czwartek, 7 czerwca 2007

Rozdanie

Życie pisze najlepsze scenariusze. Do napisania poniższych wypocin zainspirowała mnie dzisiejsza (a właściwie wczorajsza, bo ok. 4 godzin zajęło mi napisanie poniższego opowiadanka) sytuacja.
Zobaczymy jak się przyjmie ;)

***



Rozdanie



-Zasady są jasne, czy tak?
-Jak słoneczko, jak słoneczko...
-Gdy my gramy, nie oszukujemy. Po prostu... mamy tę partię zakończyć. Dla wyższego dobra.
-Bardzo pięknie.
-U nas wszystko dramatyczne.
-W wielkiej skali.
-I takie...
-Niebotyczne?
-A jak jakiś z nas jęknie?
-To już wszędzie jęczy, to po wszystkich barach szumi, to po wszystkich urzędach brzęczy.
-Ale kto to tam zrozumie...
-Myślałem, że zasady jasne i znane?
-A ta, ta, znane...
-No to jazda. -to rzekł Pan G. i począł karty rozdawać.
Rozdanie było dobre. Skuteczne, prawidłowe. Zwyczajnie- szczęśliwe.
Żyd przypatrywał się swoim kartom, a pan S. całej rozgrywce. Zajęty był prędzej jakimś arcydziełem, ale kto by się tym przejmował. Obserwował grę i kunszt jednocześnie- jedno oko tutaj, drugie tam, jeden dźwięk uchwycił z rozmowy, a drugi stworzył wyobraźnią. Znać było, że go karciane przeliczenia nie interesują. Nie jego to był interes- jego interesował wynik rozgrywki. A ta zaś była zacięta. Kto wie? Może i jakby im całą noc dać to by się coraz ciekawiej robiło?
Ale... to nie dla S. Marnotrawić czas, to innych i innym, a nie jego. Z tej rozgrywki miały wyniknąć poważne konsekwencje. Tak poważne, że mogły wpłynąć na całą przyszłość życia P., a już z całą pewnością na najbliższych parę miesięcy, z dobrym wiatrem na kilka lat.
Sam sobie był jednak winien... szczędził na rozgrywkę i nie dbał o zapewnienie dostatecznej kwoty- to się mogło źle skończyć. Powierzył swoją najbliższą przyszłość rozgrywce karcianej, której zasady miałby jasne dopiero po jej zakończeniu.
A zakończenie oddaliło się już po paru minutach i to w niepokojących okolicznościach.

Żyd prowadził grę dalej. Nie zależało mu na rozwiązaniu samym w sobie, bowiem swoje udziały miał- jak to Żydzi w zwyczaju mają. Chciał doprowadzić do rozwiązania... i mieć to za sobą. Zysk miał zagwarantowany- jedyne, do czego miał doprowadzić, to do rozwiązania rozgrywki, ale nie do jej przerwania, chyba, że "dałoby się to przeprowadzić". Ale zasady były trudne. Spisane nieformalnym, słownym przyrzeczeniem- oto kodeks każdej partii. Każdy kto przystępował do gry miał do wyboru szereg strategii- mógł partnera potraktować różnymi sposobami. Mógł mu nawet przy odrobinie szczęścia tak kiery i piki ze sobą zestawić, że był urządzony na całą rozgrywkę. Ale niechby mu się jaki trefl dociągnął- wówczas nie ma już prostej sprawy. Trzeba się trefla pozbyć, a najlepiej podać go gdzieś dalej, w rundkę po stole. W końcu ktoś, kiedy już dobije do dna ze wszystkimi felernymi treflami, może iść już tylko w górę. Talia ma tylko 52 karty- to jej jedyna zaleta.
I tymi też 52 kartami był Żyd teraz zainteresowany. Trefle zbierał, lecz karo nadganiał. Ten pik jeden- dama- psuł mu nieco szyki już od dwóch rund, ale źle nie było. Zresztą, z taką damą mógł wiele zwojować. Nigdy nie wiadomo jakie oblicze przybierze. Byleby z nią uważać. Chciał to tylko zakończyć- zysk miał zapewniony ponad stawkę gry u pana S.
Pan G. nie wiedział co myśleć o tym rozdaniu. Zawsze, gdy dostawał konkretne rozdanie, potrafił je odpowiednio zużyć, tak, aby wygrać. Jeżeli była potrzeba, grał długo, ale mądrze. Gorzej, że rzeczywiście długo grał. Kiedyś ponoć jedna tylko runda między nim a Todsem zajęła mu kilka dni. Trudno było, ale o dziwo nie myślał nad grą wedle zasad, ale nad odpowiednim ich wykorzystaniu do swych celów. I wykorzystał je.

Tutaj jednak było inaczej. Obserwował ich z boku, zawieszony nad arcydziełem, pan S. i to stwarzało ten szczególny rodzaj problemu, którego nie dało się ominąć. Mógłby zacząć już teraz, ale... tak wcześnie? Rozdanie nie było pomyślne, ale żeby tak od razu je wstrzymywać? Jedną z zasad było wstrzymanie partii na czas rewizji zasad, pod warunkiem zaistnienia realnego problemu niemożności rozwiązania partii, bez ograniczenia czasowego. Wówczas strony zazwyczaj zastanawiały się nad stosownym rozwiązaniem problemu.

Pan S. raczył się arcydziełem.
Pan G. mamrotał po nosem nad rozdaniem.
Żyd obserwował rozwój wydarzeń.

Taka przerwa była czasem błogosławieństwem. Pan S. czasem też miał potrzebę zagrania o własną przyszłość- jak każdy. Zasady lubił poddawać wnikliwej analizie i na tym zbudował swoją taktykę. Znając zasady, mając je zanalizowanymi, mógł je wykorzystać w uczciwy i sprawiedliwy sposób. Uchodził za osobę sprawiedliwą i zawsze tak też żył. Czasem tylko niewinnie na biało kłamał, w ostateczności łgał w żywe oczy. Ale poza tym okulary go przed belkami w oku dość skutecznie chroniły. A że plusy, to i drzazgi widział i wyciągał. Chyba, że ktoś nie chciał. Ale cóż takim począć- rękę wyciągasz, a taki nie tyle całą odgryzie, ile zwyczajnie ugryzie i wściekliznę zaszczepi. Ale S. nie z takich ran się wylizywał w przeszłości.

Pan G. niecierpliwił się. Szła już trzecia runda, a on jeszcze nie miał ani taktyki, ani, co gorsza, przewagi. Na partii mu zależało... podobnie jak i S. Tu leżał pies pogrzebany! Chociaż na boku czytał arcydzieło, był przecie tylko na boku, u boku, przy boku niemalże. Na szyi dało się wyczuć jego oddech, a bicie zdenerwowanego serca słychać było w każdej chwili ciszy jaka zalegała po ułożeniu karty przez kolejne ze stron. Gdyby G. zdecydował się na rewizję, wtedy... no właśnie. Nie wiadomo co by S. zrobił. Był przecież prostym człowiekiem, który chciał tylko dojść do prawdy i to właśnie akurat to pragnienie prawdy odzywało się w nim wtedy, kiedy G. tego nie chciał. Nie patrzył na to z perspektywy przewagi którejś ze stron. Jemu przed oczami stała jedna jedyna wizja- że raz rozpoczęta rewizja musiałaby się zakończyć. Oczywiście, stosownie poprowadzona, mogłaby doprowadzić do przerwania partii z remisowym wynikiem, lecz wówczas nikt by nie zyskał, czyli stracił- wedle logicznego wniosku tej mentalności. Tylko Żyd, który ma własne źródła dochodu jakoś by na tym wyszedł, prędzej czy później.
Pan S. widział co się święci. Znał G. Kiedy ten podczas rundy jedynie wertuje, przekłada, gniecie kolejne karty- myśli. Niekoniecznie nad posunięciem rundy do przodu, ale na pewno nad posunięciem rundy do przodu po swojej myśli. Zazwyczaj tak aby przeciwnikowi dogryźć. S. nie lubi, gdy w ten sposób traktuje się partnera w grze, ale cóż począć? Każdy gra jak chce i jak potrafi.
G. widział bowiem kilka nieprawidłowości. Runda się nie posuwała, więc zaczął rozmowę z Żydem.
-Powoli idzie.
-Dość- odpowiedział obojętnym głosem Żyd.
-Rzec by można, że stanęło.
-Stanęło- tym samym głosem odpowiedział Żyd.
-Miał pan kiedyś taką sytuację?
-W sumie... może.
-Gdyby było dobrze... znaczy się... Inaczej. Inaczej- w sensie zacznę.
"Oho." pomyślał S.
-Zasadniczo to chyba jeżeli gracz ma jednocześnie zbyt wiele kart, ma obowiązek oddać je w przeciągu dwóch minut...- tutaj G. dobrał pierwszą kartę.
-Prawda to.
-I tak sobie myślę...-dobrał drugą- czy widział pan może pogodę za oknem?- powiedział, gdy sięgał po trzecią
-Ładna, chmury ciekawie do przodu idą.
-O tym samym pomyślałem! Pan przeprosi, sięgnę tylko, i już...
-Czas leci...- pozwolił sobie zauważyć S.
-Ano jak ten czas leci!- potwierdził G.
-Jeszcze czas, panie G.- zwrócił się S. do G.
-Czas to pieniądz- zauważył Żyd.
-Ekhm... dług rzecz święta- pozwolił sobie przypomnieć o rozgrywce S.- a niezadługo termin.
-Żyd pamięta- znowu celnie zauważył Żyd, bo rzeczywiście nadal pamiętał o tym co miało być zrobione.
-O jak ten czas leci! A ja tyle kart mam- powiedział G.
-Panie G., jeszcze czas... ma pan całe 30 sekund.
-A kto by tam czekał. Zresztą, kart się nie pozbędę tylu w tej czy nawet następnej rundzie... Trzeba będzie ponownie rozdać, wedle zasad.
-Będzie trzeba- S. znał tę zagrywkę na wylot. Technicznie, jest możliwe pozbycie się nawet i dziesięciu kart w jednej rundzie, nawet nowicjusze pozbywają się dwóch kart na raz, a kilka partii pozwala na wprawę w pozbywaniu się do czterech nawet. Ale zasady są święte i dwie minuty również stały się święte. Świętym się ustępuje.
Żyd przyjął takie rozwiązanie tej rundy i rozdał karty po raz drugi. Wiedział jednak, że takiego typu partia może ciągnąć się w nieskończoność, aż któraś ze stron nie zrezygnuje i nie odda pola. Trzeba to było rozegrać w mgnieniu oka. Im szybciej tym lepiej dla końca rozgrywki. Jeżeli najbliższych parę rund przyspieszy, może to przynieść ciekawy skutek...

Pan G. patrzył na swoje karty. Teraz to miało jakąś przyszłość! Zaczął agresywnie, z ósemki i dziewiątki karo i przekazał Żydowi dwójkę trefla. Ten zripostował i oddał mu nie tylko tego jednego trefla, ale także świeżo dobranego. Ale G. nie dał się wyprowadzić z równowagi bo miał dwóch króli, a to mu pozwalało przekazać wszystkie trefle jakie miał, poza tymi na stosie. To też pospiesznie zrobił... i stanęło. Żyd przyjął karty, oddał trochę na stos, dobrał dwie i tym razem on myślał. Miał dozwolony limit kart i pozwolił sobie pomyśleć. Chciał to zakończyć szybko, ale teraz trzeba będzie myśleć.
S. nadal czytał, nasłuchiwał i obserwował. Rozgrywka dynamicznie wystartowała- dwie rundy w jedną minutę rzadko kiedy się zdarzają. Gorzej, kiedy wszystko staje.
G. zauważył pewien błąd. Nie wiedział do kogo on należał- czy do niego czy do Żyda, czy do twórcy gry, ale błąd był. Niby nic, ale jednak. Gdy go Żydowi przedstawił, zaczęli wspólnie nad nim dywagować, z czego Żyd prędzej przytakiwał, zaś G. forsował przeciwnikowi swoją opinię. I pomimo, że błąd rzeczywiście istnieć musiał- jasno to było widać- to czas mijał, a runda nie posuwała się ani o kartę do przodu. Nie było widać rozwiązania ani partii, ani błędu. A błąd był na tyle interesujący, że nie posuwał rozgrywki do przodu.
G. dawno nie znalazł tak zajmującego błędu. Zdarzały się w zasadach nieścisłości, ale... błędy? Kłopoty? To było dla niego rzeczą samą w sobie ciekawą. W końcu zasady nie po to były tworzone aby nie działały należycie. Więcej nawet- jeżeli istniał taki jeden błąd, to czy było ich więcej? Mogłoby się nawet okazać, że źle grają. A wówczas cała partia wzięłaby w łeb i kto wie, czy nie wszystkie wcześniej rozegrane- jakby poświęcić im więcej czasu.
-To zbyt istotna sprawa. Sądzę, że to nią trzeba się najpierw zająć zanim rozgrywka pójdzie do przodu.- postanowił G.
-Pragnę jednak zauważyć, że zgodził się pan na rozegranie partii o taką a nie inną stawkę w nie innym jak dzisiejszym dniu o nie innej a obecnej porze. Świadka mam- Żyda opłaconego.
-Poświadczam- wtrącił Żyd.
-Lecz niech pan na to z tej spojrzy strony. Przed nami jest możliwość... zmodyfikowania gry!
-Nieprawda. Wystarczy naprawić błąd. Można go w istocie nawet zignorować.
-Zignorować?! Przez to przecież cała gra jest błędna. A przecież opiera się ona na zasadach. Jeżeli zasady są błędne, to jak może następować prawidłowy postęp w rozgrywce?
-Po co kombinować? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.
-Brzytwy mi tutaj pod gardło niech pan nie podstawia. To nie ma nic do rzeczy. To jest istotniejsza materia.
-Ale co tu istotniejszego? Albo...
-Nie.
-Co "nie"?
-Rozgrywka, aby iść, musi być rozwijana.
-Co ci się tak na rozwój zebrało?
-Bo jest ze wszechmiar potrzebny, nieunikniony, powszechny.
-Ale nad czym ty teraz kombinujesz, powiedz mi? Do tej pory dało się bez tego...
-Nieprawda.
-Co "nie" tym razem?
-Nie "nie", tylko nieprawda.
-Dobrze, co: "nieprawda"?
-Nie dało się prawdziwie grać, więc nieprawda.
-A jednak grano i...
-Nieprawda.
-Grano i...
-Nieprawda!
-Mogę dokończyć?
-Teoria jest nieprawdziwa, więc nie doprowadzi do ewolucji w zasadach.
-No i?
-No i to, że zmiany są potrzebne.
-Nie wiesz jednak co chcę powiedzieć.
-Wiem.
-Żydzie- tu S. zwrócił się do Żyda- kto lepiej wie co chcę powiedzieć- ja czy szanowny pan G.?
-Bóg wie- ze szczerym uśmiechem zauważył Żyd.
-Wiedziałem że mogę na ciebie liczyć- takim samym uśmiechem odpowiedział S. Po chwili jednak powrócił do tematu -Czy teraz...
-Nie.
-Jakie znowu "nie" tym razem?!
-Bo wiem, co chcesz powiedzieć. I wiem, że powiesz nieprawdę. Źle założyłeś, źle będziesz nosił własną teorię. Na co ci to?
-Powiedz mi jedno- czy jest możliwym abyś mi nie przerywał nawet nie tyle w połowie zdania, co nawet na jego początku?
-Ale po co, kiedy już wiem co chcesz powiedzieć?
-Wiesz, że takiego zachowania zazwyczaj do kulturalnych się nie zalicza?
-Błędne założenie...
-Nie po raz pierwszy coś takiego pan robisz, a teraz naprawdę pan przeginasz. Nie podoba mi się to.
-Po co odwracasz kota ogonem?
-Czasami trzeba.
Tutaj, w tym jednym momencie, G. wybuchnął szczerym, prostym, rubasznym i bardzo dotkliwym śmiechem. Przebił wszelką chęć do rozmowy na wylot, tak, że już nie dało się jej odratować. Bo jak rozmawiać, kiedy ktoś się z ciebie śmieje?
G. powrócił do błędu zaraz po tym jak zauważył, że S. umilkł. Ledwie jednak usta otworzył, S. wybuchnął:
-A idźcie wy mi do diabła z waszym problemem!
-Już nie przeszkadzamy!- odkrzyknął G. i zaczął się ubierać do wyjścia.
Żyd jednak jeszcze twardo siedział przy kartach i myślał. Myślał nad feralnym błędem. S. zajrzał mu gwałtownie w karty, zapisał jakie która ze stron miała karty oraz sfotografował jaki był ich układ. Kopie i zapiski przekazał Żydowi. Dał nawet w uniesieniu ową feralną talię obu panom na pożegnanie aby u siebie myśleli, z dala od niego. Żyd jednak stwierdził, że nie jest w stanie pomóc- nie wiedział jak. Widział zwyczajnie, że gra nie jest warta świeczki.
Na pożegnanie jedynie podał rękę, gdyż wiedział, że obu stronom taki wybuch był potrzebny. Zagadnął:
-Rękę mi chyba podasz?
-Tak, podam- z pogodnym już uśmiechem odpowiedział G.

I tak oto ani problem, ani rozgrywka nie zostały rozwiązane, ani nikt nic nie zyskał, ani też nie udało się dojść do porozumienia. Bo oto postęp dokonuje się nie wtedy, gdy na siłę sprzeciwiamy się obecnym prawdom, ale wówczas, gdy dochodzi do porozumienia i uznania jednej tezy za prawdziwą, a nie rozpatrywaniu wszystkiego w nieskończoność. Oto co chciał właśnie S. do G. powiedzieć.

***



Proszę o komenty nad pierwszą nowelką (bo w sumie taka nowelka wyszła :D).

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 3 czerwca 2007

I przed siebie.

Znowu jeden z tych momentów, kiedy wchodzę na bloga i ni z tego ni z owego po kolejnej chwili wchodzę na własne konto. Z niego przechodzę do ekranu dodania nowej notki. I tak się to kręci.

W tle leci "Frantic" Metallici. Udało mi się w końcu zapamiętać i poprosić kumpla aby mi nagrał te płyty co ma.

***


Jak zajrzałem do tekstu to od razu przypadła mi do gustu. Tak jak wcześniej lubiłem agresywne brzmienie gitary elektrycznej, tak teraz jeszcze tekst się nawinął.

If I could have my wasted days back,
Would I use them to get back on track?
Stop to warm at karmas burning,
Or Look ahead, but keep on turning.

Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?

Could I have my wasted days back?
Would I use them to get back on track.

You live it or you lie it!
You live it or you lie it!

My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!

Keep searching
Keep on searching
This search goes on
This search goes on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.

Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made
Treading water full of worry
This frantic tick tick talk of hurry

Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?

I've worn out always being afraid
An endless stream of fear that i've made

You live it or you lie it!
You live it or you lie it!

My lifestyle determines my deathstyle!
My lifestyle determines my deathstyle!

Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
This search goes on.
Keep searching.
Yeah, Keep on searching.
This search goes on.
on and on!

Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock

Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?

Do I have the strength
To know how I'll go?
Can I find it inside to deal with what I shouldn't know?

Oh My lifestyle (Birth is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Life is Pain) that pushes to the other side!
My lifestyle (Death is Pain) determines my deathstyle!
a rising tide (Its All The Same) that pushes to the other side!

Keep searching
Keep on searching
This search goes on
on and on
Keep searching.
Keep on searching.
This search goes on.
on and on.

Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tock
Frantic tick tick tick tick tick tick tock

***


Dzieje się, co dziać się ma. Dzień dziecka z głowy, dzisiejsza sobota też zleciała- trochę na muzyce, trochę na youtubie, trochę na "Moralności pani Dulskiej". Pani Janowska-Zapolska odwaliła kawał dobrej roboty. Trudna lektura, ale jeżeli wszystko będzie stało na podobnym poziomie w Młodej Polsce/Modernizmie/Neoromantyzmie, to (z braku jakiegoś sensownie brzmiącego tłumaczenia) I'm looking forward to it.

***


Leci "St. Anger".
Też agresywny utwór. W słowie i w muzyce. Cały album zasadniczo skupił swoją siłę przekazu w mocnym brzmieniu.

***


Czy żyjemy tu i teraz, czy żyliśmy kilkaset lat wcześniej, nasza cywilizacja nie posunęła się do przodu. Wciąż, jako gatunek, dążymy do egoistycznego poprawienia własnego bytu, wykorzystując jedynie bardziej wyrafinowane środki.

***


Wczoraj skończyłem świetną serię anime. NHK ni Youkoso! Ew. Welcome to NHK! [Nihon Hikkikomori Kyokai- pol. (Wszech)Japońska Organizacja Hikkikomori].
Anime bez dwóch zdań należy zaliczyć do gatunku "Slice of life story" (pol. termin "Okruchy życia; takim gatunkiem jest również "Noc na Ziemi" Jarmuscha), czyli gatunek opowiadający historię (bardzo) dosłownie z życia wziętą.
Fabuła tej 24-odcinkowej serii skupia się na losach Tatsuhiro Sato, od prawie czterech lat regularnego hikkikomori. Osoby młodej, bo zaledwie 22-letniej, mającej aż nadto życia prywatnego, za to wcale nie spieszy się takiemu hikkikomori wyjść na zewnątrz, do ludzi, do rzeczywistości. Aby żyć, wykorzystuje kieszonkowe od rodziców, ktore powinien przeznaczać na naukę w Uniwersytecie Tokio, który jednak rzucił po zaledwie sześciu miesiącach. Po jedzenie w nocy, z dala od ludzi, wyjdzie. Po to, aby opieprzyć sąsiada mieszkającego za ścianą, który od ponad miesiąca na pełny regulator puszcza jakąś piorącą mózg piosenkę z anime gorszą od niejednego disco-polo-hitu- to już dla izolującego się hikkikomori zbyt wiele.
Całe szczęście nie obserwujemy jedynie ciągłych losów tegoż delikwenta. Stopniowo poznajemy nowe postaci
-Misaki Nakahara, która chce go ocalić od szczeźnięcia jako wyrzutek
-Yamazaki'ego, czyli sąsiada, jak się okazuje kolegę z liceum, którego kiedyś uratował od pobicia (nota bene: sam gorzej dostał) oraz współwłaściciela firmy Y(amazaki).S(ato). Company tj. firmy w niedalekiej przyszłości produkującej setki najlepszej jakości eroge, galge, czy jakkolwiek nazwać gry fabularne mające na celu podryw, flirt i zdobycie jednej z wykreowanych taśmowo bohaterek,
-oraz osoba mająca wielki wpływ na Sato (praktycznie jest niespełniona miłość)- Hitomi Kashiwa, zwaną najczęściej "senpai", chora na bliżej nieokreśloną dolegliwość, przez którą jest hospitalizowana w trzech szpitalach, a swój stan albo wyjaśnia światową konspiracją, albo uśmierza kilkoma stosownymi tabletkami.
Należy powiedzieć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze- grafiki trzeba się bać. Jest nie dość, że zadziwiająco szczegółowa, to jednak w momentach np. włączenia się wyobraźni Sato, Yamazaki'ego lub kogokolwiek... Tu trzeba studiu Gonzo oddać honory- na grafice się znają jak mało kto. Naczelnym systemem jest Mindows, a najlepszą wyszukiwarką- qoogle, bohater pije Pantę i pali Warlbooro Lights. To głównie poprzez stosowną animację, kreskę lub wyróżnienie osiąga się w tym anime dowcip na nadzwyczaj wysokim poziomie przy zachowaniu maksimum realizmu. W końcu, czy jest coś bardziej komicznego od np. ludzkiej wyobraźni? A tutaj na ekran została przelana wyobraźnia osoby co najmniej nieprzystosowanej do życia w społeczeństwie i prędzej słuchającej porad czajnika elektrycznego niż zdrowego rozsądku.
Druga sprawa- tzw. z drugiej strony. Jeżeli ktoś nastawiłby się jedynie na skonsumowanie sobie takiego cymesika i że wystarczyłoby wyłączyć rozum, srodze się zawiedzie. Gatunek zobowiązuje. I twórcy poczuli się zobowiązani. Nie mam tutaj na myśli morału. Prędzej nazwałbym to refleksją. Szczególnie, że w czasie rozwoju akcji nie są obce motywy podejmowania pracy, życia na własny rachunek, planowania i zakładania rodziny, bycie naciąganym przez organizację MLM, przez rzucanie osoby ukochanej po samobójstwa...
NHK ni Youkoso! mnie osobiście bardzo pozytywnie zaskoczyło. Tak jak musiałem swoją psychikę zbierać do kupy co kilka minut w pierwszych odcinków, tak potem było jeszcze lepiej- okazało się, że ma to jakiś morał. I to taki naprawdę życiowy, nie w stylu "każdy musi kogoś kochać", "ktoś na pewno gdzieś tam cię kocha", "nie bierz", "grunt to rodzina" itp. bzdety. Nic z tych rzeczy. Bardziej niż "życiowy" pasowałoby "ludzki". Nie zmienia to jednak faktu, że zanim się do niego dochodzi, czeka na oglądacza kupa śmiechu, upadków na podłogę nieświadomych (każdego dopada rotfl) lub świadomych (celem poszukania psychiki, która poszła się przewietrzyć z nadmiaru wrażeń).
Jeżeli ktoś poczuł się zainteresowany, dostęp do całej serii jest u mnie. Ew. poszukajcie sobie jakiegos torrenta ;). Ja osobiście polecam jeszcze bardzo dobry artykuł na angielskiej wersji Wikipedii: link

***


W życiu najważniejsze jest zrozumienie faktu,
że głupcy także mają czasem rację.
Winston Leonard Spencer Churchill (1874 - 1965)


To jako taki akcent kończący, na wypadek gdyby ktoś a) przeczytał i uznał, że zmarnował swoj czas lub b) przeczytał początek i przewinął na koniec aby, jak rasowy producent, zobaczyć, czy dziełko dobrze się kończy ;).

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Nie planowałem pisania recenzji. Ale chyba nie tak źle jak na pierwszą w życiu recenzję czegoś o czym mam trochę pojęcia :P. No i ponadto żal by było ją zostawić w odmętach dysku lub (o zgrozo!) skasować.

Edit: Serdecznie polecam ściągnięcie utworu zespołu The Raconteurs "Steady as she goes", opcjonalnie całą płytę, ale mnie osobiście jedynie ten utwór przypadł do gustu: link. Proste, a jednak cieszy :).

czwartek, 17 maja 2007

K

Nic go już nie obchodzi. W niczym nie znajduje pasji. Ten, który zawsze był wesół, teraz oddał pola...

***




Zbliża się czas
Kiedy nie będę już więcej jednym z was
oddaliliście się
Oddaliłem się
porzuciliście mnie
Porzucić was też musiałem
Nie chciałem...

Radość i smutek
Euforia i agonia
Łzy... te zawsze były piękne
Niezależnie od formy
w jakie były przybrane
Opuszczony na każdym froncie
Przez każdego kogo się dało
Brata, Ojca, Matkę
Jeden w jednej chwili
Drugi po chwili
A ostatnia co chwila

Zmarnowany?
Zraniony?
Zgorszony?
Zdradzony?
Nie chcę...

Norma to, że jestem szczeniackim wybrykiem
Pogrom postępuje
Fala powraca
Tylko... co mi z tego?
Zostałem nauczony beznadziejności
niedorzeczności
słabości

Bóg o mnie zapomniał, więc wy, na ziemi, zapomnijcie o mnie
Nie cierpię za miliony... chyba że własnych myśli
Kotłują się tu, w środku mnie...

Sił będę miał tyle ile uznam
Zaprzestanę tego co zbędne
A i tak...
a i tak...
A I TAK...
Chcę pomocy

17.05.2007

***



Każdy ma pewien próg tolerancji. Każdy wytrzymuje pewną dawkę energii, siły. To akurat taki fizyczny akcent naszego żywota, który jawnie przypomina nam, że jesteśmy zbudowani z materii martwej.
U mnie próg ten runął. Nawet nie padł... runął jak komunizm. W jednej chwili miałem jakiekolwiek oparcie, w drugiej- żadnego.

***



Przepowiedziano mi powtarzanie klasy z powodu łaciny. Przedmiotu, który powinien grzecznie spoczywać w grobie, a miast tego wysyła swoich sługusów, którzy myślą, że potrafią nauczać.
Przepowiedziano mi powtarzanie klasy z powodu łaciny. Przepowiednia ta z ust osoby, która jest tą wieścią upojona, padła dzisiaj. Tak oto straciłem zaufanie do matki. Absolutnie. Muszę tylko wytrwać i wyjść z domu. Sama takich słów użyła, więc dlaczego miałbym być gorszy, łudzić się? Jebie mnie ta resztka rodziny. Matki nawet nie mam głęboko- nie ma sensu tracić zdrowia. Elżbieta jest dla mnie zwykłym obywatelem, który nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
I vice versa, mateczko.

***



Czasami wole byc zupelnie sam
Niezdarnie tanczyc na granicy zla
I nawet stoczyc sie na samo dno
Czasami wole to niz czulosc waszych obcych rak
Posiadam wiare w niemozliwa moc
Potrafie jesli chce rozswietlic mrok
Moge poruszyc Was na kilka chwil
Tylko zrozumcie kiedy zechce znowu soba byc

Na pewno czules kiedys wielki strach
Ze oto mija twoj najlepszy czas
Bezradnosc zniosla Cie na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala slodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znalezc droge w cieply sen
Slowa zlewaja sie w falszywy ton
Gdy nadwrazliwosc jest jak bilet w jedna strone stad
Oklamali mnie z nadzieja ze
Uwierzylem i przestane chciec
Musze leczyc sie na bol i strach
Gdzie jest czlowiek ktory z siebie sam pokaze mi jak
Kto pokaze mi jak? x3

Czasami wole byc zupelnie sam
Niezdarnie tanczyc na granicy zla
I nawet stoczyc sie na samo dno
Czasami wole to niz czulosc waszych obcych rak
Posiadam wiare w niemozliwa moc
Potrafie jesli chce rozswietlic mrok
Moge poruszyc Was na kilka chwil
Tylko zrozumcie kiedy zechce znowu soba byc
Znowu soba byc... x3

Na pewno czules kiedys wielki strach
Ze oto mija twoj najlepszy czas
Bezradnosc zniosla Cie na drugi plan
Czekanie sprawia ze gorzknieje cala slodycz w nas
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
Tak trudno znalezc droge w cieply sen
Slowa zlewaja sie w falszywy ton
Gdy nadwrazliwosc jest jak bilet w jedna strone stad
W jedna strone stad x3

Niczego nie bedzie zal

Oklamali mnie z nadzieja ze
Uwierzylem i przestane chciec
Musze leczyc sie na bol i strach
Gdzie jest czlowiek ktory...

...Niczego nie bedzie zal


Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 1 kwietnia 2007

2. rocznica x2.

Tak tylko do informacji szeroko pojętej publiki podaję, że dzisiaj, cztery godziny temu, minęła druga rocznica istnienia http://krogulczas.blog.pl.
To chyba nieźle?
Pryz okazji jest to już 30-ta notka mojego autorstwa. Sam się zdziwiłem jak się to ładnie ułożyło ;).

***


Drugą rocznicę, o wiele ważniejszą, przeżywają moje okulary. Aby być szczerym- nie wiem kiedy dokładnieta rocznica miałaby przypadać, ale jakoś w tym obecnym czasie przełomu marca i kwietnia. Spisywały się nieźle, ale pod koniec 2006 zaczęły odmawiać posłuszeństwa, lub (bardziej) moje oczy chyba zdecydowały się na konkretniejszą ewolucję.
Obecnie mam nowe oprawki, zupełnie inne od poprzednich. Szkła też mi się niby zmieniły, ale nie pamiętam dokładnie w jaki sposób.

***


Problem jest taki, że od wczoraj próbuję znaleźć konsensus między wygodą a widocznością. Do tej pory bez rezultatów, ale...
Chyba udało mi się wycwanić.

***


Skopiowałem układ nosków z poprzednich okularów. Lewy płatek pod kątem ok. 60 stopni, prawy ok. 75 stopni. Do tego niezbędne poprawki odnośnie samych zauszników i jakoś to działa.

***


Wprowadziłem właśnie kolejne poprawki w zausznikach. Dość zajmujące zajęcie- możecie mi wierzyć na słowo.

***


W przyszłym tygodniu czas na pobycie na salonach. Wyjeżdżam do domu Zanussiego aby wziąć udział w warsztatach związanych z aktorstwem, reżyserią, filmem, ogólnie- fachem artystycznym. Prościutko do Warszawy. I to wszystko dzięki jednej wygranej etiudzie. "Budka" rzeczywiście musiała być dobra, bowiem codziennie spotykam przynajmniej jedną osobę, która pyta się mnie albo o to o co chodziło w filmie, albo że podobała się jej jakaś rola...

***


"Ambasada Pictures", czyli nasza "wytwórnia" filmowa rozpoczyna prace pełną parą. Plany są szerokie, każdy wziął na barki jakąś partię produkcji- reżyseria, montaż, operatorstwo kamery, scenariusze, kierownictwo planu, rekwizyty&sprzęt na plan i scenografia. Trzy ostatnie przypadły mnie, z głównym akcentem na sprzęt potrzebny na planie. Jako "człowiek-znajomości" spokojnie wyrabiam i będę wyrabiał normę. Przed nami wiele projektów pracy, ale damy radę. Już ja o to zadbam abyśmy trzymali się terminów :P.

***


Może nie odkryję tym stwierdzeniem Ameryki, ale czuję, że wiosna idzie. To się po prostu czuje. Czuję, że wstępują we mnie nowe siły. Czuję, że chcę, aby we mnie wstępowały. Skrupulatnie będę pilnował nowych wizji wykorzystania siebie, otaczającego mnie świata i czasu. "Być zajętym to za mało. Rzecz w tym czym jesteś zajęty." jak trafnie zauważył Henry David Thoreau.

***


Rozpisałem się w ostatnim czasie. Ale to chyba nie świadczy o mnie źle. Za niedługo i tak to wszystko polegnie, więc nie ma się czym martwić :P. Ciekawie by było jednak mieć na tyle niestabilne życie, że raz, dwa w tygodniu możnaby zmieniać poglądy o całym świecie... i zamieszczać z tego tytułu notkę.
Zobaczymy co da się zrobić...

***


Warzucanie tekstu ciekawej piosenki na koniec notki. Chyba będzie z tego nowa tradycja.
Tym razem nastąpiło skojarzenie z wytwórniami wielkich hitów kasowych (w tym kinowych).

REPUBLIKA- MAMONA

Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknie,
Ale chcę, by było to wyłącznie dla mamony.
Ani słowa o miłości, o podłości, polityce
I o niczym innym, nic bez znaczeń dodatkowych.

Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.

Ile razy to słyszałem, że ktoś kocha, nie wierzyłem,
Bo jak wierzyć w to, gdy ktoś dla mamony.
Ta piosenka jest prawdziwa, ja tu śpiewam, w przekonaniu,
Że nic nie przeżywam, tylko muszę coś zarobić.

Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.

Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy !
Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy !

Nie traktuję cię jak głupca, ja zakładam, że ty słuchasz
I że widzisz to, ja dzisiaj piszę dla mamony.
Tak, jak żadna prostytutka nie całuje nigdy w usta
Tak ja odpuszczam sobie wszystkie moje strofy.

Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.

Ta piosenka...

Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę.
Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony.

Ta piosenka...

Pozdrawiam
krogulczas

środa, 28 marca 2007

Spętanie?

Muszę pisać. Nie wiem czemu, ale coś mnie dopadło. W głośnikach leci intensywnie "Three days grace", album "OneX". Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego.
Ale czy to ważne?
Przyczyna nie jest istotna, ważny jest początek, rozwój, koniec i wnioski.
Spojrzałem właśnie na pewną notatkę, sporządzoną 27.02.2007. Wtedy to mnie dopiero dopadło załamanie, łuhu! W stylu tych porządnych, że za chwilę będziesz miał ochotę... usiąść w rogu pokoju, bo to najlepsze co chcesz zrobić. Zabawne, jak się człowiek sobie potrafi przyjrzeć z perspektywy czasu. Dopadła mnie wtedy doprawdy zadziwiająca ilość poczucia beznadziejności.

***



Powstała nawet liryka...

Improwizacja erotyczna

Zaplanowałem inwazję
Nieplanowaną, lecz Zaimprowizowaną
Poszukując miłości, straciłem miłość
Wyznaczając cel, straciłem cel
Cel był prosty, a było nim szczęście
Nie za długie, za krótkie też nie
Szczęście
A spotkałem jedynie jego brak
Odcisnęło się na mnie,
jak na dnie wrak

Jestem bardziej wrakiem?
Czy bardziej dnem?
Dzień dzisiejszy przeklinam
Bo kocham cię.

A kim jesteś?
Sam nie podjąłem decyzji.
Zalecana jest śmiałość, a tej
U mnie brak

Niezły ze mnie wrak

Uczepiłem się jednej myśli
I wokół niej krążę
A może to myśl krąży?

Spokoju nie daje
Jak plamki światła na tafli jeziora
Niby nic nie robią samej powierzchni
Zwyczajnie podążają fizycznym prawem
Odbicia, załamania i czego tam Bóg zachciał

Fizyczny też jak widać wrak

I nagle pustka...
Czystość, brak myśli
Skojarzeń
Wyobrażeń
Wyrażeń
Wydarzeń
Marzeń

Problemem nie jest co i jak
Ale jak i co
Jak odnaleźć jedność?
Jak odnaleźć doskonałość?
Pogoń
Carpe diem, bo uciekniesz
Ale na nic nie ma już ochoty
Tylko jawna potrzeba
Czy więc jeśli nie mogę realizować
siebie
To czy czuję bezpieczeństwo?

Ciekaw jestem co by powiedział
Szukaj miłości
Czekaj na nią
Ja czekam aż odszukam.

***



Zasadniczo nadal nie obrałem tematu. Dostrzegam jednakże fakt, iż jest on wymagany. W końcu, jak można pisać bez tematu? Miałbym się czuć jak anioł bez skrzydeł? Jak Kain bez brata? To ostatnie akurat dość kiepsko wypada- fakt. Lecz z jakiego powodu? Niby powodu możnaby wręcz rzec.
Taki Kain miał przecież święty spokój. No, może nie święty... prędzej miał święty niespokój. Albo nieświęty spokój. Przeklęty dość delikatnie, a zdecydowanie.
Gdyby spojrzeć na niego z perspektywy motywu, zapewne coś by się wykrystalizowało. Lecz na co? Wątki nie zawsze mają koniec. Zasadniczo- nigdy go nie mają. Taka historia jak już raz się zacznie to dać spokoju nie chce- zapętli się, epiloguje szybciej niż rodzą się króliki.

***



O, ostatnia piosenka. "OneX" właśnie. Przeleciałem właściwie pobieżnie przez całość i tylko "Pain" przykuło moją uwagę. Za chwilę znowu poleci.

***



Wracając. Tematyczność motywów jest dość ściśle ograniczona. Na obecną chwilę trudno będzie dokonać jakiegokolwiek nowego odkrycia. Właściwie, zawsze było trudno go dokonać- nam, znającym dane technologie, kultury, filozofie wydają się one oczywiste. Obecnie następuje intensywna eksploatacja tego, co już zostało stworzone. Jedynym nowym nurtem w poszukiwaniu nowości jest (ha! ha!) odkrywanie przeszłości, dokopywanie się do najstarszych korzeni. Powielenie sprawdzonego, ale podane w nowej panierce. Stworzenie czegoś nowego jest już możliwe tylko absurdalnością. Czyżby Homo Absurdus był w drodze?

***



Prędzej chyba Krogulus Absurdus znowu się zagalopował.

***



Oho.

***



Jest.

***



Zalecane uważne patrzenie.
Powtórek nie będzie.

***



Za chwilę zakończę tę notkę. Ciekaw jestem, co takiego w niej zawarłem. Tak właściwie, to w tej chwili śmieje się w sobie, bo mam poczucie spełnienia. Nie stworzyłem niczego. Poćwiczyłem palce- fakt. Miło było je rozprostować.

***



Czy ktoś czuje się w tym momencie wykorzystany? Czy ktoś nazwałby mnie w tym momencie egoistą? Szaleńcem? Paranoikiem? Dupkiem? Gówniarzem?
Bo naprawdę sobie palce przyjemnie rozprostowałem.
Pewnie znajdą się i tacy. Lecz przez życie przejdę raniąc jak najmniejszą ilość ludzi. Gorzej, że otaczają mnie masochiści XD.
Jakkolwiek, ludzie mają zadziwiającą tendencję do komplikowania sobie życia. Pisałem już o tym, ale zaręczam- nadal wprawia mnie to w zdumienie. Kiedy czasami patrzę na poszczególne sytuacje z boku, z perspektywy widza, perspektywy Boga- kogoś tak dalece oddalonego i pozbawionego uprzedzeń... Z czystym spojrzeniem kogoś, kto nie ma ochoty się angażować, dopóki nie uzna, że jest to właściwe. Bo kiedy patrzę w ten sposób nie tylko na innych, ale i na siebie, to doprawdy w głowie mi się to wszystko nie mieści. Pozostaje mi jedynie śmiać się w sobie, najlepiej z siebie i własnej głupoty. Bo czyż jest coś głupszego od Boga? Od bycia nim? Móc widzieć wszystko i nie reagować, mimo mocy Słowa?
Aż mi się wierzyć nie chce w to wszystko. Aż mi się wierzyć nie chce w to co mówię. Aż mi się wierzyć nie chce w siebie. Pogańskie korzenie się chyba odzywają.

***



Czuję się spętany. Własną głupotą. Własną boskością. Własnym śmiechem. Własną pogardą do samego siebie. Ale śmieję się, bo... dlaczego nie?

***



Jako akcent kończący podam może ów wspomniany słynny "Pain". Oto w co w pewnym momencie się zamieniam. A śmiech jest najlepszym znieczuleniem.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all

You're sick of feeling numb
You're not the only one
I'll take you by the hand
And I'll show you a world that you can understand
This life is filled with hurt
When happiness doesn't work
Trust me and take my hand
When the lights go out you will understand

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all

Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing
Rather feel pain

I know (I know I know I know I know)
That you're wounded
You know (You know you know you know you know)
That I'm here to save you
You know (You know you know you know)
I'm always here for you
I know (I know I know I know I know)
That you'll thank me later

Pain, without love
Pain, can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain than nothing at all
Rather feel pain

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 25 marca 2007

Regularność kolorów, nieregularność życia

Podsumowanie ostatniego czasu tj. czasu od ostatniej notki nie wypada zbyt... mało kolorowo. Tak, to dobrze odda sprawę. Wypada czarno niczym mrok, złoto niczym blask poranka. Złoty jest też rosół, jaki jadłem u dziadków wraz z ojcem, widząc go po raz pierwszy od spotkania wspomnianego z poprzedniej notce. Ten czas przypada jednakże prędzej pod kolorem harcerskiej zieleni, raz nawet fioletu klasowego. Pojawił się różnież ognisty czerwony kolor miłości Walentynek oraz jego intensywna, nagromadzona, może nawet i dojrzała odmiana, która dopadła mnie później. Była też biel bandaży i granat nowego temblaka dla wybitego barku. Nawet brąz objawił się w gitarze, a róż, którego w życiu bym do domu nie zaprosił, okazał się sztandarowym kolorem kursu języka japońskiego. Dostrzegłem również szarość wielkiego miasta stołecznego, zaledwie w ostatni weekend. Pomarańczowa jest okładka mojej książki pomocniczej do historii, do PO i do niemca, z których mam do środy mieć klasówki- dzień po dniu. Nie wpasował się jedynie WOS, ostentacyjnie błękitny, a z którego jest również jeden ze sprawdzianów- ten wypada w środę. Kolory lasu- zieleni, czerni i brązu, maskują nowy plecak, a komórka rozbrzmiewa innymi odmianami i odcieniami niebieskiego w zależności, czy ktoś dzwoni, czy ja dzwonię, czy przychodzi sms.

***



Zasadniczo zdałem sobie sprawę jak wiele czasu marnuję. W ciągu ostatnich trzech miesięcy regularnie się rozwinąłem- co do tego nie ma wątpliwości. Kręgosłup jest nieco stabilniejszy dzięki naukom pływania i wkładkom ortopedycznym, korygującym płaskostopie.
Ale bark wybiłem.
Chodzę do logopedy. Leczę wadę dotyczącą mojego praktycznie głuchego "r". Jest nieźle.
Ale przede mną wiele nudnej praktyki.
Wziąłem się na poważnie za kurs jeżyka angielskiego, japońskiego, szybkiego czytania. I rzeczywiście- FCE piszę w czerwcu, japoński również jest przygotowany na świetnym poziomie, czytam szybciej i z lepszym rezultatem.
Ale jak na tyle włożonego potencjalnie czasu- japoński i czytanie stoją w miejscu.
Mam obecnie pozytywizm na polskim. Co tydzień robimy sobie jakąś wesołą lekturkę. A to "Ojciec Goriot", a to "Gloria Victis", a to "Nad Niemnem". W najbliższym tygodniu będzie "Zbrodnia i kara"
Ale żadnej z nich nie przeczytałem. Ani teraz, ani wcześniej, zaś o przyszłości chyba nie warto wspominać.
W harcerstwie jedynie rozwijam jakieś bardziej imponujące tempo- szef Sztabu Programowego drużyny, otworzony stopień ćwika, udział w kursie zastępowych, z własnej inicjatywy i woli biorę się za organizowanie obozu.
Ale... właśnie. Tu nie ma "ale". I to mnie cieszy, i to mnie martwi. Jak na trzy miesiące ostatniej to wynik jest całkiem niezły. Ten wynik jednakże dowodzi, że mogę coś osiągnąć. I to cholernie niewielkim nakładem pracy. A co z innymi dziedzinami?

***



Praca wre. Plan ułożony, skodyfikowany, zapisany. Przeszedł już nawet modyfikację, będącą efektem upływu czasu. Pozostaje jedynie wykonać i trzymać się go.
I tu zaczyna się problem. Na całe szczęście, nawet nie wiem gdzie dokładnie. Wystarczy mieć świadomość, że to, co zrobię dzisiaj nie będzie mnie kosztowało podwójnego pojutrza. Że nie wspomnieć o tym, co by się chciało akurat robić zamiast tego co zaplanowano. Diabeł w swym kuszeniu doprawdy nie ma (bo nie zna i znać nie chce, psia mać!) litości. Nie ma gorszego grzechu niż brak motywacji- bez niej bowiem narasta bezczynność, a ta jest totalnie bezproduktywna. Bez produkcji niczego nie rozwijamy. A nie rozwijając się nie idziemy dalej. Stoimy w miejscu, czekając na zbawienie... lub chociaż na przyjaznego kopa w dupę. Jak gdyby tak trudno było po prostu odepchnąć się od jakiejś przestrzeni martwego punktu postoju.

***



Co dla mnie przez ten czas było jednakże najważniejszym doświadczeniem to świadomość, że mam już 17 lat.
I że w tym wieku powinienem biegać po okolicy przy każdej wolnej chwili, nie przejmując się astmą, zatykającą mi oddech i boski pierwiastek tlenu.
Powinienem jak głupi siłować się z kim popadnie- dla głupiej szczęnięcej zabawy, bez obawy o uszkodzenie barku równie spaczonego co sam kręgosłup.
Powinienem móc bez obaw się z kimś przywitać, bez obaw, że wyczuje ten ktoś szorstkość prawej dłoni, suchej jak pieprz od atopowego zapalenia skóry.
Powinienem kichać na wszystkie pyłki, a ja nie tylko kicham, ale kaszlę, krztuszę się i duszę, skóra mnie świerzbi, wzrok mam mglisty, chociaż zdawać by się mogło, że czerwone, przekrwione od pocierania oczy powinny dawać równie krwawą wizję świata.
Powinienem móc do woli gadać na lekcjach mniej istotnych i do woli ściągać od osoby siedzącej i szepczącej ledwie metr ode mnie. Miast tego wolę zdać się na własne możliwości, nie ufać słuchowi, jedynie głupio wzruszać ramionami w uniwersalnym geście niewiedzy, którym okłamuje samego siebie i otoczenie, które na to nie zasługuje.
Powinienem wreszcie cieszyć się życiem. Tymczasem wymyśliłem już niezliczoną ilość możliwości samobójstwa- co sytuacja inną.
Na całe szczęście, to ostatnie ma to, czego nie mają pozostałe moje słabości- barierę dość silną, aby nie upadła. Barierę świadomości, że jeżeli raz ulegnę to w życiu nie będę mógł inaczej dokopać tym, którzy mnie do tego aktu zmusili. Można powiedzieć, że żyję na złość. Wcale mi to nie przeszkadza, chociaż są pewnie na tym świecie osoby, które powiedzą coś dokładnie przeciwnego.

***



Coś bliższego niż by się mogło wydawać. Sam się zdziwiłem, gdy spojrzałem teraz na tekst. Dobitne aż miło.

BRUCE DICKINSON- ACCIDENT OF BIRTH

Journey back to the dark side, back into the womb
Back to where the spirits move like vapor from the tomb
The center of the cyclone, blowing out the sun
Break the shackles of your union to the light

I might've had a brother
As I was born, they dragged him under
To the other side of twilight
He's waiting for me now

Nativity was lost on me
I didn't ask, I couldn't see
What created me
What and where and how

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Feel our bodies breathing as you try to stop believing
There's nothing you can do about your shadows
You can fight us, you are like us
And your body will betray you
Lay down and die like all the others

Where are the angels and their wings of freedom?
Jesus had his day off when they pulled you through...

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth
(to an accident of birth)

Vision's growing dim as the daylight fades away
I'm spinning, twisting, black
Well, it's your dying day

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

Welcome home - it's been too long, we've missed you
Welcome home - we've opened up the gates
Welcome home - to your brothers and sisters
Welcome home - to an accident of birth

***



Wielkie gratulacje dla tych, którzy doszli do tychże słów.

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 25 grudnia 2006

Ojciec.

I znowu towarzyszy mi "Listopad" Comy... fatum.

***



Dzisiaj spotkałem się z ojcem. Ze względu na kiepskie poczucie czasu nie wiem, czy ostatni raz widziałem go rok temu, czy dwa lata temu, ale wydaje mi się, że raczej dwa lata temu. To było w Mikołajki, 6. grudnia. Tego jednego jestem wszakże pewien.

***



Już w okolicach maja zrodził mi się w głowie pomysł. Szatański iście pomysł.
Aby zjawić się w roli niespodziewanego gościa w Wigilię 2006 u dziadków. Chciałem tak zrobić, aby spotkać się nie tylko z nim, ale z całą rodzina od jego strony, pogodzić się z nimi... bo skłócony z nimi konkretnie byłem. Miałem nadzieję, że uda mi się odnowić kontakt z nimi.

***



Dziasiaj z nim spotkałem. Okazało się, że jestem od niego nieco wyższy. A może... to on zmalał. Nie wyglądał już tak dumnie i silnie jak wtedy, gdy odchodził. Był taki cichy i spokojny. Jeszcze bardziej łysy, niż kiedy go ostatnim razem widziałem. A to, co zostało, posiwiało już nieco miejscami.

***



Dostałem od niego prezent. Aby mnie ochraniał. Posążek anioła.

***



Chodziliśmy chwilę po parku. Głównie ja opowiadałem o sobie. O przeszłych zdarzeniach, a właściwie... wrażeniach z przeszłości. O teraźniejszej szkole. O przyszłych studiach na psychologii, w Szkocji. Po prostu rozmawialiśmy po przerwie. Takiej cholernie długiej przerwie.

***



Kiedy odchodziłem, uścisnął mnie i przytulił mocniej niż przy powitaniu. Zaś kiedy już się rozchodziliśmy, Wspólnie odwracaliśmy się cztery razy. Ja machałem jemu, on mnie, na zmianę. Byliśmy już daleko od siebie- jakieś 300 metrów, a wciąż do siebie machaliśmy.
Mógłbym tak całą wieczność, byleby z nim być.

***



Jutro też się spotkamy, tym razem u dziadków.

***



Czas nadrobić czas, który przeminął bezpowrotnie. Który został stracony.

Pozdrawiam
krogulczas