niedziela, 19 sierpnia 2007

Gdybyście mieli jedno pytanie do Boga, a on by na pewno odpowiedział, jakie byłoby to pytanie?

Myśleliście kiedyś nad tym?

***

Kiedyś zadałbym mu pytanie "Kiedy skończy się świat?", ale dzisiaj wiem, że nie chciałbym marnować jednego jedynego pytania skierowanego do Boga na pytanie dotyczące przyszłości. No bo co za zabawa, kiedy znamy przyszłość? Żadna. Wylatujemy z życiowej gry.

***

Dzisiaj zapytałbym go zapewne o coś w stylu "Czy mogę moje pytanie przekazać komuś innemu? Bo ja nie mam pomysłu, który by mnie interesował."

***

Odnalazłem Boga. Od odrzucenia Jego istnienia i ateizm, przez stopniową akceptację, zwaną deizmem, aż po wiarę. Zwykłą wiarę, że On istnieje. Nie modlitwy na prawo i lewo, do kościoła do niedzielę itp. Istnieje i to mi naprawdę wystarcza. Znam go na tyle na ile pozwoliły mi moje dotychczasowe nauki, myśli i badania z zakresu matematyki, fizyki, biologii, teologii, filozofii, socjologii, psychologii i innych.

***

Nie zobaczycie mnie w kościele zbyt często. Ale to nie od tego zależy gdzie lub kiedy jesteś, ale kim jesteś.

***

On nie jest sprawiedliwy. To ludzki wymysł aby sprawiedliwość determinowała pozycję. Sprawiedliwość, wbrew pozorom, jest bardzo relatywnym i subiektywnym zjawiskiem. Sprawiedliwość obiektywna- taka nie istnieje, gdyż ludzie nie są w stanie jej określić. Nie jest ona nawet Boską domeną, gdyż także i Boga się kwestionuje wraz z Jego sądami. Chociaż...

***

Może sąd obiektywny to w istocie Sąd Ostateczny? Nie. Przecież on także będzie subiektywną oceną Boga. A, jak powiedział prymas Wyszyński, "On nie ma obowiązku nas słuchać" i nie będzie postępował wg. naszych ziemskich reguł. Chociaż czy na pewno? Na pewno! Przecież są 50% szanse na to, że to Jego słowa są prawem oraz 50% szanse na to, że to nasze słowa stały się Jego. W obu przypadkach, zapis ludzki zniekształca te prawa. W obu przypadkach, będzie to subiektywny osąd- Boski oraz Ludzki. Tak więc sprawiedliwość obiektywna nie istnieje.

***

Lecz to nie rzutuje. Akceptuję Jego niedoskonałość, bo On akceptuje moją. Poza tym pamiętajmy, że byty idealne nie istnieją, tak więc dając dowód temu, że Bóg nie jest idealny, daję dowód na jego istnienie. Każdy tworzy własnego Boga. Niektórzy przyjmują Go od innych, inni tworzą Go wciąż na nowo. Jedni poddają się mu, inni są bogobojni, a inni z nim walczą, jak Izrael w namiocie walczył z aniołem Pańskim. Jedni nazywali go "Panem", inni zaś wolą "Libido". Bo prawda jest taka, że trzeba podążać własną ścieżką. On nie da nam nawet drogowskazów, które są tak bardzo obecnie popularne jako alegoria Pana. Wręcz przeciwnie- będzie wspierał, pochwalał, zachęcał. Ten własny prywatny Bóg da siłę w obliczu niezniszczalnego, da rozwiązanie w obliczu nierozwiązywalnego, odnajdzie co schowane, kupi kartę Mastercard aby rozkoszować się tym, co bezcenne, głodnych nakarmi, a kołaczącym otworzy. To od każdego z nas zależy, co nasz Bóg uczyni.

***

Obawialiście się, że Magda będzie na mnie działać twórczopędnie. Dobrze się obawialiście, bo wczoraj przypomniała mi o tej piosence ;). To Madzi dedykuję tą notkę- za to, że mnie akceptuje :*.

Joan Osbourne- If God was one of us clip na youtubie If God had a name, what would it be
And would you call it to his face
If you were faced with him in all his glory
What would you ask if you had just one question

And yeah yeah God is great yeah yeah God is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if God was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home

If God had a face what would it look like
And would you want to see
If seeing meant that you would have to believe
In things like heaven and in jesus and the saints and all the prophets

And yeah yeah god is great yeah yeah god is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if God was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home
He's trying to make his way home
Back up to heaven all alone
Nobody calling on the phone
Except for the pope maybe in rome

And yeah yeah God is great yeah yeah God is good
yeah yeah yeah yeah yeah

What if god was one of us
Just a slob like one of us
Just a stranger on the bus
Trying to make his way home
Just trying to make his way home
Like a holy rolling stone
Back up to heaven all alone
Just trying to make his way home
Nobody calling on the phone
Except for the pope maybe in rome


Pozdrawiam krogulczas

P.S. Ludzie... nie wstydźcie się! Komentarze nie gryzą, a wiem, że każdy myśli, mimo, że czasami można stwierdzić coś zupełnie innego :D. Wrzucajcie swoje przemyślenia/refleksje/luźne uwagi. W komenatrzach do notki, czy też w Księdze Gości- to nie ma znaczenia ;).
P.S. 2 Serdeczne podziękowania dla Alexa za regularne dawanie znaku, że czyta. Nie mogę się poszczycić równą gorliwością w komentowaniu u Ciebie, ale tym bardziej jestem Ci za to wdzięczny ;).

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Pomyślmy

Ciekaw jestem jak szybko mogę coś zaimprowizować. Tak, aby miało to sens. Używając słowa mówionego zazwyczaj nie myśli się o tym, jest tym samym łatwiej. Dlaczego? Bo rozmawiamy zazwyczaj na określony temat. W przypadku, kiedy temat jest określony, o wiele łatwiej formułuje się myśli.
Czy więc jeżeli wykorzystam fakt, iż moje myśli nieustannie kłębione są przeze mnie wokół jednego tematu, to czy możliwym jest dojście do jakichś konkretów?

***



Nigdy nie myślałem o pisaniu jako o czymś co mógłbym robić zawodowo. Nadal nie myślę. Nie widzę w tym również żadnego hobby, albowiem takowe kojarzy mi się z czymś regularnym. A siebie regularnym nie mogę pod żadnym pozorem nazwać. Zwariowałem. I to chyba automatycznie dyskredytuje moją skłonność do regularnego myślenia. A szkoda, bo ma ono wiele zalet.

***



Przede wszystkim najważniejsze w zdolności myślenia regularnego jest dostrzeżenie faktu i akceptacja istnienia oraz jednocześnie totalna dyskwalifikacja wartości myślenia nieregularnego. Jeżeli nie rozpoczniemy procesu myśleniowego od poddania się tej prostej myśli, nie mamy co liczyć na korzystania z dobrodziejstw myślenia regularnego.
Spora strata jakby się nad tym zastanowić.
Dobra, mamy opanowane istnienie myślenia nieregularnego. Pierwszy z naszych kłopotów mamy z głowy. Czas na krok drugi, po którym rzadko kiedy jest możliwość odwrotu i powrotu o stanu poprzedniego, nieregularnego myślenia. Tym krokiem jest poznanie i obcowanie z ludźmi myślącymi regularnie.

***



Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to tego, że nie jest to taki znowu krok, albo anatomia człowieka zmieniła się jakoś znacząco wtedy kiedy ostatnim razem zdrzemnąłem się podczas biologii. Przecież proces przestawania z człowiekiem jest długotrwały jak... jak długość takiego procesu! Nieważne co się mówi, ważne jest że w tym momencie naprawdę zaczynasz się dostosowywać do wymogów grupy. Sory Gregory, nie ma „Zmiłuj się, o Jezusie Nazareński i Matko Boska Fluorescencyjna!”. Nie ma takich luksusów. Ale za to czekają inne- wystarczy być cierpliwym. Wiem, to jest okrutne, ale pomyślcie, że to nie potrwa długo. Odrobinę zapału, cierpliwości i ofiarności!

***



Wreszcie krok trzeci- zacznij myśleć regularnie. Spokojnie, to nie jest niz trudnego. Właśnie dlatego najpierw przebywałeś tyle z innymi myślącymi regularnie, abyś poznał ich i ich sposób myślenia, a oni Twój. Wiedzą o Tobie tyle, że są w stanie wyjść Ci z pomocną dłonią jeżeli tylko ich do tego skłonisz gdy tylko będziesz tego potrzebować.

***



Ale tyle mówię o stawaniu się myślącym regularnie, a nie podałem ani jednej zalety. Nadrabiam, nadrabiam! Już nadrabiam i przepraszam!
Myśląc regularnie, nie myślisz regularnie. Jesteś wyjątkowy, lepiej i sprawniej funkcjonujesz, lepiej czuje się Twoje ciało. Umysł nie jest już trapiony tyloma problemami co niegdyś, bo wiele z nich zostało wyeliminowanych!

***



Myślcie nieregularnie. Zaklinam, myślcie nieregularnie! Inaczej skończycie w pierwszej gorszej sekcie, zwabieni tam odrobiną manipulacji poprzez danie nadziei na lepsze jutro, które zapewni Wam kolejne boskie wcielenie boskiego bożka/Boga/boga/Bożka. Niekoniecznie zresztą to musi być sekta- bardziej odpowiednie słowo to „sieć”, w którą się „zaplączecie”. Sugestia, rozwinięcie, odrobina krytyki kontrastowej, potwierdzenie gotowości na wszystko, poczucie wyższości, prowokacja strachu... Słowniczek manipulowanego. A właściwie- manipulatora.
Bądź konsekwentny i myśl tak jak ktoś zechce, zamiast myśleć na każdym kroku- oto klucz do oddania własnej woli komuś innemu. Myślenie nie boli, ale jednak wiele osób nie zdobywa się na nie. I nie mam teraz ochoty wnikać „dlaczego?”. Ni mnie to ziębi ni mnie to parzy. Ale myślą np. manipulujący- i od razu widać kto ma przewagę :D.
Ale jesteśmy tylko zwierzętami bez futra. I dlatego tak bardzo kochamy dominować w drabinie hierarchii...

Metallica- Prince Charming

There's a black cloud over head, that's me
And the poison ivy chokes the tree, again it's me
I'm the filthy one on Bourbon Street, you walk on by
I'm the little boy that pushes hard and makes him cry

There's a dirty needle in your child, haha, stick me
Empty bottles still in hand, still dead, still me
I'm the suit and tie that bleeds the street and still wants more
I'm the 45 that's in your mouth
I'm a dirty, dirty whore

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus, but to old to see
Hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Yeah, he wants to become father now, me again, me
The marks inside your arms spell me, spell only me
I'm the nothing face that plants a bomb and strolls away
I'm the one who doesn't look quite right as children play

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus, but to old to see
Hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Look up to me
What to be and what to fear
Look up to me
Look it's me, at what you hear
See right through me
See the one who can't be free
See right through me
Look it's me what no one wants to see

Hmm, now, see the black cloud up ahead, that's me
Hmm, and this poison ivy chokes the tree, again it's me
I'm the filthy one on Bourbon Street, you walk on by
I'm the little boy that pushes, pushes, makes him cry

Yeah, look it's me
The one who can't be free
Much too young to focus but to old to see
Hey, hey, look it's me
What no one wants to see
See what you brought this world
Just what you want you want to see
Hey ma, hey ma, look it's me

Hey ma, hey ma, look it's me



Pozdrawiam
krogulczas

piątek, 10 sierpnia 2007

Wszędzie dobrze, ale nie w domu

Dzisiaj przeczytałem notkę na blogu mojego przyjaciela, Alexandra Smithsona. Notkę dość rozbudowaną i stworzoną pod wpływem podbijającego rzesze tępych umysłów Kominka link do jego bloga oraz link do notki która sprowokowała go do pisania).
Samą notkę Alexa można poznać tutaj (link).

Jaki jest mój stosunek do patriotyzmu? Chyba udało mi się go wyrazić w pewnej starej pracy szkolnej. Dla pewności przeczytałem ją sobie jeszcze raz, aby sprawdzić, czy nie straciła na aktualności.
Nie.
Poglądy pozostały niezmienione, a na pewno wnioski.

***



„Co to znaczy być patriotą w realiach współczesnego świata?” czyli „Wszędzie dobrze, ale nie w domu”

Pojęcie „patriotyzmu” istnieje już od wielu wieków. Przez ten czas ulegało wielu przeobrażeniom. Jego obecna definicja sprowadza się do słów określających umiłowanie i dumę z ojczyzny, kraju ojczystego. Jest to jednocześnie dostrzeganie wszelkich związanych z pojęciem „ojczyzny” konsekwencji- tych pozytywnych i tych negatywnych. Na dobre i na złe.

Zakładając, że bierzemy pod uwagę ogół współczesnego świata, wówczas mamy problem.

Na całym świecie, przynajmniej od połowy XIX wieku, jest zdecydowana tendencja do dwóch ruchów ideowych: pierwszy- migracyjny, w kierunku północy, zachodu i północnego zachodu, czyli do krajów Europy i Ameryki Północnej; i drugi- rewolucyjny, przemieszczający się w przeciwnym kierunku tj. na wschód i południe i przetaczający się przez kraje Afryki i Azji zachodniej i centralnej. Oba mają na celu jedno: przetrwanie, choć często z różnych pobudek. Członkowie społeczeństwa indywidualistycznego robią to głównie dla siebie, zaś ci wywodzący się ze społeczeństw kolektywistycznych często chcą pomóc rodzinie bądź blisko ze sobą związanym grupom. Dla obu tych ruchów moim zdaniem pojawia się osobna, specyficzna definicja tego, co można by nazwać patriotyzmem.

Patriotyzm emigranta
Większość emigrantów w przypadku społeczeństw indywidualistycznych to młodzi ludzie, najczęściej samotnie migrujący, gotowi na wyzwania, które postawią sobie i innym. W przypadku społeczeństw kolektywistycznych są to zazwyczaj osoby w średnim wieku, przemieszczające się dla dobra rodziny, często wraz z nią, lecz coraz częściej spotyka się również ludzi młodych, od wczesnych lat wychowywanych do wyjazdu. Tak dzieje się np. w przypadku północno-afrykańskich mieszkańców, którzy coraz liczniej wkraczają do Hiszpanii, a stamtąd dalej- do Francji, Zjednoczonego Królestwa. W tym konkretnym przypadku następuje ewolucja mentalności grupowej w jednostkową- namiastka tego podejścia jest przekazywana już w rodzinie, reszty osoby te uczą się od ludzi z którymi mają do czynienia (szczególnie w przypadku pracowników umysłowych). Ewolucja ta jest ułatwiona właśnie z powodu wartości wpajanych od dzieciństwa.
Emigranci zazwyczaj nie czują silnego związku z ojczyzną, najczęściej od czegoś bowiem uciekają- biedy, prześladowania, czy chociażby z powodu własnych poglądów. Mimo tego jednak w pewnym momencie zachodzi zjawisko gloryfikacji znanych sobie wspomnień- tych najmilszych, związanych z przyjaciółmi, rodziną. W chwilę później jednak odzywają się negatywne wspomnienia- beznadziejnych dochodów zestawionych z obecnymi, bycia bitym i poniżanym, wyszydzanym.
Ktoś zapewne spytałby się- gdzie tu patriotyzm? Jest go aż nadto. Może i taki człowiek nie czuje się dumny ze swego państwa, lecz ma zakodowaną olbrzymią ilość informacji pozytywnych, pod postacią wspomnień, a ponadto dostrzega negatywne strony życia w dotychczasowych warunkach. Nie gloryfikuje na siłę ojczyzny i nie uważa, że nie potrzeba jej zmian. Pod tym względem jest to zjawisko bardzo pozytywne, niezależnie, czy ktoś ratuje siebie, czy rodzinę.

Patriotyzm rewolucjonisty
Oto drugi wariant współczesnych nurtów przemierzających świat i związanego z nim postrzegania świata, czyli osoby, która chce udowodnić, że walka jest symbolem patriotyzmu. Obecnie jest to proces daleko już posunięty, mający ścisły związek z dekolonizacją oraz czymś, co można nazwać rekolonizacją, czyli ponownym wprowadzaniem wpływów państw wyżej rozwiniętych do państw niższych.
Trzeba twórcom kolonializmu przyznać jedno- całkowicie odcięli się od wyzwalającego się państwa w momencie uzyskiwania przezeń niepodległości. Wycofywali cały kapitał ludzki i inwestycyjny jaki wprowadzali, pozostawiając jedynie widmo dawnej świetności. Dawnej, bo jak należy zauważyć, byt większości niepodległych państw Afryki i Azji wcale się nie polepszył, lecz z ich subiektywnego punktu widzenia, nowe państwo nie spełniło ich oczekiwań. W ich odczuciu, ich stan życia wręcz się pogorszył! W istocie tak też jest, lecz tylko i wyłącznie z powodu mechanizmów psychologicznych. Krótko mówiąc- proroctwo lepszej przyszłości nie miało możliwości spełnienia tylko i wyłącznie dzięki wizji pozytywnego rezultatu własnych działań.
Teraz zbiera to swoje żniwo poprzez najróżniejsze konflikty o przeróżnej skali. W większości przypadków są one spowodowane nasilającym się niezadowoleniem wśród mas, które jedynie potęgują własne wzorce, sprowadzające się do ukierunkowania źródła niedoli poza sobą, na aparacie państwowym, który zawiódł. W takich przypadkach, ludzie niespodziewanie zmieniają nastawienie i biorą sprawy w swoje ręce. A właściwie- broń w swoje ręce. Afganistan, Rwanda, Algieria. To doprawdy tylko kilka przykładów, kiedy to rewolucjoniści chcieli doprowadzić do polepszenia warunków bytowych. W ich odczuciu, poziom życia ludności był o wiele za niski (konflikt ekonomiczny) bądź też niestosowny (konflikt etniczny). Pomijając jednak różne pobudki, celem tych ludzi jest zazwyczaj walka o dobro narodowe.

Nowocześnie instynktowni?
Powyższa klasyfikacja może narzucić pewne skojarzenia z instynktowną reakcją wszystkich ziemskich istot. Zasada ta nosi nazwę „walcz albo uciekaj” i stosowana jest w wypadku zagrożenia życia, lecz w przypadku ludzi również z powodu dowolnego dyskomfortu, niepewności. Oznaczałoby to, że wszyscy ci ludzie dostrzegają w swojej ojczyźnie zagrożenie dla życia, bezpośrednie lub pośrednie. I to często realne.
Nie jest to sposób pojmowania świata jakiego można by spodziewać się po człowieku.
W istocie problemem jest w tym momencie nie sama ojczyzna i brak miłości do niej jako takiej, lecz zbytnie zaawansowanie człowieka. Niestety, wyprzedziliśmy swoje ciała. Wiedza nie zmienia mózgu, nie zmienia zachowań podświadomości. Owo „nowe szybsze tempo życia” okazuje się zgubne dla człowieka. Nie mamy bowiem żadnego stabilnego miejsca, do którego moglibyśmy powrócić. Brakuje nam w życiu pewności, stałości, oparcia. To jest właśnie cel poszukiwań każdego człowieka- znalezienie własnego miejsca. Niestety, stało się to już chyba „patriofilią”- obsesyjnym dążeniem do znalezienia miejsca bezpiecznego, tylko i wyłącznie naszego.
Prowadzi mnie to do smutnego wniosku- trudno jest szczerze, zgodnie z umysłem i ciałem, nazwać ojczyznę „miejscem umiłowanym”. Nie mając żadnego punktu zaczepienia, często rzucamy się w wir zdarzeń ze świata, które nijak mają się do nas samych. Szukamy szczęścia wszędzie i we wszystkimi, bo ojczyzna nam tego nie zapewnia. „Patriotyzmem” w realiach współczesnego świata jest poszukiwanie bezpiecznego schronienia.

***



Sam chyba również powoli się uspokajam. Tak jak jeszcze rok temu oddałbym życie za ojczyznę, tak teraz targają mną mieszane uczucia. Nie wiem jak bym zareagował w obliczu wojny obronnej (bo chyba tylko na taką stać nasz rząd)...

***



(Tak po prawdzie przydałyby się w Polsce rządy silnej ręki, a nie marnowanie 3/4 kadencji, środków i budżetu na ustalanie koalicji.)

***



... ale wiem, że nie szedłbym jak debil na pierwszą linię. Umierać bez zabicia nawet jednego wroga tylko dlatego, że zamiast leżeć i czekać na okazję to wstawać i bez opamiętania szarżować wprost pod serię ckm'ów i innej broni ręcznej, lub po prostu być wysadzonym granatem albo szczytem dyshonoru- miną.
Nie, to nie dla mnie.
Nie, głupie oddawanie życia przy każdej okazji chyba przepadło ostatecznie genetycznie podczas II Wojny.

***



Teraz ludzie mają zbyt wiele wolnego czasu i zbyt wiele myślą zamiast działać... Inna sprawa, że jak już zaczynają myśleć, to myślą JEDYNIE o tym jak napchać swoje kieszenie, a potem je opróżnić w najbliższym hipermarkecie. Doczesne dobra i ich konsumowanie zamiast oczekiwanie na tę jedną krótką chwilę. Ale nie oczekiwanie głupie, bierne, lecz czekanie na efekty własnych zabiegów, własnej pracy. Oddanie swojej woli bezdusznemu medium jest proste, ale to tylko na chwilę zaspokaja pragnienie. „Daj mu rybę, a będzie najedzony. Naucz go łowić, a będzie najedzony do końca swoich dni.”.

***



Alex zadał mi kiedyś pytanie „Czy według Ciebie, jedynym sposobem na walkę z systemem, jest pójście na wieś?”. Odpowiedziałem wówczas „Tak”. Teraz naszła mnie jednak nowa myśl- do walki z obecnym systemem potrzebna jest w istocie cierpliwość. O ileż lepiej smakuje pokonanie olbrzymich przeciwności losu, co czyni to zwycięstwo unikatowym, niż ledwo co wykupiony fastfood, jaki można znaleźć wszędzie i zawsze. Sam też przed momentem popracowałem nad cierpliwością wobec Madzi. Kocham ją i nawet niech nikt nie myśli w to wątpić. Ale czasem potrzeba trochę poczekać, mimo, że wszystko naokoło i wewnątrz gna na złamanie karku...

Pozdrawiam
krogulczas

Szuflada różnorodności

Mam u siebie w moim żółtym jeszcze pokoju takie biurko robocze, miejsce pracy i śmietnik zarazem. W tym biurku jest kilka użytecznych miejsc. Szafka z dwoma półkami została podbita przez książki do szkoły, dwie półki pod blatem zajmują zapomniane z podstawówki, gimnazjum i liceum makulaturalne rupiecie, półka szufladkowa na klawiaturę którą zdominowała nieużywana od chyba roku klawiatura i cztery szuflady. W jednej płyty, w innej rzeczy plastyczne, a w jeszcze innej miejsce na wrzucanie niepotrzebnych na lata rzeczy. Jest też taka jedna szuflada, którą chyba najbardziej lubię. Po lewej stronie, pod blatem, pod półką z noworzuconymi papierzyskami od marketingu, druga z czterech szuflad licząc od góry do dołu szuflad. Dość przypadkiem ów schowek stał się moją Szufladą Różnorodności. Miejscem, w którym odżywają wspomnienia, które widzę jak na dłoni, równie wyraźnie jak przedmiot który się w danym momencie na tej dłoni znajduje. Ot, jakbyś podpiął kabel i zacząłby płynąć prąd, potok, rzeka pamięci- nieprzerwany, silny, nieokiełznany, na który nie masz kompletnie wpływu, bo właśnie Cię ominął. Czas chce płynąć dalej, ale zatrzymał się wbrew swojej naturze. I ta rzeka również taka stara się wydaje.
Na początku wakacji wertowałem swoją Szufladę Różnorodności. I co znalazłem? Cud! Wehikuł czasu! Dowody na istnienie czasu, który minął. Były mocno miętowe tic taci sprzed z datą produkcji 2003 i ważne do grudnia obecnego roku- wchłonąłem zawartość od razu. Pamiętam jak lubiłem je sporadycznie kupić i łyknąć sobie dla zabawy opakowanie...
Znalazły się też agrafki jakie kupiłem kiedyś z myślą, która mi widać dzisiaj nie przyświeca, bo nie pamiętam dlaczego je kupowałem. Jest ich nadal dwanaście.
Albo osełka do kosy. Chyba chciałem sobie w tamtym czasie zafundować coś w rodzaju siekierki na różne harcerskie wyjazdy. Nawiasem mówiąc, do dzisiaj niczego takiego nie mam w stanie posiadania.
Albo bateria do Nokii 3310. Tylko to chyba zostało po mojej pierwszej komórce. Mogę być z siebie dumny, bo jestem chyba jedną z niewielu osób którym udało się rozbić ponoć niezniszczalną „cegłę”. I to nie młotkiem albo czymś takim, co to to nie. Razu pewnego tak odmawiała mi posłuszeństwa, nieustannie odrzucając mi kartę SIM, że aż nią miotłem o ścianę jak to miałem zazwyczaj w zwyczaju. Tyle, że tym razem poszedł wyświetlacz. Ale bateria przetrwała, chociaż obecnie już pewnie po chyba trzech latach można zapomnieć o jej używaniu. To tak jakby 80-latka zawrócić z emerytury kiedy już od kilku lat przyzwyczaił się do niej i czekał na zakończenie życia wśród rodziny i przyjaciół.
Jest też mój CD-ROM, który odszedł w niepamięć po zamontowaniu wpierw zwykłej nagrywarki CD-RW, a dosłownie chyba dwa tygodnie później- DVD.
O proszę- nawet korsarze zapomniane z któregoś z sylwestrów. Zawsze na sylwkach lubiłem dać popis moich zdolności doboru materiałów wybuchowych. Amatorsko, fakt, ale jednak na wysokim poziomie. Zawsze ta stówa musiała na nowy rok iść... i szła w dobrym kierunku- do góry, przed siebie, wysadzając dawne dni, a prowadząc do zupełnie nowych, nieznanych mi, jak przestworza nade mną.
Nie wytrzymam! Ściągi z chemii, które kupiłem specjalnie aby z nich korzystać! Przez całe dwa lata chciałem do nich zajrzeć, ale zaginęły pod koniec gimnazjum... do diabła z tym! Łaski bez! Basta i finito, Karmelito! jakoś sam sobie dałem radę!
Trzy śrubokręty do rozkręcania obudowy kurzącego się pudła z komputerem. Jednym z nich zjechałem śrubę od dysku twardego co przez całe chyba dwa lata było moim przekleństwem- że nie mogłem pójść sobie do kogoś z dyskiem i wspomóc swoje zasoby multimedialne tym, czym już inni dysponują. Ale za to przykręcały ową nagrywarkę DVD, za co jestem im chyba dozgonnie wdzięczny. Moje dzielne krzyżaczki.
Nawet i poprzednie okulary tu wciąż jeszcze trwają... też swoje mają. Nie wiem które były kiedy i jakie mają właściwości. Je akurat zostawiłem za sobą, ale miło było powrócić do tych chwil, kiedy rodzicom bebechy się przewracały kiedy wydawali te 300 PLN na nowe szkiełka... słodka zemsta.
Piłeczka kauczukowa za 5 złotych jaka mi wypadła zamiast pluszaka.... cholerne solińskie automaty...
Dwa flety proste jeszcze z podstawówki, kiedy to pożyczyłem je aby sprostać wymaganiom systemu edukacji, a także wymogom chorej ambicji rodziców aby do wszystkiego czego się tknę przywiązywać tak niewyobrażalnie zniechęcającą wagę, że aż odechciewało się ćwiczyć. Tak było też i z fletem poprzecznym, który chociaż opanowałem nawet nieźle, to po roku z ulgą zrezygnowałem z nauki- głównie z powodu utraty zaangażowania pogłębianego coraz nowymi wymogami. Kiepskich miałem rodziców jako nauczycieli, mimo, że (o ironio!) oboje byli początkowo nauczycielami- ojciec wf’u, a matka języka polskiego.
Zupełnie bezużyteczny tusz do drukarki HP, oznakowany jako tri-color nr 28. Bezużyteczny, bo na obecnym laptopie zniszczyłem stosowną drukarkę HP deskjet 3420. Najpierw się ogólnie przyblokował toner, potem poszła tasiemka do jego przesuwania i skończyła się użyteczna historia przydatności drukareczki. Teraz trwa jej kurząca się epopeja... chyba najnudniejsza epopeja dziejów.

***



Czy Ty także masz takie miejsce? Pomyśl, zastanów się...

***



Nie lubię tego. Tej... weny. Jedna jedyna rzecz jaką robię przymusowo. Zawsze, wszystko co robię, robię z własnej woli, bo chcę. Nawet jeżeli muszę coś zrobić, nawet zdać do następnej klasy, jeżeli nie pojawi się chęć, trudno jest mówić o wykonaniu jakiejś czynności. Zaznaczam jednak- to nie jest zdrowe podejście. Powoli uczę się, że są rzeczy które trzeba zrobić. Im szybciej się tego nauczę tym lepiej chyba na tym wyjdę.
Na razie na trening poszła matura. „Zbrodnia i kara” jest w toku, w kolejce „Chłopi” i nadrobienie „Lalki”, mimo rozpoczętych „Konfliktów w pracy” oraz Biblii, a także gromadzących się zeszytów japońskiego i „Charakterów”. W planach było „Moje pierwsze samobójstwo” Pilcha oraz „Jak to powiedzieć” wraz z „Jak prowadzić trudne rozmowy” oraz „Pamięcią autobiograficzną”... plany mogę mnożyć bez końca!
Tak wiele planów, tak mało czasu... No bo to już tylko ile? Dziewięć miesięcy? Po raz pierwszy chyba rzeczywiście się boję o moją pewną określoną przyszłość. To zupełnie inny strach od tego jaki do tej pory odczuwałem. Ten jest... skumulowany. Jest skumulowany wraz z ostatnimi 18-stoma latami mojego życia. Teraz wkraczam w zupełnie nowy obcy świat. Mam już znajomych, którzy się pożenili, powychodziły za mąż. Są też w moim życiu pierwsi pracujący jak i bezrobotni. Sam również myślę nad pracą teraz, jak i w przyszłości. Albo studenci. Jest też Magda, która nie daje mi spokoju każdego dnia, bo każdego dnia wracam do niej, do nas myślami. Pierwsza miłość jest najgorsza... ale i najwspanialsza. Pochłania człowieka, sprawia, że płonie. I jest mi z tym niewyobrażalnie wręcz wspaniale kiedy wiem, że jest na świecie prawdziwie szczęśliwa dzięki mnie kobieta, którą kocham (mimo, że, jak na złość, co chwila o to pyta :P), której oddałem swoje serce.

***



I to wszystko, świadomość czasu który przeminął i czasu, który nadejdzie, przytłacza mnie. Osobiście nazwałem to kryzysem wieku młodego, bo tak samo jak podczas kryzysu wieku średniego, podsumowałem to, co zdążyłem osiągnąć, to, gdzie byłem, to, kogo i co poznałem. To jak jestem postrzegany w domu, w szkole, w harcerstwie, w MDK’u czy gdziekolwiek indziej przez kogokolwiek innego. Ot takie podsumowanie minionego czasu.

***



Jak na złość nie chce mi się pisać o wakacjach. Przezabawne, doprawdy.

***



Zauważyłem, że nigdy nie czekam z wrzuceniem jakiejś notki. Ale to nigdy przenigdy w życiu. Tworzę na bieżąco. Lubię to.
Ot luźna dygresja.

***



Oj trzeba iść się wyspać...

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Kocham Cię, Madziu!
P.S. Dawno mnie tu nie było, więc nie odpowiadam za poziom notki :P. Zapewne nisko pójdzie, ale może udało mi się tym przełamać pewne półtoramiesięczne lody...

piątek, 22 czerwca 2007

Mektub

Nigdy nie byłem w stanie w jakiś sposób zlokalizować tego wydarzenia w czasie. Dzisiaj w końcu mi się to udało. A wszystko dzięki prostemu rachunkowi- wydarzyło się to, kiedy miałem 14 lat.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.

Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.

„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.

Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...

To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.

Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.

Mektub

Nigdy nie byłem w stanie w jakiś sposób zlokalizować tego wydarzenia w czasie. Dzisiaj w końcu mi się to udało. A wszystko dzięki prostemu rachunkowi- wydarzyło się to, kiedy miałem 14 lat.
Byłem najmłodszym uczestnikiem wycieczki do Włoch i ledwo łapałem się wiekowo aby móc w niej uczestniczyć. I był to chyba najgorszy wyjazd w moim życiu. Trafiłem do namiotu z trzema chłopaczkami, którzy myśleli, że będą zabawni, kiedy wywalą mi wszystkie rzeczy na ziemię, kiedy będą mi zabierali talerz z posiłkiem, kiedy nie będą chcieli oddać pożyczonych im pieniędzy i, co najgorsze, kiedy będą mnie nazywali „Tołdi”- bo niby istniał gumiś o takim imieniu i którego tuszą miałem wówczas przypominać. Pamiętam, że jeden z nich miał bardzo podobne nazwisko do słowa „Zjebik”- i tak też mu się odwdzięczałem. Banda przezabawnych gówniarzy, którzy w obliczu tej jednej odrobiny mądrości tylko rozdziawili gęby. Pamiętam akurat tę chwilę bardzo dobrze, gdyż wracała do mnie wielokrotnie. Jedno z tych wspomnień, które nie chce dać ci spokoju dopóki sam mu nie powiesz aby poszło precz.
Jeden z tychże osobników wątpliwej masy mózgowej był zainteresowany jedną z uczestniczek tegoż obozu. Było to po nim widać. Była naprawdę piękna. Do dzisiaj jednak pamiętam jedynie rude, długie, lekko kręcone włosy i delikatny jak wiatr głos. Głos, którym opowiadała o książce jaką akurat czytała. Kiedy zapytałem się, o czym jest ta książka, dowiedziałem się, że o pewnym młodzieńcu, który opuścił swoją ojczystą Hiszpanię w poszukiwaniu pewnego wspaniałego skarbu. Po drodze przytrafiły mu się tak niezwykłe i magiczne rzeczy, że aż nie chciała mi ich zdradzić- powiedziała jedynie, że przewędrował pustynie w poszukiwaniu skarbu, który i tak miał dosłownie pod nosem- w swojej rodzimej Hiszpanii. I choć nie pamiętam dokąd ostatecznie zmierzał, to tutaj z kolei zadziałała inna pamięć- obrazowa. Zobrazowałem sobie na wyimaginowanej mapie, że wyrusza z jakiegoś zakątka Półwyspu Iberyjskiego i że trafia nad Nil, do Egiptu.
Zafascynowała mnie. I ta dziewczyna (starsza ode mnie, chyba nawet już dorosła wtedy była), lecz nie jako kobieta- na to jako czternastolatek byłem o wiele za młody, lecz jako gawędziarz. Zafascynowała mnie gracją z jaką nic mi o tej książce nie opowiedziała. Zafascynowała mnie też cała ta książka. I tą właśnie książkę chciałem przeczytać.

Lecz tu zaczynał się kłopot. Postawię sprawę wprost- nie znałem ani autora, ani tytułu, ani nie pamiętałem jak wygląda okładka, ani jakiej jest grubości, ani też się o to nie dopytywałem. Przez ostatnie cztery długie lata powracała do mnie wizja tej dziewczyny opowiadającej mi o Hiszpanie poszukującym skarbu, który przecież miał w domu. Marzyłem o tym aby móc kiedyś tą książkę przeczytać. I oto dokonało się. Dzisiaj znalazłem tą książkę.

„Alchemik” Paula Coelho nie jest długą lekturą. Gdy zasiadłem do niego o godzinie 20.00, skończyłem o 23.00. Od razu przystąpiłem do pisania, bo to jest książka, na którą warto było czekać. A właściwie, jak już zdążyłem się z niej nauczyć, książka, do której warto było dążyć. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sam odbyłem własną podróż. Osiągnąłem Własną Legendę- legendę rudowłosej dziewczyny, która pochłonęła sporą część moich myśli jedną jedyną chwilą, kiedy mnie zaintrygowała. Wierzę, że to było zapisane. Wierzę, że było mi to przeznaczone.

Podążajcie znakami. Ja podążyłem- najpierw wysłuchałem tej niesamowitej opowieści, potem odkryłem Paula Coelho i „Pielgrzyma” jego autorstwa (co ciekawe- przez długi czas myślałem, że to właśnie ta książka!), a w ciągu ostatnich dni mama Magdy poleciła mi właśnie „Alchemika”...

To doprawdy mistyczne przeżycie- odnaleźć cel swych wieloletnich poszukiwań. Zupełnie jak ten Hiszpan- alchemik. Nie odkryłem może kamienia filozoficznego ani eliksiru wieczności. Nie wiem jak przemienić się w wiatr. Nie znajduję ukojenia w myśli, że kiedyś wyruszę do Mekki ani że kiedyś odnajdę swego Mistrza, który już gdzieś na mnie czeka. Odnalazłem to, czego szukałem. To, co chciałem odszukać. Nic więcej, ale też nic mniej.

Jestem niewyobrażalnie wdzięczny tej anonimowej niewiaście za to, że cztery lata temu pokazała mi przypadkiem obiekt mojego pożądania. Dziękuję również Lence, która zapoznała mnie z Coelho poprzez „Pielgrzyma”- bez tej wskazówki chyba na niczym spełzłyby moje poszukiwania. Podziękowania należą się również Magdzie- za to, że dała mi numer gadu-gadu do swojej mamy ;). No i naturalnie również samej mamie też muszę podziękować- za poradę, która okazała się wskazówką do wykonania ostatniego kroku. Może dlatego, że przypadkiem dokonałem tego odkrycia, czyni to odkrycie jeszcze szlachetniejszym?

Pozdrawiam
krogulczas

P.S. Dzisiejsza straszliwa burza odcięła mnie od internetowego świata, dlatego będę się musiał wstrzymać z publikacją. Ale z drugiej strony- przynajmniej spokojnie dążyłem do przeczytania całego dzieła. Los?
P.S.S. Z powodu utraty Internetu na czas 24 godzin, pewne słowa uległy niewielkiej dezaktualizacji ;). Ale nie będę już tego zmieniał.

niedziela, 17 czerwca 2007

Where is our John Wayne?

Bruce Dickinson "Sacred cowboys"

With sense of irony everyone
you see is chasing their illusion
Take a dive or sink or swim,
but in the end you're
in the same pollution

In your world escape is swift,
the nonsense list
is all you need to know
In the land of dreams,
you make the right connections,
then you'll be the hero...

Ecstasy, the cult of me
provides our institutions
You can live forever
where graveyard that stands
that people used to function

You can join the
saviours of our culture,
vultures circling overhead my sky
Like the sin of gluttony
won't set you free,
but Betty Ford can help you try

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

CHORUS:
Where is our John Wayne
Where is our sacred cowboys now?
Where are the Indians on the hill
There's no Indians left to kill

People die with oxygen
and all their money can afford a breath
People starving everywhere
and staring in the face of death

Prostitutes and politicians
laying in their beds together
You can be the saviour of the poor
making up the policies
to open the back door...

You can get all the things
you never needed
You can sell people crap
and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)

SOLO

You can get all
the things you never needed
You can sell people
crap and make them eat it

REPEAT CHORUS (x2)


***


Przy takim właśnie sympatycznym utworze zdecydowałem wziąć się za siebie i powrócić na chwilę do świata normalnych, żywych istot. Stoczyć się na ten wesoły padół.
Zaczęło się więc niewinnie, od nadrabiania majowego numeru "Charakterów". Zawsze czytam każdy numer od deski do deski, bo to naprawdę wartościowy miesięcznik. Zaspokaja mnie zarówno pod względem wiedzy psychologicznej, jak i filozoficznej, naukowej, fizycznej, etycznej, kulturalnej, artystycznej, życiowej. Zacząłem więc od paru wstępnych mini-artykulików, nowinek ze świata. Na przykład: że na kobiety w obliczu stresu uspokajająca działa męski pot, chociaż w razie braku tegoż specyfiku równie dobrze spisze się głaskanie kota, albo że mycie zębów może (wg. neurologa z Melbourne) doprowadzić do ataku u epileptyka.
Potem przyszedł czas na artykuł numeru- "Spotkaniem wszystko się zaczyna", czyli jak bardzo spotkania, czy to te trwałe, czy tymczasowe, wpływają na nas, oraz jak mogą na nas takie spotkania nie wpłynąć, lub też jakby mogły na nas nie wpłynąć. Sporo jest prawdy w tym co jest tam zapisane- to zaznaczam już na wstępie. Jedne spotkanie są dla nas mniej lub bardziej istotne, inne stają się takimi (lub przestają nimi być) dopiero po czasie. I nawet się dobrze nie rozgrzałem, a tu zostaje umieszczony pewien fragment wiersza Miłosza... Cały wiersz zamieszczam poniżej:

Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?
1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność
poznawania świata.

2. Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest
zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.

3. Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie
po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.

4. Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.

5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać
towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.

6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada
ścisłej hierarchii.

7. Że nałogiem intelektualistów dwudziestego wieku było "baratin", czyli
nieodpowiedzialne paplanie.

8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia
może zepsuć sztukę.

9. Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych sprzecznych twierdzeń
jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy
utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.

10. Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować "wiarę filozoficzną", czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.

11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu,które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji.

12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych
błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny


(jak się później dowiedziałem)
Z tomu „To” Kraków 2004, s.59-60


I od razu nakotłowało mi to w głowie. Szczególnie punkt czwarty: "Prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę". Chciałem się dowiedzieć więcej, więc szperałem. "Szperanie" to chyba jednak zbyt górnolotne słowo, bowiem oznacza zazwyczaj coś, co robimy z przyjemnością, co jest żmudne i co zajmie nam sporo czasu, aż w końcu albo zakończy się sukcesem, albo porażką, albo przekształci się w "dłubanie", a potem w jeszcze gorsze formy marnowania czasu na bezcelowych poszukiwaniach. Niezależnie od tego czego się dopuściłem przez jakieś 5 minut, znalazłem to:
Wykład IV – Homo poeticus

***


Oto czas mi mija, a ja po paru minutach kończę czytać ów wykład. Potrzebowałem czegoś takiego, podobnie jak teraz potrzebuję coś napisać. Co ciekawe, naszły mnie zupełnie inne skojarzenia niż można by się teraz po mnie spodziewać... np. że chętnie dałbym sobie spokój z komentowaniem tego typu publikacji, gdyż same w sobie są świetnie opracowane. Ale jednak, coś pcha mnie dalej. Antylenistwo, zwane potocznie zapałem twówczym.

***


Kłamstwo. Piętnowane, okrutne, chciwe. Ale i piękne. W filmie "Goodbye Lenin" jaki sobie kupiłem już dawno, ale dopiero niedawno go obejrzałem, kłamstwo daje życie zarówno matce, ale także pozwala wzrastać jej dzieciom w pozorach spokoju. Czy było koniecznie? Było. Mlody Alex okłamywał matkę, wielce oddaną socjalizamowi, w Berlinie, wmawiając jej, że komunizm nie upadł. Mimo, że runął mur. I że na budynku naprzeciwko rozwija się szyld Coca-Coli. I mimo, że ona chce oglądać wiadomości o wybranych porach. Albo jeść przedpotopowe ogórki konserwowe, które teraz skutecznie zastąpiły już produkty holenderskie. Prosty, ale ładny film.
W tym wierszu jest ukazane bardzo dobitnie owo kłamstwo. Niewola. Coś, co współczesnemu człowiekowi nawet przez myśl nie przemyka. Czy na pewno? Zobaczmy.
"Zniewolenie" jest terminem każdemu dobrze znanym. Jest powszechnie potępiane jako skojarzone z czymś negatywnym. Jakże łatwo zmienia zabarwienie, będąc zestawione z chociażby słowem "miłość". Będąc zniewolonym miłością od długiego już w sumie czasu, doskonale się z tym czuję. Przyznałem się do tego parę dni temu, ale to trwało już wcześniej. Tylko o tym nie wiedziałem :D.
Lecz co się dzieje kiedy myślimy o wszystkich aktach niewoli z przeszłości. Nawet Grecy- ci filozofie, uczeni, matematycy, pogrążeni w doskonaleniu sfery ciała i ducha jednocześnie, mieli własnych niewolników. Ludzi od nich uzależnionych. Zarazem jednak, czy można powiedzieć, że tamci niewolnicy kłamali? A co dopiero w Rzymie- tam nawet nie zależało im na kłamstwie, chociaż już wtedy rodził się chyba współczesny, zawarty u Miłosza odbiór zniewolenia, przyrównanego do kłamstwa.
Potem to powoli przekształcało się, ewoluowało, zmieniało postać, rozwijało się tu, a kurczyło tam, gdzieniegdzie mutowało. Normalny tor biegu historii. Przychodzi w końcu czas rozprawianie się z niewolnictwem i mamy tenże wielki, chociaż mozolnie osiągnięty sukces.
I gdzie tu jest coś o kłamstwie?
Zwycięzcy dyktują podręczniki historii. Tak było i tym razem. Niewolnictwo stało w sprzeczności z demokracją, więc zaczęto je w US & A potępiać na całej szerokości, chociaż z pewną zrozumiałą dozą niechęci (vide wojna secesyjna, Ku Klux Klan itd.).
Więc jak skutecznie potępić jakąś postawę?
Po pierwsze, znaleźć (najczęściej: stworzyć) jej korelacje z innym złym zjawiskiem. Tak jak Nietschemu przypisywano stworzenie faszyzmu (owej "woli mocy" z powyższego wiersza Miłosza). Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co będzie pewnikiem potępione. Kłamstwo zazwyczaj zdaje egzamin, ponieważ na nim jest oparte wszelkie zło tego świata. Wszelkie zwroty typu "Nie chciałem", "Pomożemy" czy "To się nie wydarzyło" jest naturalną konsekwencją chęci uniknięcia nieprzyjemności związanych ze stanięciem wobec prawdy.
W tym miejscu pojawia się "po drugie": należy przenieść to wszystko na arenę metafizyki, wyjść poza biologiczną ludzkość, zatrudnić do roboty muzy, przywołać paru nieżyjących staruszków i powołać się na przeciwieństwo owego przyrównywanego przedmiotu potępienia. Dla kłamstwa będzie to rzecz jasna prawda, dla morderstwa- wartość życia. My, ludzie, tak bardzo lubimy wszystko upiększać, gloryfikować i stawiać poza naszą jurysdykcją, nazywając to tak skomplikowanymi terminami, że rzeczywiście może się okazać, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Słodkie, prawda?
I od razu mamy piękny obraz wszystkiego- niewola to kłamstwo, kłamstwo to ucieczka, a uciekamy przed zniewoleniem. Dlaczego? Ha! Sam nie wiem. Nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, ale naprawdę teraz sobie zdałem sprawę z tego, że nasz strach przed owym zniewoleniem ma podłoże czysto ideologiczne.

***


Trochę pouprawiałem baratin, więc chyba mogę iść dalej. Czytając te słowa, dajesz mi na to zezwolenie- na pływ moich słów dalej i dalej. Czy to przyzwolenie, czy zniewolenie? Jeżeli już, to kogo?

***


Jesteśmy zniewalani. Czas mija. O tym również śpiewa Bruce Dickinson. Tęskni, pytając o dawne mity. Ciągłym, nieprzerwanym potokiem słów podsumowuje współczesny los człowieka, robiąc przerwy jedynie na oddech i na solówki gitary. Nie ma w tym ani narzekania, ani zachwytu, ani negowania, ani upiększania. Zwykła tęsknota za tym, co minęło.
Czy zwykła? Ożywia się w momencie śpiewania o poszukiwaniu wyzwoliciela- John’a Wayne’a. Bo sami się z tego nie wyciągniemy. Jedynie mistyczne siły wyciągają nas z objęć tęsknoty. I czy to my nie chcemy jej opuścić, czy to ona nas? Jak stwierdził profesor Philip Zimbardo, człowiek nieśmiały jest dla siebie zarazem strażnikiem i więźniem. Musielibyśmy zarazem przełamać tyle barier- strachu więźnia, oporu strażnika, obawy przed nawrotem tęsknoty. Najlepiej aby zrobił to ktoś za nas. Ale nie jest to takie proste.
Bo to taka ludzka tęsknota, która nie chce nas opuścić. Sami ją wyhodowaliśmy. Co jednak jest najciekawsze- nasze pojęcie zniewolenia jest oparte na kłamstwie. Tęsknota zaś na prawdziwości doznań, czyli wolności. Samo się tak zaplątało, czy też jakieś długie słowo jest za to tym razem odpowiedzialne? A może to my sami komplikujemy sobie życie wtedy, kiedy nie potrzeba? Że o innych na tym globie nie wspominając.
Ta tęsknota jest zniewalająca. Zniewalająca, mimo, że jak najbardziej zgodna z prawdą.

***


Wyjątkowo skupiłem się na konkretach, mimo wielu myśli, które odciągały mnie od toku myślenia zamieszczonego powyżej. I jak na razie to nieobecność Magdy zadziałała na mnie twórczopędnie ;). Ale nauczyć tęsknoty też się muszę...

Pozdrawiam
krogulczas