystosowanej do życia w społeczeństwie i prędzej słuchającej porad czajnika elektrycznego niż zdrowego rozsądku.
Druga sprawa- tzw. z drugiej strony. Jeżeli ktoś nastawiłby się jedynie na skonsumowanie sobie takiego cymesika i że wystarczyłoby wyłączyć rozum, srodze się zawiedzie. Gatunek zobowiązuje. I twórcy poczuli się zobowiązani. Nie mam tutaj na myśli morału. Prędzej nazwałbym to refleksją. Szczególnie, że w czasie rozwoju akcji nie są obce motywy podejmowania pracy, życia na własny rachunek, planowania i zakładania rodziny, bycie naciąganym przez organizację MLM, przez rzucanie osoby ukochanej po samobójstwa...
NHK ni Youkoso! mnie osobiście bardzo pozytywnie zaskoczyło. Tak jak musiałem swoją psychikę zbierać do kupy co kilka minut w pierwszych odcinków, tak potem było jeszcze lepiej- okazało się, że ma to jakiś morał. I to taki naprawdę życiowy, nie w stylu "każdy musi kogoś kochać", "ktoś na pewno gdzieś tam cię kocha", "nie bierz", "grunt to rodzina" itp. bzdety. Nic z tych rzeczy. Bardziej niż "życiowy" pasowałoby "ludzki". Nie zmienia to jednak faktu, że zanim się do niego dochodzi, czeka na oglądacza kupa śmiechu, upadków na podłogę nieświadomych (każdego dopada rotfl) lub świadomych (celem poszukania psychiki, która poszła się przewietrzyć z nadmiaru wrażeń).
Jeżeli ktoś poczuł się zainteresowany, dostęp do całej serii jest u mnie. Ew. poszukajcie sobie jakiegos torrenta ;). Ja osobiście polecam jeszcze bardzo dobry artykuł na angielskiej wersji Wikipedii: link
***
W życiu najważniejsze jest zrozumienie faktu,
że głupcy także mają czasem rację.
Winston Leonard Spencer Churchill (1874 - 1965)
To jako taki akcent kończący, na wypadek gdyby ktoś a) przeczytał i uznał, że zmarnował swoj czas lub b) przeczytał początek i przewinął na koniec aby, jak rasowy producent, zobaczyć, czy dziełko dobrze się kończy ;).
Pozdrawiam
krogulczas
P.S. Nie planowałem pisania recenzji. Ale chyba nie tak źle jak na pierwszą w życiu recenzję czegoś o czym mam trochę pojęcia :P. No i ponadto żal by było ją zostawić w odmętach dysku lub (o zgrozo!) skasować.
Edit: Serdecznie polecam ściągnięcie utworu zespołu The Raconteurs "Steady as she goes", opcjonalnie całą płytę, ale mnie osobiście jedynie ten utwór przypadł do gustu: link. Proste, a jednak cieszy :).
W tle leci "Frantic" Metallici. Udało mi się w końcu zapamiętać i poprosić kumpla aby mi nagrał te płyty co ma.
***
Jak zajrzałem do tekstu to od razu przypadła mi do gustu. Tak jak wcześniej lubiłem agresywne brzmienie gitary elektrycznej, tak teraz jeszcze tekst się nawinął.
If I could have my wasted days back,
Would I use them to get back on track?
Stop to warm at karmas burning,
Or Look ahead, but keep on turning.
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Could I have my wasted days back?
Would I use them to get back on track.
You live it or you lie it!
You live it or you lie it!
My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!
Keep searching
Keep on searching
This search goes on
This search goes on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made
Treading water full of worry
This frantic tick tick talk of hurry
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made
You live it or you lie it!
You live it or you lie it!
My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.
Keep searching.
Yeah, Keep on searching.
This search goes on.
on and on!
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?
Oh My lifestyle (Birth is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Life is Pain) that pushes to the other side!
My lifestyle (Death is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Its All The Same) that pushes to the other side!
Keep searching
Keep on searching
This search goes on
on and on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
on and on.
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tick tock
***
Dzieje się, co dziać się ma. Dzień dziecka z głowy, dzisiejsza sobota też zleciała- trochę na muzyce, trochę na youtubie, trochę na "Moralności pani Dulskiej". Pani Janowska-Zapolska odwaliła kawał dobrej roboty. Trudna lektura, ale jeżeli wszystko będzie stało na podobnym poziomie w Młodej Polsce/Modernizmie/Neoromantyzmie, to (z braku jakiegoś sensownie brzmiącego tłumaczenia) I'm looking forward to it.
***
Leci "St. Anger".
Też agresywny utwór. W słowie i w muzyce. Cały album zasadniczo skupił swoją siłę przekazu w mocnym brzmieniu.
***
Czy żyjemy tu i teraz, czy żyliśmy kilkaset lat wcześniej, nasza cywilizacja nie posunęła się do przodu. Wciąż, jako gatunek, dążymy do egoistycznego poprawienia własnego bytu, wykorzystując jedynie bardziej wyrafinowane środki.
***
Wczoraj skończyłem świetną serię anime. NHK ni Youkoso! Ew. Welcome to NHK! [Nihon Hikkikomori Kyokai- pol. (Wszech)Japońska Organizacja Hikkikomori].
Anime bez dwóch zdań należy zaliczyć do gatunku "Slice of life story" (pol. termin "Okruchy życia; takim gatunkiem jest również "Noc na Ziemi" Jarmuscha), czyli gatunek opowiadający historię (bardzo) dosłownie z życia wziętą.
Fabuła tej 24-odcinkowej serii skupia się na losach Tatsuhiro Sato, od prawie czterech lat regularnego hikkikomori. Osoby młodej, bo zaledwie 22-letniej, mającej aż nadto życia prywatnego, za to wcale nie spieszy się takiemu hikkikomori wyjść na zewnątrz, do ludzi, do rzeczywistości. Aby żyć, wykorzystuje kieszonkowe od rodziców, ktore powinien przeznaczać na naukę w Uniwersytecie Tokio, który jednak rzucił po zaledwie sześciu miesiącach. Po jedzenie w nocy, z dala od ludzi, wyjdzie. Po to, aby opieprzyć sąsiada mieszkającego za ścianą, który od ponad miesiąca na pełny regulator puszcza jakąś piorącą mózg piosenkę z anime gorszą od niejednego disco-polo-hitu- to już dla izolującego się hikkikomori zbyt wiele.
Całe szczęście nie obserwujemy jedynie ciągłych losów tegoż delikwenta. Stopniowo poznajemy nowe postaci
-Misaki Nakahara, która chce go ocalić od szczeźnięcia jako wyrzutek
-Yamazaki'ego, czyli sąsiada, jak się okazuje kolegę z liceum, którego kiedyś uratował od pobicia (nota bene: sam gorzej dostał) oraz współwłaściciela firmy Y(amazaki).S(ato). Company tj. firmy w niedalekiej przyszłości produkującej setki najlepszej jakości eroge, galge, czy jakkolwiek nazwać gry fabularne mające na celu podryw, flirt i zdobycie jednej z wykreowanych taśmowo bohaterek,
-oraz osoba mająca wielki wpływ na Sato (praktycznie jest niespełniona miłość)- Hitomi Kashiwa, zwaną najczęściej "senpai", chora na bliżej nieokreśloną dolegliwość, przez którą jest hospitalizowana w trzech szpitalach, a swój stan albo wyjaśnia światową konspiracją, albo uśmierza kilkoma stosownymi tabletkami.
Należy powiedzieć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze- grafiki trzeba się bać. Jest nie dość, że zadziwiająco szczegółowa, to jednak w momentach np. włączenia się wyobraźni Sato, Yamazaki'ego lub kogokolwiek... Tu trzeba studiu Gonzo oddać honory- na grafice się znają jak mało kto. Naczelnym systemem jest Mindows, a najlepszą wyszukiwarką- qoogle, bohater pije Pantę i pali Warlbooro Lights. To głównie poprzez stosowną animację, kreskę lub wyróżnienie osiąga się w tym anime dowcip na nadzwyczaj wysokim poziomie przy zachowaniu maksimum realizmu. W końcu, czy jest coś bardziej komicznego od np. ludzkiej wyobraźni? A tutaj na ekran została przelana wyobraźnia osoby co najmniej nieprzystosowanej do życia w społeczeństwie i prędzej słuchającej porad czajnika elektrycznego niż zdrowego rozsądku.
Druga sprawa- tzw. z drugiej strony. Jeżeli ktoś nastawiłby się jedynie na skonsumowanie sobie takiego cymesika i że wystarczyłoby wyłączyć rozum, srodze się zawiedzie. Gatunek zobowiązuje. I twórcy poczuli się zobowiązani. Nie mam tutaj na myśli morału. Prędzej nazwałbym to refleksją. Szczególnie, że w czasie rozwoju akcji nie są obce motywy podejmowania pracy, życia na własny rachunek, planowania i zakładania rodziny, bycie naciąganym przez organizację MLM, przez rzucanie osoby ukochanej po samobójstwa...
NHK ni Youkoso! mnie osobiście bardzo pozytywnie zaskoczyło. Tak jak musiałem swoją psychikę zbierać do kupy co kilka minut w pierwszych odcinków, tak potem było jeszcze lepiej- okazało się, że ma to jakiś morał. I to taki naprawdę życiowy, nie w stylu "każdy musi kogoś kochać", "ktoś na pewno gdzieś tam cię kocha", "nie bierz", "grunt to rodzina" itp. bzdety. Nic z tych rzeczy. Bardziej niż "życiowy" pasowałoby "ludzki". Nie zmienia to jednak faktu, że zanim się do niego dochodzi, czeka na oglądacza kupa śmiechu, upadków na podłogę nieświadomych (każdego dopada rotfl) lub świadomych (celem poszukania psychiki, która poszła się przewietrzyć z nadmiaru wrażeń).
Jeżeli ktoś poczuł się zainteresowany, dostęp do całej serii jest u mnie. Ew. poszukajcie sobie jakiegos torrenta ;). Ja osobiście polecam jeszcze bardzo dobry artykuł na angielskiej wersji Wikipedii: link
***
W życiu najważniejsze jest zrozumienie faktu,
że głupcy także mają czasem rację.
Winston Leonard Spencer Churchill (1874 - 1965)
To jako taki akcent kończący, na wypadek gdyby ktoś a) przeczytał i uznał, że zmarnował swoj czas lub b) przeczytał początek i przewinął na koniec aby, jak rasowy producent, zobaczyć, czy dziełko dobrze się kończy ;).
Pozdrawiam
krogulczas
P.S. Nie planowałem pisania recenzji. Ale chyba nie tak źle jak na pierwszą w życiu recenzję czegoś o czym mam trochę pojęcia :P. No i ponadto żal by było ją zostawić w odmętach dysku lub (o zgrozo!) skasować.
Edit: Serdecznie polecam ściągnięcie utworu zespołu The Raconteurs "Steady as she goes", opcjonalnie całą płytę, ale mnie osobiście jedynie ten utwór przypadł do gustu: link. Proste, a jednak cieszy :).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
