poniedziałek, 25 grudnia 2006

Ojciec.

I znowu towarzyszy mi "Listopad" Comy... fatum.

***



Dzisiaj spotkałem się z ojcem. Ze względu na kiepskie poczucie czasu nie wiem, czy ostatni raz widziałem go rok temu, czy dwa lata temu, ale wydaje mi się, że raczej dwa lata temu. To było w Mikołajki, 6. grudnia. Tego jednego jestem wszakże pewien.

***



Już w okolicach maja zrodził mi się w głowie pomysł. Szatański iście pomysł.
Aby zjawić się w roli niespodziewanego gościa w Wigilię 2006 u dziadków. Chciałem tak zrobić, aby spotkać się nie tylko z nim, ale z całą rodzina od jego strony, pogodzić się z nimi... bo skłócony z nimi konkretnie byłem. Miałem nadzieję, że uda mi się odnowić kontakt z nimi.

***



Dziasiaj z nim spotkałem. Okazało się, że jestem od niego nieco wyższy. A może... to on zmalał. Nie wyglądał już tak dumnie i silnie jak wtedy, gdy odchodził. Był taki cichy i spokojny. Jeszcze bardziej łysy, niż kiedy go ostatnim razem widziałem. A to, co zostało, posiwiało już nieco miejscami.

***



Dostałem od niego prezent. Aby mnie ochraniał. Posążek anioła.

***



Chodziliśmy chwilę po parku. Głównie ja opowiadałem o sobie. O przeszłych zdarzeniach, a właściwie... wrażeniach z przeszłości. O teraźniejszej szkole. O przyszłych studiach na psychologii, w Szkocji. Po prostu rozmawialiśmy po przerwie. Takiej cholernie długiej przerwie.

***



Kiedy odchodziłem, uścisnął mnie i przytulił mocniej niż przy powitaniu. Zaś kiedy już się rozchodziliśmy, Wspólnie odwracaliśmy się cztery razy. Ja machałem jemu, on mnie, na zmianę. Byliśmy już daleko od siebie- jakieś 300 metrów, a wciąż do siebie machaliśmy.
Mógłbym tak całą wieczność, byleby z nim być.

***



Jutro też się spotkamy, tym razem u dziadków.

***



Czas nadrobić czas, który przeminął bezpowrotnie. Który został stracony.

Pozdrawiam
krogulczas

sobota, 23 grudnia 2006

Odbiło mi

Wśród nocnej ciszy burk się rozchodzi
Wstańcie koledzy Szatan się rodzi
Czym prędzej się wybierajcie,
Do 4chana pośpieszajcie,
Przywitać Szatana.

Poszli, znaleźli Bureczka w żłobie,
Z wszystkimi gify, danymi sobie.
Jako Burkowi mu burknęli,
A witając zaburkali,
Z wielkiej wesołości.

Ach witaj, Kolego, z dawna requestowany
Tyle tysięcy lat searchowany!
Na Ciebie chihuahy, koledzy,
Czekali, a Tyś tej nocy
Nam się przyburkał.

I my czekamy na Ciebie, Burka.
A skoro przyjdziesz na głos szatana.
Padniemy na twarz przed Tobą,
Wierząc, żeś jest pod osłoną,
Firewalla i Szatana.

***



To tak słowem wstępu. Uznałem, że warto przekazać kilka kultowych w moim kręgu tekstów tj.
-szatan (wraz z wszelkimi formami od niego np. szatański, szatanić, szatanować. Jest odpowiedzą na wszystko, wszystkich i cokolwiek innego. Doskonale sprawdza się w warunkach bojowych, pokojowych, animowanych i matematycznych)
-burek (podobnie jak wyżej, np. burkaty, burkać, "My burecki są" )
-chihuahua (stosowane np. przy odpowiedzi na pytanie "Co z tego powstanie"- również na lekcjach :P)
-kolega (słowa na określenie rzeczy, przedmiotów, idei, postaci historycznych i teraźniejszych, w przeciwieństwie do np. szatana, bardzo bezpośrednio personifikuje i daje życie np. powieszonym owieczkom z nylonu)
-wesoły (stosowany jak pierwowzorowy przymiotnik, ale nie dajcie się zwieść).

***



Podsumowywałem ponownie ostatni rok. Nie myślcie jednak, że podam tutaj to wszystko. Nie chce mi się :P. Wiem jedno- zmieniło się tyle, że aż sobie z tego nie zdawałem sprawy. I dobrze mi z tym

***



Wesołych Świąt wszystkim!

Pozdrawiam
krogulczas

środa, 20 grudnia 2006

Znikanie.

Tradycyjnie. Ale... coś w nich do cholery jest. Coś, co zmusza mnie do notkowania.

COMA. LISTOPAD.
Pierwszy znak jakby z wnętrza wydobył się chmur
Bez tchu, bez sił, bez wiary - znak
Jakby ktoś mocno chciał mi przypomnieć
Że jest za kłębem brudnej pary porządek gwiazd

Całą noc nie mogłem spać
Amfetamina ma gorzki smak
Czuję że znów będe się bać
Mimo że ktoś daje mi znak
Mała Ty wiesz dławi mnie tlen
A każdy dzień wymyka się
Druga zero trzy nie ma dokąd iść
Jak mogłeś odejść stąd
wW taką nieludzką noc
Moja głowa chce, moja głowa znać
Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa
Jakiś powód


Na całe szęście wiem jak radę dać bez wiary i
Znalazałem wielu, którzy drogę pokazali mi
Przez całe życie na najwyższej pędzą fali
Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali

Czemu mnie zostawił?
Czemu się oddalił?

Musiałem znowu się schlać
Nie widać drogi we mgle
Listopad włazi do miast
Na dole dzieje się źle

Musiałem tulić brudne ciała suk
Musiałem stracić przezroczystość na którejś z tamtych dróg
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
Nocne płacze i modlitwy
Tyle razy próbowałem
Szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw

Tak mi przykro

O tak mi przykro
Chciałbym jeszcze raz

***



Od pewnego czasu zauważyłem, że nieustannie szukam przyczyn pewnych sytuacji. Dostrzegam właściwie wszystkie możliwe przyczyny, jakie mogą wpływać na taki a nie inny stan rzeczy. A dzięki ostatnim tygodniom nie tylko dostrzegam wszelkie problemy tego świata, ale również po kolei je rozwiązuje. Po kolei.
Dotychczas również rozwiązywałem problemy. Od wieku 14. lat towarzyszą mi moje własne słowa jako zasada życia: "Z przeszłości wyciągaj tylko wnioski".
Lecz wiedziałem, że naokoło mnie wciąż pozostanie nieskończona liczba problemów, których w życiu nie rozwiążę...

***



Do jasnej cholery, ja planowałem swoją przyszłość! Lecz to już nawet nie planowanie było... to było bezcelowe przewidywanie. Np. owo ciągłe rozwiązywanie problemów. Kiedy dojdę do kryzysu wieku średniego to będzie dla mnie praktycznie koniec mojego życia. Nie będę w stanie robić tego wszystkiego co mógłbym, a co byłem w stanie robić. Potencjalnie, rzecz jasna, lecz biorąc pod uwagę moją wesołą przeszłość i wariacje między ojcem a matką oraz mną pośrodku oraz epizody niezależnie z nimi związane... Ciekawie by się działo.

***



Ale przecież mam tylko te siedemnaście wiosen na karku. A w głowie mi wiek średni.

***



Nastąpiła zmiana taktyki. Większości rzeczy mówię bardzo dobitne "a pieprzyć". Nie dosłownie rzecz jasna- kto wie jakby się to mogło skonczyć dla moich bogu ducha winnych genitaliów.

***



Tak. Wracam do siebie. To, co mnie jednakże przeraża, to że przeklinam częściej niż dotychczas. Nie udało mi się zniżyć do poziomu wesołych kiboli, dla których "kurwa" robi za spację, ale i tak jest tego więcej niż zwykle. Średnio mi to się podoba, ale... jak od razu łatwiej eksponuję swoje zdanie i emocje ;). Np. takie "ja pierdolę..." podczas ataku śmiechu. Albo reakcja na szokującą nowinę "o kurwa... ja pierdolę". Cóż, rozpoczynam z dniem dzisiejszym samokontrolę i korekty. Trochę... za daleko to zaszło.

***



Jestem zadowolony z siebie. Jest zupełnie inaczej. A co najlepsze, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu ostatniego roku aż tyle się mogło mi przydarzyć. Totalnie nie poznaję siebie z każdym kolejnym dniem, mając za wzorzec wyjściowy- "Krogul dzień poprzedni". Jest to... zadziwiające. Dopiero z perspektywy czasu to zauważyłem. I muszę powiedzieć, że jest to... miłe uczucie. Poczucie zmian jakie mnie dosięgnęły.
Ile książek przeczytałem, ile filmów, ile serii anime obejrzałem.
Ile kłótni za sobą mam, ile nowych znajomości zawarłem...
Ile we mnie zmian zaszło. I to wciąż dla mnie mało.

***



Zacząłem pisywać wierszyki. Takie białe, zwykłe. Jak odczuwam potrzebę- otwieram z hukiem stosowny zeszycik i jazda. Wisława Szymbowska powiedziała niegdyś "Poetą się nie jest, poetą się bywa". I chyba to mnie właśnie dopadło.

***



Wiecie co jest ważne? Ukierunkowanie swojej energii, siły na wyznaczony cel. Wczoraj tego doświadczyłem. Dopadła mnie wena na zrobienie czegoś. No i wpadła mi do głowy realizacja mojego starego pomysłu- aby na zimowiskach szczepowych brać udział nie jako zwykły uczestnik, ale jako osoba tworząca i realizująca program. Po prostu mnie nosiło po domu. Zajrzałem do lodówki- nie. Kompa nie ma- nie wyżyję się na NPC'ach. Książki! I one zawiodły... Tylko filozoficzne rozprawy Kartezjusza, Pascala, Nietzschego, Hume'a lub Rousseau mi pozostały. A w chwili napięcia umysłu nie miałem ochoty go uspokajać. No to załatwiam sobie robotę- piszę program zajęć, które sam z przyjemnością poprowadzę. Zgłaszam istnienie zalążku odpowiedzialnym za program i wkręcam się w bycie programowcem.
Ah! Spełnienie! Rozkoszne uczucie. Realizowanie własnego planu- to jest to. Najwłaśniejszego jak tylko własnym może być.

***



Eksperymentuję z własnym stylem pisarskim. Eseje fajna sprawa, muszę stwierdzić. Kto wie co wyniknie z moich prac, narazie zamieszczanych na łamach mojego nic nie spodziewającego się zeszytu od polskiego...

***



...ale mi właśnie staw skoko-goleniowy strzelił :D...

***



Chcę podróżować. Cholera jasna, jak bardzo chciałbym zorganizować sobie fundusze na wyjazd w najbliższym czasie. Najchętniej do Krakowa. Bardzo lubię tam przebywać, może miałbym okazję poznać je lepiej np. zgubić się gdzieś w jego wesołych uliczkach. Bardzo chętnie bym się tam zgubił- adrenalinka jakich mało, zaręczam.

***



Więc narazie oczekuję ciebie przyszłości, przyszłości niepewny
Jak bardzo mi spać nie dasz, gdy wyjawisz mi nieoczekiwane sekrety

***



Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 10 grudnia 2006

Dlaczego.

Coma. Terapia w drodze.

***


Jestem wrakiem.
Totalnie upadłym człowiekiem.
Psychicznie.
Fizycznie.
Lecz nie duchowo. Ta ostatnia sfera pozwala mi jeszcze jako tako funkcjonować, ale kto wie ile wytrzymam.

***


Wczoraj był "Opal 2006"- festiwal. Mimo tylu znanych mi tam ludzi, dotarło do mnie to, do czego dochodziłem już wcześniej- że jestem kompletnie sam. Wypełnia mnie totalna pustka. Nie mam nikogo- dlatego chwytam się kogo i czego się da. To może być człowiek, to może być przedmiot, to może być myśl, albo emocja. I idę na dno. Jak wrak.
Nigdy nie byłem w takim stanie w jakim obecnie jestem. To, co się wydarzyło, zbiera żniwo.

***


Rzuciłem się na matkę. Jakieś dwa tygodnie temu.
Pełen wściekłości, gniewu, goryczy, żalu, strachu, paniki.
Z dnia na dzień osiągam kolejne granice- robię to, czego pragnąłem. Osiągnąłem granice nienawiści, osamotnienia, pustki moralnej, gniewu, odrzucenia.

***


Na obecną chwilę jestem sam na tym świecie. Żadnej matki, żadnego ojca. Żadnych dziadków, ani ciotek, ani wujków. Nikogo. Przyjaciół też nie mam. To tylko znajomości i znajomi. Doszedłem do kresu zaufania i przeszedłem na stronę nieufności. Nikomu nie chcę zaufać. Boję się zaufać.
Po tym jak ją uderzyłem, wybiegłem na cmentarz, do Kuby- mojego brata, zmarłego po porodzie. Tam pojawiły się pierwsze obajwy braku zaufania. Myślałem "Przecież mógłbym do kogoś iść... nie mam do nikogo daleko, bo za dużo osób znam. Ale nie chcę." Kiedy powiedziałem o tym matce, nazwała to instynktem obronnym. Brak zaufania jest oznaką instynktu obronnego! Dawno tak nie chciało mi się płakać i śmiać. Obie emocje zdusiłem.

***


Po tym zdarzeniu co jakiś czas dopadały mnie stany owego oczyszczenia- swego rodzaju obojętności wobec wszystkiego, wszystkich i siebie. Wszystko jest takie jasne, przejrzyste, nieskomplikowane... zwyczajnie pozbawione uczuć. Lecz kiedy tylko uczucia wracają, a myśli pozostają na swoim miejscu, zapadam się. Zamknięcie uderza ni stąd, ni zowąd. Osamotnienie pozostaje.

***


Jestem ostoją wiedzy. Mnichem, wiedzącym wszystko, znającym wszystkich. Potrafię wszystkich złamać, wszystko zmienić. Mam taką siłę.
Ale nie potrafię nikogo poznać. Nie potrafię niczego poznać. Nikogo nie zmieniam, nie przekonuję. Jestem bezsilny.
Mnich w "Podróży na Zachód" znalazł w końcu to, czego nie potrafił posiąść- umiejętność śmiania się. Ja już nie potrafię się śmiać- miast tego zamykam się w swoich myślach. Nikt mnie nie obchodzi, więc ja nie obchodzę nikogo.

***


Chciałoby się umrzeć, skończyć walkę, męki, cierpienia. Lecz co bym tym udowodnił? Nawet nie widziałbym aktu swego zwycięstwa i kapitulacji oponentów. Dlatego nie kończyłem do tej pory z życiem. I tak łatwo nie skończę- za bardzo mam ochotę dopierdolić matce. Szczerze. Nie ma sensu udawać syna, kiedy ona nazywa mnie wrogiem, agresorem, chamem, gówniarzem, sukinsynem i... synem. Tym ,któremu nie można zaufać. Kiedy trzeba, mam siedzieć cicho, aby jej nie zranić, albo żeby ona mogła ranić mnie.
Koniec z tym...

***


Czy rzeczywiście?

***


Strach. Gniew. Nieufność. Zwątpienie. To wszystko skumulowane zaledwie w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy.

***


I koniec

wtorek, 3 października 2006

Samoceona- jak najwyższa oraz (po napisaniu 75% notki) wina ludzkiego winowajcy

"PRZEDOSTAŁAŚ SIĘ W PARSZYWY CZAS
PRZEZ ULICE ZAKAŻONE BEZRADNOŚCIĄ DNI
PRZEZ KORYTARZ BETONOWYCH SPRAW
PEWNOŚĆ ŻE MY
MIMO WSZYSTKICH NIEPRZESPANYCH NOCY
MIMO PRAWDY PORZUCONEJ NA ROZSTAJACH DRÓG
POTRAFIMY W RZECZYWISTY SPOSÓB
ZNALEŹĆ SIĘ JUŻ

W DOMU BĘDZIE OGIEŃ
A DO DOMU PROSTE DROGI
WIODĄ SŁUSZNIE MOJE STOPY
NIE ZABRAKNIE MI SIŁ
CZAS POPLĄTAŁ KROKI
JEST ŁAGODNY I BEZTROSKI
MA ZIELONE KOCIE OCZY
TAK SAMO JAK TY

NAUCZYŁEM SIĘ UMIERAĆ W SOBIE
NAUCZYŁEM SIĘ UKRYWAĆ CAŁY STRACH
NIE DO WIARY ŻE TAK BARDZO PŁONĘ
NIE DO WIARY ŻE ROZUMIEM KAŻDY ZNAK

ZAPOMNIAŁEM ŻE OD KILKU LAT
WSZYSCY GINĄ JAKBY NIGDY ICH NIE MIAŁO BYĆ
W STU TYSIĄCACH JEDNAKOWYCH MIAST
GINĄ JAK PSY
DOBRE NIEBO KIEDY WSZYSCY ŚPIĄ
POCHLIPUJE MODLITWAMI NIESTRUDZONYCH UST
TYLKO BŁAGAM NIE ZAŁAMUJ RĄK
CHRONI NAS BÓG

JA MÓGŁBYM TYLE SŁÓW UTOCZYĆ
KRĄGŁYCH I BEZTROSKICH
ZE SŁONEGO CIASTA ZMIERZCHÓW
JEŚLI ZECHCESZ JE ZNAĆ
WZROK PRZEKROCZYŁ LINIĘ
HORYZONTU ABY ZGINĄĆ
A TY PRZY MNIE ŚPISZ I ŻYJESZ
NIEODLEGŁA W SNACH

NAUCZYŁEM SIĘ...
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
BO CIEBIE MI BRAK
CIEBIE MI BRAK
TO JA, TEN SAM
OD TYLU LAT, SAM
CZEKAM"

Zadziwiający tekst autorstwa Comy. Zadziwiający jest dla mnie również fakt wylosowania się tegoż utworu w momencie, kiedy rozpoczynałem myślenie o spisaniu jakowejś notki. Na poziomie tych myśli, które człowiek ma zwyczaj snuć sam do siebie i jakkolwiek by się nie starał, to i tak ich nie przedstawi- na tym właśnie poziomie moje myśli się nie wykrystalizowały. Stało się tam dla mnie jasnym o czym będę pisać.
A jednak nie wiem. Zadziwiające, jak człowiek potrafi... być niezgodnym ze swoim ciałem. Nie rozumieć go, ignorować je, bądź go zwyczajnie nie dostrzegać.

***



Wczoraj do 23.30 miałem przeprawę z matką. Wiele mówiła jak zwykle. I jak zwykle wydawało jej się, że może ze mną rozmawiać tak, jakby mnie rozumiała. A ponownie nie rozumie nic.
Moja wina? Czy też jej? Od dłuższego czasu jedną z głównych rzeczy, nad jakimi zdarza mi się skupiać myśli, jest skłonność człowieka do poszukiwania winnego. Ukojenia nie daje nigdy jednak ani znalezienie winnego, gdyż z natury winy, trzeba ją przykładnie ukarać. Nie lepiej jest, gdy wina nie jest znajdowana. Lecz pojawia się tutaj jeszcze absurd- że wina zawsze musi być dziełem człowieka. Rousseau twierdził, że "człowiek jest z natury dobry". Thomas Hobbes stwierdził z kolei, że "czlowiek jest z natury egoistą". Janseniści poszli jeszcze dalej- mówili "człowiek jest z natury zły", podobnie zresztą Kalwin wraz ze swoją teorią predestynacji- "ludzie nie są potępieni dlatego, że grzeszą, ale grzeszą dlatego, że są potępieni".
CZłowieczeństwo wykształciło swój własny sposób na znajdowanie winnego poprzez utwierdzanie się w tym, że skłonność człowieka do szkodzenia w skali nie mogącej być zrekompensowanej przez czynione dobro jest w nim zbyt wysoka, aby można na podstawie prostego rachunku logicznego uznać człowieka za logicznie z całą pewnością złego i jako takiegoż- winowajcę. Na tym przecież również opiera się system prawny każdej społeczności- od Dekalogu, przez kodeksy prawne po plemienne uwarunkowania (a przynajmniej nie zdarzyło mi się trafić na relację społeczności, która by uważała odmiennie). Zawsze doszukujemy się winy w człowieku.
Od czasów w sumie oświecenia, pojawiła się skłonność wprowadzania czynników łagodzących naturalną winę człowieka. Ignacy Krasicki w utworze "Na króla" pisał:
"Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:
Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka"
I chociaż sam utwór w głównej mierze (w dośc demagogiczny swoją drogą sposób) skupia się na obronie króla Augusta Poniatowskiego, to jednak zapowiada postępowanie wyrafinowania w osądzaniu i poszukiwaniu winnego- zaczęto mówić o tym, że to nie człowiek, ale coś w człoeku czyni jego "wizerunek" złym, a raczej rzec by można "niewłaściwym".
Freud dał pole do popisu kolejnym wyrachowanym sposobom znalezienia winy w czlowieku- podstawy psychoanalizy i psychologii, jakie stworzył i jakie zostały rozwiniętę oraz jakie są rozwijane także i dzisiaj zmierzają w tym samym kierunku, co wszystkie inne myśli- że człowiek i tak jest winny. Niekoniecznie zawinił ten konkretny człowiek- może to był ktoś, kto wpłynął na winę tegoż człowieka, samemu sprowadzając na siebie winę?
Zabiegi, opisane pokrótce powyżej tj. w głównej mierze dostrzeganie nie tylko człowieka, ale i jego natury i psychiki, poszerzyły naturę człowieczeństwa, ale też sakzały ludzkość na zatracenie się w przekonaniu, że to w człowieku leży wina.

***



Dlaczego jednakże nie możemy my, rodzaj ludzki, spróbować dostrzegać i (co ważniejsze: akceptować) faktu, że wina jest na tyle abstrakcyjnym pojęciem, że wręcz nienamacalnym i niematerialnym, dziełem naszych własnych zamysłów, a więc tym samym (o ironio!) niepojętym dla niego. CZłowiek w swej bezradności stworzył jednak idealnie określający takie zjawisko przymiotnik- boski. Wina jest aktem boskim.

***



Przepraszam za chaotyczny sposób pisania, a właściwie, za brak z góry określonego tematu. Mimo wszystko, wynika z tego ostatecznie dość wiele i chyba nie na takim paskudnym poziomie. Pomyśleć, że miałem pisać o tym, że nie widzę w sobie powodu do winy dlatego, że wysoko oceniam swoje możliwości i że jedyne, do czego dążę, to... gra. Gra z losem, życiem, eksperymentowanie, próbowanie, znajdowanie plusów i minusów. Na obecną chwilę to mnie właśnie interesuję najbardziej. Chcę poznać granicę mojej wytrzymałości, ale nie na poziomie rozważań, domniemywań i teorii, ale w sposób doświadczalny. Mnie to po prostu sprawia trywialną frajdę. Tydzień temu, w środę, zwichnąłem bark. Bolało jak diabli, ale przynajmniej wiem, że nie jest możliwe, aby gość w przemieszczonymi wszystkimi stawami leżął nieruchomo i bez bólu, jak to było zaprezentowane w animce "Getbackers". Ten zwichnięty bark bardzo mile wspominam, bo był to chyba pierwszy faktyczny przypadek poznania jakiejś granicy, bowiem do tej pory jedynie nadwrężałem wyznaczone linie- nigdy ich ostatecznie nie przekroczyłem tak, aby nie było odwrotu bez kosztów.
Moja matka twierdzi, że życie nie jest wystarczająco długie. Nie rozumie, że dla mnie jest ono wystarczająco długie i że jeżeli chcę, to znajdę w każdej chwili dostatecznie wiele czasu, niż go tam powinno być.

***



Tak sobie ostatnio myślałem, że skoro tak wygląda moje podejście do życia, to przydałby mi się jakiś mecenas, nieprawdaż? Przynajmniej przez jakiś czas. Po prostu chciałbym się zająć... "tylko", tak, to odpowiednie słowo... tylko egzystencją własną i innych.

Czyja to wina?

Pozdrawiam
krogulczas

niedziela, 20 sierpnia 2006

Oto moje przemyślenia. Z chwili życia wzięte, na pulpit przelane

Dużo sie działo. Oj dużo. Kto wie, czy nie za dużo? Dużo, ale mało, lecz za dużo, aby to objąć klawiaturową pamięcią. Mógłbym pisaćo np. o obozie, jaki przeżyłem w Bieszczadach. Mógłbym pisać o próbach naiwązania kontaktu z ojcem. Mógłbym, zamiast przeszłości, pisać o czasie teraźniejszym- o matce, o znajomych, o muzyce, która mi tym razem akompaniuje. Mógłbym znowuż wrócić szybkim temptem do przeszłości, zjednoczonej z teraźniejszością przez ogólne słowo zwane "anime"- o moich postępach w oglądania kolejnych serii- zaczynając od uhuhu lat temu Dragon Balla i tego co było na Siódemce, przez to, co obecnie oglądam u siebie na kompie- Hellsingu, GetBackersach, Onegai Twinsach, Berserku, Evangelionie, Azumandze... nie, tą oglądamy już od dwóch lat :D.
A może mógłbym napisać o postępach miłosnych? Na dobrą sprawę jednakże, nie byłoby o czym. Co najwyżej wymieniłbym to, co wpadło mi w oko, ale do czego nie starczyło mi... nie, nie odwagi, lecz... cierpliwości i... bo ja wiem? Zaangażowania? Nie. Prędzej- wyzbycia się obaw. I zaufania. Oj tak. Wyzbycia się obaw i zaufania. Tego właśnie mi potrzeba.
Ostatnio często czytuję różne artykuły o tematyce psychologicznej, głównie w miesięczniku "Charaktery". Nie wiedzieć czemu, nie jest w stanie pozbyć się wrażenia... lęku, że nie wiem dokąd moje życia zmierza. Po prostu nie wiem. Przyszłość jest dla mnie niewiadomą. O tyle mnie to przerażą, bo za dużo otym myślę, za dużo czytam, wiem. Wiem, a jednak ta wiedza prowadzi mnie donikąd. Czyli jednak jest to wiedza...
Boję się mojego związku, mojej przyszłości z tą, z którą zdecyduję się związać. To taki uświadomiony strach. Uświadomiony, bo wiem. Boję się, bo wiem.
Bo jestem synem ojca, który mnie odrzucił. Synem odrzuconym. Naukowo udowodniono, że osoby, które przeżyły rozwód rodziców, nie mają z tego powodu spokoju, jakkolwiek by tego nie maskowały. Można próbować to zmieniać- i to się udaje. Można też nie próbować... albo spróbować i ponieść... klęskę? Nie, raczej dopuścić do niepowodzenia. A może po prostu doprowadzić do tegoż niepowodzenia. Lub rzeczywiście uwierzyć w nieomylność losu. W jego niezaprzeczalność.
Zresztą, czym jest los? Efektem ludzkich dążeń do wyjaśniania niewyjaśnionego. Już nawet, kiedy nazwało się losem jakiegoś boga, od razu było to łatwiej ogarnąć. Potem przyszły filozofie, następnie oświecające religie i oświecajace filozofie, następnie matematyczna rachuba, logika i precyzyjność. A potem cisza. A w ciszy zaczęto słyszeć głosy- znajome. Echa przeszłości- oto czym są owe "głosy". Dopóki to wszystko miało swoją kolejność, porządek, hierarchię, dopóty nie było problemów. Ale problemy pojawiają sie w ciszy. Wtedy wszystko chce wypełnić tę zaciszną lukę swoją obecnością- wszystko zwala się w jednej chwili, zaś mózg ledwo jest w stanie to ogarnąć. Na nasze nieszczęście, wychwyca to, czego byśmy nigdy sami nie wychwycili. Z punkty widzenia matematyki- to jedno z alternatywnych zdarzeń, wniosków. Z punkty widzenia człowieka- to koszmar. Wiesz i nagle nie wiesz. Nie wiesz i nagle wiesz. Horror.
Boję się mojej przyszłości. To, co się wydarzyło, odciśnie swoje piętno. Ta wiedza mnie przeraża. Nie chcę tego. Czy dane mi będzie zagrać z Losem partię? Czy uda mi się zapobiec moim obawom, czy też może Los przekaże mnie w ręcę Fatum?
Tej partii się boję. Boję się. Nikomu tego nie mówiłem, ale czuję, że... trzeba to spisać. Jakoś samo wyszło. Przepraszam, jeśli przyzwyczailiście się do innego stylu pisania. Jestem tylko biedym człowiekiem, bliskim paniki i wyrażającym to w słowach. Nikim mniej i nikim więcej.

***



W swoim czasie śmiałem się z ludzi, którzy w taki sposób pisali swoje notki. Pamiętam, jak przeglądałem te blogi. Wiem jednakże następującą rzecz- z wielu z nich wciąż będę mógł się śmiać, bo jestem przekonany, że osoby takie wciąż boją się szczerości- szczerej rozprawy z sobą samym. To, co je trapi, je przeraża najbardziej. A przecież to tylko myśli. Skłębione... chowane... raczej akumulowane. Teraz już karmione i żyjące własnym życiem, kosztem prawy w umysłach tych ludzi, których coś rzeczywiście dręczy.

***



Mogłem napisać o innej sprawie, innych rzeczach, odrębnych myślach. Mogłem w odmienny sposób przyjąć tą notkę. Ale byłem ona chwilą impulsu, który się stał. Mogłem napisać o moich planach podróży po Polsce, aby kupować sobie w miastach Polski jakieś rzeczy codziennego użytku. Mogłem napisać o projekcie gierki, jaki tworzę wespół z kilkoma moimi kolegami i naszym wychowawcą-informatykiem. Mogłem napisać o tym jak boję się wracać do domu, przepełnionego moją matką i złymi wspomnieniami z nią związanymi- matką, którą przecież kocham. Mogłem. Lecz pod wpływem tegoż impulsu, zobaczyłem, co mnie gryzie. Możliwe, że to nie będzie jedyna taka notka- kto wie.

***



Za dużo w mym życiu chaosu. Czas na zmiany? Nie. Nigdy nie byłem zwolennikiem takich gwałtownych, nagłych zmian własnego ja- to wbrew życiu, które trwa, a nie urywa się i przechodzi do kolejnego punktu, jak gdyby przeszłość nie trwała. Zmiany nadejdą. Jakie- nie wiem. Tych się jednak nie boję- wiążę z nimi nadzieję, nie obawy. Niekoniecznie będą to zmiany w moim sposobie bytowania. To chyba jedyna część tej gry z losem, jaka mi się podoba- zmiany.

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 3 kwietnia 2006

Uduchowiona dusza... uduchowiona notka... rocznicowa notka

Tym razem bez zbędnego rozwodzenia się nad sobą :).
Dzisiaj miałem ogólnie rzecz ujmując bardzo wesoły dzień i zarazem pełen niespodzianek dzień. Zaczęło się niewinnie od sprawdzianu z informatyki z HTML'a. Po tymże sprawdzianie dowiedziałem się o klasówce w biologii którą podejrzewałem o nastąpienie dopiero ok. piątku. Ale jakoś to było- w w sobotę nad tym poślęczałem, potem na kolejnych lekcjach też się pozerkało i jakoś to ostatecznie było. Na fizyce zaś wpadłem w trans śmiechu wewnętrznego na widok tych wszystkich śmiesznych cyferek, definicji i wzorów jakie nam zafundowała babka podczas kartkówki :D. Bardziej się śmiał kolega z ławki z którym miałem przyjemność przypadkiem siedzieć (za co mu się dostawało co chwila nawiasem mówiąc).

***



Lecz nie to jest celem tejże notki.

***



Trudno mi było dopasować muzykę do mojego pobytu w domu. Najpierw puściłem soundtrack z World of Warcraft- czułem się przy nim bardzo dziwnie. Niepokój narastał we mnie, chodć miałem na celu jego likwidację.
Bo dzisiaj właśnie zdałem sobie sprawę z tego jak istotną sferą życia człowieka jest sfera duchowa jej zaspokajanie, ale jednocześnie ekspozycja.
Myśli tłoczą się w mojej biednej głowie, lecz mam nadzieję że jakoś to będzie. Z Metalliką w tle łatwiej jest to ogarnąć, lecz trudniej się pisze. Świadomość prawdy życiowej mówiącej o duchowości jednak nie pozwala mi przestać.
Otóż to. Człowiek odczuwa potrzebę ciągłego zaspokajania swej duszy. Nie może zwyczajnie zaakceptować samotności, chociażby się bardzo chciało. Muszę powiedzieć, że był czas kiedy żyłem jako odludek, udający osamotnionego z powodu niezrozumienia mojej osoby przez wszechświat szeroko pojęty. Dzisiaj żyję w podobny sposób, lecz wtedy nie dostrzegałem potrzeb swojej duszy, mimo, iż to sobie usilnie wmawiałem. Ale oszukiwanie samego siebie należy do efektów ubocznych hipokryzji cywilizacji (o której już kiedyś pisałem), więc nie jest to bynajmniej dziwne z mojej strony.
Prędzej dziwnym należałoby nazwać to, że chyba wreszcie dojrzałem duchowo do bycia z kimś. Przestałem na całe szczęście myśleć zachodnimi stereotypami- byleby tylko do pierwszego seksu i wyzbycia się dziewictwa, a potem... na co komu plany na potem?
Nie.
Mimo, iż wcześniej już zakładałem dłuższy związek (naturalnie, dłuższy jak na mój wiek) jeśli już miałbym się z kimś wiązać, to wciąż nie mogłem wyzbyć się tego sposobu myślenia. Teraz nareszcie mi się to udało. Teraz wiem, że chciałbym z kimś zwyczajnie przebywać i mieć świadomość, że tej osobie jest ze mną dobrzei i że w każdej chwili mogę w niej szukać wsparcia, a ona zaś może znaleźć wsparie we mnie. Tylko po to, żeby zwyczajnie być razem.

***



Do nawału tych przemian i wniosków doszło podczas rozmowy z moimi dwoma przyjaciółkami, w parku, pod bardzo zniekształconym drzewem. Ich zdaniem, drzewo to jest przepełnione jakimś żalem, smutkiem, może rozpaczą... Osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu rzeczy, lecz ich słowa poruszyły mnie, moją wyobraźnię i mój umysł do niezwykłych wniosków. Z niecierpliwością oczekuję nocy- ciekawość nie pozwala mi dłużej oczekiwać i zobaczyć co takiego może mi się przydarzyć w snach. O ile coś się wydarzy. Lecz... kto wie? Pośpimy, zobaczymy.

***



Sądziłem że z długością notki będzie o wiele gorzej (naczy się do słów jakie w tej chwili czytacie doszlibyście kilka minut później :P). Wyszło dość znośnie i przyzwoicie jak na moje możliwosci.
Ostatnią kwestią jaką poruszę w tej notce jest nieco opóźniona rocznica :). Blog istnieje od 1 kwietnia 2005 roku i nie sądziłem przez jakiś czas, że coś z niego będzie, lecz na całe szczęście stał sie dla mnie miejscem, gdzie od czau do czasu mogę swobodnie wyrzucić z siebie to co mnie dręczy. Blogowi tym samym dziękuję za współpracę i mam nadzieję, że nie będzie to moja ostatnia notka :).

Pozdrawiam
krogulczas

wtorek, 7 marca 2006

Dzień... dni...

Odkurzyć trzeba ;).

Znowu Metallica w glośnikach wita... chyba ona mnie tak nastraja do pisania :). A muszę powiedzieć, że playlista wydłużyła się od ostatniej notki prawie dwukrotnie- obecnie liczy 41 godzin 16 minut i 35 sekund :). Wszelkie klasyczny metal i nieco progressive, power, czasem nu, trash... w cholerę tego :D.

***



Ta notka jest spowodowana jutrzejszym dniem kobiet. Jak w każde tradycyjne święto, nachodzą mnie jeszcze większe refleksje nad wszystkim dookoła. Wszystkim co się zdarzyło, wszystkim co się zdarza i co się moze wydarzyć. A wszystkiego tego jest bardzo wiele.
Z ciekawych wydarzeń z przeszłości mogę podać np.
-konflikt z główną kosą w szkole (sytuacja opanowana na moją korzyść ;))
-masę Wigilii (rodzinna, harcerska, klasowa) i równie sporo imprez (sylwester :D!).
-zimowiska w Istebnej- tam trzeba było być i tyle- i ludzie niewyjęci, i zajęcia wspaniałe... no i ukochane góry...
-etc. :P

Tak sobie myślę i myślę, lecz chyba sobie nic więcej dokłądnie nie przypomnę.

***



Zaś teraz coś, co zamieszczam w każdej notce. W tej jednak nie pokuszę się na nową refleksję, lecz na refleksję o... miłości i przyjaźni. Tym razem jest to jednak "przedruk" mojej dzisiejszej wypowiedzi z naszego szczepowego forum.

Pojęcie miłości pojawia się już w starożytnej Grecji i do dziś jest to uznawane za wzorzec. Grecy wyróżniali trzy główne rodzaje miłości:
-Eros, czyli miłość pełną namiętnosci.
-Ludus, który można nazwać "ciągłym flirtem".
-Storge, czyli właśnie miłość przyjacielską.
Więcej tutaj.
Dlaczego o tym pisze? Bo to właśnie dzięki Grekom zrozumiałem pojęcie miłości. Naturalnie, nie olśnili mnie samymi sobą, lecz zrobił to pisarz- Apulo Coelho, w swojej książce "Pielgrzym" gdzie są w pewnym momencie właśnie te rodzaje opisane. I to właśnie stamtąd, a nie od żadnych Francuzów, Niemców czy z amerykańskich filmów dowiedziałem się co to znaczy "miłość". Miałem doczynienia z setkami książek, ale ta zmieniła mnie najbardziej znacząco (zresztą jak cała twórczość Coelho do której do tej pory miałem dostęp- serdecznie polecam).

Wywiązał się jednak w konkretniejszy sposób temat "miłości osób płci przeciwnej". Prawda jest taka, że nie da sie tego zdefiniować- to moze być albo zwykła przyjaźń, albo próba wywiązania z tego związku, zakończona z kolei sukcesem (obiekt "pożądania" również nas kocha) bądź też porażką (osoba nas nie kocha do tego stopnia, aby żyć z nami w związku).
Naturalnie, można wziąć poprawkę na fakt, że nawet związek, zaczynający się namiętnie, kończy się przyjaźnią, okraszaną co pewien czas seksem bo jest to "nasz stały partner". Ale za bardzo odbiegłem od wypowiedzi.
Niekoniecznie zainteresowanie jakaś osobą musi oznaczać miłość. Prędzej dojdzie do zauroczenia pewnymi elementami piękna danej osoby. Ja np. jest zauroczony w dziesiątkach dziewczyn, lecz nie byłbym w stanie związać się z nimi na poważnie. Zwyczajnie dostrzegam ich piękno, czy to wewnętrzne (intelekt, mądrość, zaradność, serdeczność), czy zewnętrzne (włosy, nogi, piersi, nos, twarz, brwi). Najczęściej, kiedy nawiązuję kontakt z taką osobą, zauroczenie trwa, lecz jest ono modyfikowane i "redukowane", aż do poziomu zwykłej przyjaźni.
Bo nie musimy być serdeczni tylko wobec osób których pożądamy. Więcej- nie byłoby to możliwe. Byłaby to, na obecne standardy społeczne i psychiczne, anormalne! Wyobraźcie sobie, że jesteście przyjacielscy tylko wobec własnego "haremu", ale w większości przypadków członkinie "haremu" nie wiedziałyby, że się w nim znajdują. A co z innymi kobietami? Nie możemy sobie pozwolić na taką strategię, gdyż nie byłaby ona efektywna. Kobiety to (chcą nie chcąc ;)) też ludzie, a to oznacza, że również żyją w pewnej społeczności. W tejże społeczności zaś wymieniają sie opinią na temat innych osób, zarówno kobiet jak i facetów. Jeśli jakiś mężczyzna zdecydowałby się na taktykę "haremu" od razu zostałby zydskredytowany- osoba taka nie zapewniłaby dostatecznej opieki i ochrony dzieciom z takiego związku. I cały harem się sypie...
Dlatego też właśnie bardziej się opłaca być w zwykłej przyjaźni- zastanowić się poważnie czy rzeczywiscie osoba która "kochamy" nie zauroczyła nas swoimi wdziękami. Jeśli zrobiła z nami tylko tyle, warto sie zastanowić nad "uczłowieczeniem" tych wspaniałych cech jakie u owej osoby dostrzegliśmy i nie przemianowania tej znajomości na przyjaźń.

Rozpisałem się... ale taki był cel mojej wypowiedzi. Temat potraktowałem jako okazję do przedstawienia swoich poglądów w sposób możliwie przejrzysty i zwięzły zarazem.

***



No i tyle. Mam nadzieję, że doczekam się komentarzy nie tylko bloga, ale i notki :). I że nie będę musiał odkurzać tego bloga po raz kolejny...