sobota, 13 grudnia 2008

Święta

Flatmejtek nie ma w domu, więc szaleję, jak dawno nie szalałem. Odpoczywam sobie.
Jakkolwiek mieszkanie z dwoma pięknymi paniami ma swoje zalety, takowo czasem dobrze facetowi robi odpoczynek od płci pięknej. Taki czas dla siebie. Robi się to, co się lubi: gotuje, śpi, ogląda filmy edukacyjne, śpi, czyta, śpi. W międzyczasie kąpiel z gazetką w dłoni. A na kolację parówki na zimno. Z chlebem z masłem. I kawa. I keczup.

Niecodziennie zdarzają się codzienne dni.

***


Od jakiegoś czasu nosiłem się z uporządkowaniem tego miejsca. Trochę się tu pozmieniało. A wszystko dzięki sprytnemu Bloggerowi. Gdybym miał to wszystko pisać w htmlu... chyba bym to zrobił. Na całe szczęście, trochę javy jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

P.S. Jestem zauroczony. I poszukuję pracy. I sesję organizuję. W ogóle sesja idzie. Z wrażenia, lepiej już pójdę się ogolić.

cmok cmok

czwartek, 11 grudnia 2008

Zakapturzony uczony

Zasadniczo nie jestem osobą, która lubi wdawać się w uczone dysputy z mężami stanu, kultury i nauki. Nigdy nie byłem również zwolennikiem rozwiązań siłowych wszelkich sporów. Jestem osobą mało konfliktową.
Dlatego nie wiem co odpowiem dwóm zgolonych uczonym, kiedy stanę wobec dylematu o naturę mej egzystencji, kiedy ci uczeni zadadzą mi pytanie: Widzew czy ŁKS?

Pomóżcie.

Coby wspomóc nie tylko mnie, ale także wielu innych szacownych, mało konfliktowych obywateli, dobrze by było stworzyć encyklopedię trudnych dylematów natury egzystencjonalnej. I udzielić możliwie skutecznej odpowiedzi. Liczę na was :).

środa, 10 grudnia 2008

Krogul Prisonbreak

Zaczęło się polowanie na moje życie. Jako z Matrixie, maszyny powstały przeciw swym panom. I mnie.

***


Najlepiej zacząć od wczoraj. Wczoraj jest zawsze cudownym terminem, no, może poza "od poniedziałku". Ale w tym wypadku zaczęło się wczoraj.
Pamiętam, że wychodziłem z wykładu geografii politycznej i ekonomicznej. Był to fascynujący czas. Nie pamiętam tylko dlaczego, bo obudziłem się dość gwałtownie pod koniec zajęć. Brać zdecydowała się opuścić budynek nietypową drogą: skrótem. Skrót polegał na wyjściu bramą prosto na ulicę, zamiast wić się oficjalnym korytarzem buk wie ile. Wystarczyło tylko minąć taką podnoszącą się automatycznie zaporę dla samochodów i jest się na zewnątrz.
Tyle, że ta zapora, ta rogata maszyna, zapolowała na mnie. Podniosła się równiez gwałtownie co niespodziewanie w momencie, gdy wymijałem ją będąc skierowany bokiem do kierunku marszu, a brodą do samego wynalazku. Widocznie coś się akurat wtedy jej nie spodobało, że mnie, idącego jako ostatniego, musiała rytualnie zdzielić po brodzie prawym sierpowym oddolnym. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.
Następne były łyżwy. Te już dzisiaj. Miało ich jeszcze długo nie być, ale... flatmejt się zgodziła.

ONA: Pojeździłabym sobie na łyżwach (raz w manu była i myśli, że świeci)
JA: Tak sobie myślę... Flatmejt, masz zamiar się uczyć?
ONA: Nie... nie!
(po chwili)
ONA: Czekaj chwilę, sprawdzę łyżwy.

Pierwszy raz miałem na nogach łyżwy, pierwszy raz tak boli mnie ręka i tyłek jednocześnie od upadania przodem i tyłem, na wznak, na linię i interlinię, wreszcie na bok i punkt. Było kilka niebezpiecznych dla mojego życia okoliczności losowych, jak chociażby inne łyżwy na nogach innych łyżwiarzy. Naturalnie pozostawiłem po sobie na lodowisku gustownego orzełka. Ponownie, tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.

Wracam z łyżew z flatmejt. Jedziemy dziewiątką, bo nas pod dom ma wysadzić, ale najpierw zatoczy piękne kółeczko, a po drodze mijamy właściwie nasze mieszkanie o jedną przecznicę.

(tram stanął na przystanku)
JA: Matejki. Wysiadamy może?
ONA: Okej.

Wstaliśmy. Podeszliśmy do otwartych drzwi. Ja, jako cham i prostak, wysiadam pierwszy, coby później pomóc flatmejt wysiąść. A bynajmniej spróbowałem wysiadać, bo ostatecznie musiałem wyskoczyć. Albo skok, albo zmiażdżenie przez zamykajce się drzwi. Tylko dzięki wrodzonemu refleksowi udało mi się przeżyć i iść dalej.

I ja tak sobie myślę, że ja się doskonale obejdę bez tej całej technologii. Żadnych skrótów- po prostu pójdę tam, gdzie trzeba i jak długo trzeba. Żadnych łyżew- buk dał mi stopy, nie łyżwy. Żadnych tramwajów- zdrowiej jest się przejść. Z chodzeniem sam ze sobą mam duże doświadczenie i czas je wykorzystać. O ile chcę dożyć następnego dnia rzecz jasna.

A teraz w końcu idę na zasłużony sen. Pobudki o 7.15 to jest to, co małe krogule lubią najbardziej. Mrau.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Rammstein, Wenecja i ocalenie

Przyznam się do czegoś. Odkryłem, czym jest Rammstein.

Zaczęło się od niewinnej podróży, chyba do Wenecji. Muszę przyznać, że samo miasto zrobiło na mnie takie wrażenie jak na Japonię kolejne tsunami- ot miasteczko dziwów nad dziwy, które jakimś cudem wciąż jest zalane, wciąż śmierdzi. I wciąż Wenecjanie są z tego trwania w zawieszeniu pomiędzy wodą, ziemią a niebiem zachwyceni.
Skąd w Wenecji taka odmienność, takie zamiłowanie do wody, mimo że jest ona naprawdę kategorii co najmniej poniżej krytyki. Jak kto lubi, lecz jak powiada pewne starogreckie przysłowie: "eureka!". Otóż nasuwa mi się tylko jedno wytłumaczenie: są z Marsa.
Zauważmy, że system kanałów, którym Wenecja tak się szczyci, jest żywym odzwierciedleniem systemu nawadniania kanałowego znalezionego na Marsie przez pana Angelo Secchi (Włocha zresztą, całkiem nieodlegle od Wenecji zrodzone, chociaż w Rzymie wykształconego). Jego racji dowiódł Giovanni Schiaparelli (tak tak, kolejny Włoch), potwierdzając użycie słowa "kanał". Po prostu chcieli nieśmiało przedstawić swoje dziedzictwo. No bo czemu innemu te kanały miałyby służyć?
Miał nawadniać planetę. Jest to system niebanalnie rozbudowany, bo obejmuje sporą część marsjańskiego globu. Gdzie się nie spojrzy- tam kanał. Warunki klimatyczne widocznie zmuszały naród Marsjański do bytowania w warunkach zbliżonych do starożytnego Egiptu i podobnego do nich działania w tymże ciężkim, suchym i gorącym klimacie.
Niestety, Marsjanie nie byli w stanie oprzeć się żywiołowi pustyni. Sezonowe wylewy rzek zasilanych z topniejących lodowców na biegunach planety nie wystarczały dla rozwijającej się populacji. Cóż im po rozwoju, jak nie byli w stanie przeżyć? Dlatego zdecydowali się uciec, wdrażając w życie opisany przez japońskiego naukowca i artystę Yasuhiro Nightow, program "Seeds" (z angielskiego "ziarna", z marsjańskiego [luźna parafraza] "adios frajerzy, schnijcie równomiernie") który w swej pracy pt. "Trigun" zaprezentował historię tegoż programu od odliczania, przez problemy z ludzkimi elektrowniami atomowymi po katastrofę i nieomal zupełne unicestwienie całego programu.
Wiadomo jest, że naród marsjański miał zostać podzielony na dwie floty, niezależnie przemierzającego Kosmos. "Rammstein I" - pierwsza flota, miała lecieć w stronę Słońca, "Rammstein II", czyli druga flota, miała lecieć gdzie jej się żywnie podobało, byle dalej od Jedynki. Z tej pierwszej niestety za wiele nie zostało (wspomniane żywe elektrownie atomowe, no... one namieszały trochę). Właściwie to został z niej tylko jeden statek, który my dzisiaj nazywamy Półwyspem Apenińskim.
Druga flota miała więcej szczęścia, bo dotarła aż do Midgaardu, gdzie po krótkiej walce z dużymi i brodatymi, lecz nielicznymi tubylcami zajęli tenże świat. Na cześć tej walki, oddziały walczące po stronie Dwójki nazwano "timen", bo były to jedyne litery jakie zapamietali. Wyobrażacie to sobie? Walczyć tak długo, że zapamiętuje się jedynie pięć liter i to tylko dlatego, że były one obecne na boku ocalałego z walk statku ("RamMsTEIN II"; zachowały się powiększone litery). Historię tymenów bliżej opisuje w swej rozprawie biograficznej o żywocie pewnego cesarza (z uwzględnieniem losów pewnego niczego niespodziewającego się badacza z Ziemi) "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosław Grzędowicz.
A co z dzielnymi Jedynkami? Ci mieli gorzej, bo nie dość, że przetrwał tylko jeden statek, to jeszcze zapamiętali tylko cztery litery. Co ciekawie, znowu wypisane na ich statku ("RAMmStein I"; jak poprzednio, zachowały się właśnie powiększone litery). Nie trzeba wiele rozumu, żeby skojarzyć, że R, A, M i S mają jakiś związek z ich domem.
I na tym polegał problem. Zadecydowali o tym najmniej rozgarnięci członkowie wyprawy.
Reszta, oburzona tym, że pochodzą z "Mars", odeszła. W historii ziemi pojawią się jeszcze raz, w kronikach niejakiego Pizarra, który podbił Inków. (I pomyśleć, że mogli się nazwać "Ram", a nie "Ink". To pierwsze chyba lepiej by się trzymało niż rozlewający się tusz; ale to tylko drobny eksperyment słowny i nie będziemy się nim zajmowali).
Ci właśnie Marsjanie osiedlili się w okolicach Wenecji, gdzie zaczęli budować kanały na wzór tych ze swej ojczystej planety. Nie mogli wybrzydzać wodą, której na nowej planecie mieli pod dostatkiem. Jak to śpiewa Ryszard Riedel "lecz we mnie zostało coś z tamtych lat", po prostu szanowali wodę, jakkolwiek w wielu przypadkach przyniosła im ona niejednokrotnie zarazę, wojny i śmierć, a także sporo utonięć śmiałków, którzy próbowali orać tę wodę w okresach (wg nich przynajmniej) suchszych.
A co ma do tego Rammstein? Pewna przepowiednia głosiła, że kiedyś pojawią się bardowie, którzy będą znali wszelkie dzieje dawnej Czerwonej Planety. Nie potrzeba wiele rozumu by zauważyć, że ich rozwiązła twórczość trafnie koresponduje z przepychem weneckich karnawałów.
Właśnie. Przynajmniej ładne karnawały mają. Ale poza tym to jakieś dziwne te Wenecjany są.

Zgodzicie się?

poniedziałek, 24 listopada 2008

O puraulce

Z radosnego poranka z flatmejt.



Szykuję się na pranie. Proponuję, żeby się dorzuciła. Proponuję też, żeby je samodzielnie wstawiła.
ONA: Najpierw proszek (wsypuje).
JA: Uhm.
ONA: Potem płyn (wlewa).
JA: Uhm.
ONA: Teraz ustawiam obroty...
JA: Ekhm.
ONA: (kmini chwilkę) A! Muszę pralkę włączyć (wciska buton)
JA: Dobrze kombinujesz z tym włączaniem...
ONA: Aha (po czym podłączyła pralkę do kontaktu).

Jestem z niej dumny. Jak na blondynkę to w sumie samodzielna była :).

***


Ciekawe zrządzenie losu. Dzisiaj (a zarazem w 1891 roku) urodziła się wspomniana wczoraj Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Ładnie i fajnie pisze, chociaż w sumie stara jest.

niedziela, 23 listopada 2008

Przemoc twórcza

Jest już ciemno, ale...
Dobra. Dość.

Komunikuję tylko, że przemagam niemoc twórczą, czyli stosuję przemoc twórczą.
Póki co czytam Pawlikowską-Jasnorzewską w rytmie Mansona, Skindreda i Bruca Dickinsona po pierwszym w życiu sonecie. Drugi, pod wpływem pierwszego, zamówiła flatmejt ;).

***


Okej, leci "I will survive", a ja właśnie miałem kończyć wpis. Może to znak? Idę do laski obok powiedzieć jej "cześć laska".

***


(dwadzieścia sekund później)
Odpowiedziała "cześć". Wróciłem do pokoju.

***


Akurat skończyło się "I will survive". Mogę kończyć w spokoju.
Nawet mi "Amen" Republiki wyskoczyło :).

cmok cmok

środa, 5 listopada 2008

Trzy pytania od ciekawskiego krogulczasa

1. Czy ktoś kiedyś powiedział li ci, jaki chciałby mieć nagrobek?

2. Pamiętasz li ty czytelniku notkę Bo jestem szczęśliwy?

3. Czy domyślasz się li ty czytelniku... czemu teraz płaczę nocą?

Dzisiaj kolega powiedział takie w sumie proste słowa.
"Gdybyś był wierzący, pozostałoby ci się modlić".
No to chyba zacznę się modlić. Lepsze niż stagnacja. Oczekiwanie. Zrezygnowanie. Co lepszego pozostaje do zrobienia?

poniedziałek, 13 października 2008

Jedna z obiecanek

Słowo się rzekło.

***


Ja i komunikowanie

Gdybym powiedział, że odczuwam pilną potrzebę, mógłbym zostać różnie zrozumiany. Mógłbym równie często spotkać się z aprobatą, jak i z dezaprobatą, mógłbym otrzymać pomoc od moich przyjaciół, jak i od zupełnie obcych ludzi. Mógłbym zostać zaatakowany, mógłbym otrzymać nagrodę fundowaną przez bliżej mi nieznaną osobistość. Jest to zdanie na tyle wyrwane z kontekstu, że może oznaczać wszystko. Nie jest w żaden sposób definiowane przez żadne wewnętrzne czy zewnętrzne czynniki. Zapewne nawet dla fizyka kwantowego, powyższe zdanie łatwo mogłoby się stać pretekstem do ciekawego eksperymentu myślowego. Ja może fizykiem nie jestem, lecz na pewno zgadzam się z teorią chaosu, wg której wszystko jest możliwe - od tego, że, dajmy na to, mój komputer w każdej chwili może się rozgrzać do temperatury zbliżonej do temperatury odnotowanej na Słońcu po temperaturę bliską zeru bezwzględnemu. Na takiej samej zasadzie, nie wiem jak odbiorca mojego komunikatu może się zachować. I tu zaczyna się moja zabawa z komunikacją i komunikowaniem.
Istotnie, komunikowanie z innymi ludźmi uszczęśliwia mnie. Myśl o tym, jak na moje słowa zareaguje mój rozmówca czy czytelnik, pobudza mnie do aktywności. Wychwytywanie spośród setek pytań formułujących się w umyśle zaledwie w ciągu ułamków sekundy akurat tego, które może pomóc mi w rozmowie, w odczycie danych o drugiej osobie i przekazywanych od drugiej osoby, pobudza mnie do działania. Kiedy jestem pobudzony do działania, odczuwam autentyczną radość. A kiedy jestem zadowolony rozmową, mam ochotę działać dalej- analizować i syntezować, wyłuskiwać i ignorować, dociekać i zbywać, czuć, współczuć, współodczuwać, myśleć. Kiedy próbuję odgadnąć co myśli druga osoba, czuję się tak, jakbym przewidywał przyszłość. Nie jest to jakiś wielki wyczyn, bo mówimy tu wszakże o najbliższych sekundach czy minutach, a ponadto te przewidywanie są bardzo szybko weryfikowane – właśnie poprzez odpowiedź współrozmówcy.
Czyżby bardzo specyficzne perpetum mobile? Rozmawiam, bo czuję się szczęśliwy, a kiedy czuję się szczęśliwy, to rozmawiam? Można chyba tak to podsumować. Każdą rozmowę dokładnie analizuję – gdzieś tam głęboko w podświadomości, ale proces ten istotnie zachodzi. Wiem, że ten proces ma miejsce, bo z każdej wymiany zdań wyciągam wnioski o bliższym lub dalszym zasięgu.
Komunikując się, nie wiem jaki będzie efekt moich językowych zabiegów. Rozmowa- coś, co wiele osób czyni automatycznie, mnie dostarcza niesłychanej liczby bodźców. Swoją wiedzę o kulturze języka, o mowie ciała, o prajęzyku, o empatii poszerzam już od dobrych kilku lat. I też jest to dla mnie, jak można łatwo się domyślić z dotychczasowego toku myślowego, zabawa.
Lecz coby takie podejście nie wydało się nazbyt prędko lekkodusznym, warto nadmienić, że każda próba komunikacji jest jednocześnie wyzwaniem, i tak naprawdę cały proces sprostania oczekiwaniom drugiej osoby (czasem grupy osób), obserwowanie wstępu, rozwoju i ewaluacji procesu komunikacyjnego, który potocznie nazywamy rozmową, jest tak naprawdę źródłem przyjemności jaką odczuwa umysł. Wychodzę z założenia, że umysł ćwiczony to umysł szczęśliwy, a umysł szczęśliwy to człowiek szczęśliwy. Jeżeli więc rozmowa jest w stanie dostarczać takiej dawki emocji, czyż nie warto doprowadzić sztuki rozmawiania na szczyty ku własnemu zadowoleniu? Moim zdaniem, to właśnie udana rozmowa i sprawne komunikowanie się jest receptą na satysfakcjonujące życie.

wtorek, 7 października 2008

Choroba piękna, choroba przeklęta

Nie dane mi będzie wiedzieć, które powiedziało „tak” dla nich jako pierwsze. Wiem tylko, że padło zaledwie trzy lata temu. Chociaż i tu nie ma absolutnej pewności, powodowanej brakiem danych.
Piękne zjawisko. Oboje zakochani na zabój. Jedno drugiemu przychyliłoby nieba, drugie pierwszemu, coby dłużnym nie pozostać, złożyłoby cały świat u stóp.
On pięćdziesiąt cztery lata, a ona czterdzieści. Nie dane mi będzie wiedzieć, jakie mieli plany. Mogę jedynie stwierdzić, że były wielkie. Odnośnie reszty, nie skolekcjonowałem dostatecznej ilości informacji.
Pewnego dnia, on się przeziębił. Łykał leki takie, jakich potrzebował. Ale nie pomagały. Miał potworne kłopoty z kaszlem. Wtedy pojechali do szpitala.
Nie dane mi będzie wiedzieć, kiedy stwierdzili, że nie można go uleczyć. Stwierdzili, że nie będzie mógł oddychać, bo nie może odkrztuszać. Udusi się. Umrze.
Była u mnie. Codziennie od trzech miesięcy przyjeżdża do niego. Dzień w dzień, bez dnia przerwy. Teraz ja zamieszkałem w Łodzi, więc poproszono mnie, abym ją przenocował. Zapytała mnie, czy mam telewizor, bo jak coś, to ona ma jeden w samochodzie. De facto, ona w tym samochodzie mieszka.
Tutaj przypominam sobie chwilę, w której ona pokazała mi filmik z nim w roli głównej. Zrobiony na telefonie. „Nie, to niemożliwe. Nie zrobiłaby tego”. Zrobiła. Film po filmie, cztery nagrania, może po jakieś dwadzieścia sekund każde. A on... on tam po prostu był. Ćwiczył i był na masażu (ona pochlipywała). Było też nagranie, jak wyglądał parę miesięcy wcześniej. Warto powiedzieć, że tylko na tym ostatnim nagraniu go słychać. Jedno, może dwa słowa. Nawet nie wiem jakie, bo nie dosłyszałem (a jej głos jej drżał). Od czasu pobytu w szpitalu, on nie może mówić, bo zrobiono mu tracheotomię i przez nią ma doprowadzoną rurkę z tlenem bezpośrednio do płuc, a to są jedynie słowa jakie ona od trzech miesięcy może usłyszeć.
Potem pokazała mi zdjęcia, przeskakując szybko od jednego do drugiego, tak jakby mógł uciec. Płakała, gdy widziała kolejne zdjęcia. Spał na jednym z nich.
-Zobacz jaki on piękny, spójrz jak on pięknie śpi, mój najsłodszy, najmilszy, kochany... Czemu jemu to się przytrafiło, czemu nas to spotkało? Mojego Wojtusia.
Wybucha. Emocjami. Na płacz, zawodzenie, szlochanie nie ma już sił. Jest przemęczona. Czuję to.
Przeprosiłem i poszedłem po chusteczki. Dla niej. Objąłem ją ramieniem. Podawałem jedynie kolejne chusteczki. To było jedyne co mogłem zrobić. Jej też nic poza płaczem w takiej sytuacji nie zostało. Żaden lekarz nie mógł jej pomóc, bo jego choroba nie jest uleczalna.
-Całe życie na niego czekałam, całe życie czułam, że przy każdym facecie zapala się żółte światło. Przy nim momentalnie zapaliło się zielone.

Nie jestem w stanie dobrze oddać wszystkich nagromadzonych uczuć, pojedynczych emocji i wszelkich nagromadzonych myśli. Dzielę się nimi teraz, bo najpierw chciałem przemyśleć, w jakiej formie można by zawrzeć tak przepełnione zarazem miłością, jak i rozpaczą doświadczenie. Dziękuję tej, która powierzyła mi swoje uczucia w dzień moich urodzin. Ja traktuję to jako podarunek. Ona o tym nie wie, bo teraz dopiero tak to odczuwam i doceniam. Nauczyła mnie tego dnia wiele o miłości... dużo więcej, niż na swój wiek byłem w stanie przyjąć.

niedziela, 5 października 2008

O moim jubileuszu

... który mija już za niecałe 10 minut, tak jak co roku mijał. Dzisiaj mija po raz 19. z rzędu :).
Wrzuciłbym zajebisty tekst jaki napisałem na zajęcia z komunikacji społecznej... ale się wstrzymam. Pozdychaj z ciekawości, czytelniku, kiedy będziesz pić me zdrowie ;).

sobota, 4 października 2008

O rolowaniu

Ach, stare piękne czasy, kiedy zapuszczam sobie muzyczkę, siadam z czymś do jedzenia (w tym wypadku 1/4 czteropaku jogurtowego od danona) i zaczynam pisać. I wysypuje mi się klawiatura, która uparcie twierdzi, że moim językiem urzędowym jest 214 wersja polskiego. Ale mniejsza.
Jak już wspomniałem... Ach! Stare piękne czasy! Nickelback "Too bad" w tle, coś jeszcze zdatnego do jedzenia, wolna chata... I zaczynam pisać!
Na dzisiejszą notkę miałem pomysł wczoraj. Miałem nawet pomysł, aby ją wczoraj spisać, ale... zbytnio się rozmarzyłem podczas kąpieli. A potem to już nic mi się nie chciało...
(o, "Out of the silent planet"...)
... i zakończyłem wieczór snem.

Po tym oto wstępie czas najwyższy przejść do meritum, do sedna, do tego nie owiniętego w bawełnę (zastanawialiście się kiedyś, co owijamy w bawełnę?), do notki. (Czas najwyższy... ale z drugiej strony- czy czas może osiągnąć najwyższy stan, skor w swej naturze, nieskończenie przemija?)
Wczoraj oto zostałem wyrolowany. Trzykrotnie. W przeszłość, teraźniejszość i tak na przyszłość. Chronos się domaga, więc zacznijmy od tej, co ma pierwszeństwo.

Pani Iwona. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Łódzkim, lat nie za dużo, zmarszczek też jeszcze mało. Umówiłem się z nią. A i owszem, właśnie tak. I ona pierwsza mnie wyrolowała. Umówiłem się z nią w odwrotnej kolejności, niż spodziewana, bo osobiście na telefon.
Pani Iwona miała mi dać znać, czy uda się przełożyć zajęcia grupy przygotowującej się do egzaminu CAE w trybie rocznym z poranków wotrkowych i czwartkowych (kiedy to jest mi wybitnie nie na rękę)na poranki poniedziałkowe i środowe (kiedy zdąże się wyspać, obudzić, pójść pouczyć, wrócić, a nawet ponownie wyspać). To było w środę. Dzwonię do mej wybranej przez los/sekretarkę i słyszę:
-Proszę mi dać 15 minut.
Te 15 minut obchodzi dzisiaj 1/91,25 rocznicy (to oznacza, że już za 361 dni będzie można mówić o rocznicy!).

Rolowanie teraźniejsze ma nieco inny przebieg. Ktoś na bieżąco robi z Ciebie idiotę. I używa do tego garnków dużych, średnich i małych, jednej patelni oraz rondelka.
Wspomniałem parę dni temu o spaleniu garnków, prawda? Otóż wczoraj je zabrano do obejrzenia w biurze wynajmujących nam mieszkanie. Na taką komisję pojechały. Komisja stwierdziła co następuje, a opinię przekazała przez telefon słowami następującymi:
-Wie pan co, to nie jest przypalenie. Taka po prostu jest woda w Łodzi.
-Proszę pani, z Radomska dostarczono mi inne garnki. I one nie przypalają się od jednego gotowania wody. To nie jest kwestia wody, ale materiału.
-A bo widzi pan, garnki emaliowane mogą inaczej reagować. A my w Łodzi mamy po prostu taką, a nie inną wodę.
Myślę sobie "Chuja macie".
-Czy mamy zakupować nowe garnki?
-A będą tak samo chujowe? Proszę poczekać, naradzę się z koleżanką.
"Bla bla" z Olką o tym, że nas rolują.
-Nie, nie chcemy nowych, chujowych garnków.
-Doskonale! W takim razie proszę podskoczyć kiedyś do naszego biura, a my wspólnie wykreślimy je z protokołu...
No żeby mnie tak rolować. No ludzie.

O. Jeszcze przyszłość. Na przyszłość zostałem wyrolowany w prosty sposób- będę nocował koleżankę mojej mamy, która przyjeżdża do chorego meżą w szpitalu. Miała dzwonić ok. 12.30... ale chyba jej się cyferki przestawiły... i zadzwoniła o 21.30. "Se miałem wolną chatę" myślę. Zgodziłem się, pewnie. Do diabła z tym, że ją nocuję, bo mi to kompletnie nie rzutuje. Myślałem po prostu egoistycznie, że może jednak zwątpiła, i że dzisiejszy wieczór będzie całkiem fajną wigilią dnia moich urodzin. Ale jednak nie.

Tak mówiąc o tym rolowaniu, przypomniała mi się pewna zabawna, tegoroczna akcja znad morza... Ale o tym może w następnej notce.

czwartek, 2 października 2008

O pierwszych nadziejach

Mukashi, mukashi ostatnim razem czułem się tak jak dzisiaj. Autentycznie czuję podekscytowanie tymi studiami. Co z tego, że przetrenowałem mięśnie zlokalizowane w okolicach lewej pachy (takich mściwych mięśni to ja jeszcze nigdy nie czułem), że właśnie puszczam sobie wodę w wannie, bo inaczej ich nie rozgrzeję? Co z tego, że straciłem już okazję na dodatkowe punkty na komunikacji społecznej, bo już się na nie spóźniłem? Cóż mi po tym, że wiąże się to automatycznie z utratą 2,5 punkta (ze 100 przewidzianych)? Czy jest coś dziwnego w tym, że wróciłem nieżywy do domu, ale za to z książką, która już teraz daje mi możliwość przeanalizowania wczorajszego spotkania? Co z tego, że dzisiaj miałem cztery wykłady?
Dzisiaj poczułem się jak ryba w wodzie. To jest właśnie to!
Bałem się o historię stosunków międzynarodowych, ale wygląda na to, że obejmuje okres z lat 1815-1939 na obecną chwilę, a to oznacza dla mnie dar niebieski, że nie trzeba będzie przechodzić przez całą historię świata od prapoczątków. Z dużą dozą optymizmu podszedłem do historii dyplomacji polskiej (de facto, takiej historii polskiej), oraz do podstaw stosunków międzynarodowych (de facto, takiej politologii)... i słusznie! Kolejni świetni wykładowcy, obaj wypuścili nas po 45 minutach. Ten pierwszy, bo miał tak wyznaczone zajęcia, że kolidowały z inną grupą w tym samym czasie, ten drugi, bo stwierdził, że nie ma nam już nic więcej do powiedzenia :D.
Jestem zbyt podekscytowany tym, co się dzisiaj wydarzyło, żeby pisać jakoś spójnie. Pardon zwyczajnie. Lipa, że będę potrzebować intensywnie dostępu do drukarki, bo pierwsza praca już zapowiedziana, i do oddania za tydzień ;). Możliwe, że sobie jeszcze do niej dzisiaj siądę... jak tylko nie będzie mi zbyt dobrze :D.

No. A teraz powiem tylko jedno- it is a good day to take a bath ;).

środa, 1 października 2008

O stosunkach międzynarodowych

Słowo się rzekło, podanie sie złożyło... mieszkanie się wynajęło. Ameryka, Kanada, Hiszpania, Norwegia- póki co z tymi krajami się wstępnie zintegrowaliśmy razem z Olgą.

To był planowany przypadek- kupiliśmy ciastka w Tesco dwa dni temu, poszliśmy dzisiaj :P. A gdzie poszliśmy? Obok. Do mieszkanka obok, i piętro niżej. Obok- Texas i Kanada. Piętro niżej- Nowy Jork i Toronto.
(I szisza. Ale za to jaaaka. Wysoka, na oko 140-150 cm, obrotowa, z cybuchem dwukrotnie większym od mojego XD. Rozpalana moim węglem [PL], tytoniem Benjamina [NY])
I teraz, robi się cieplej. Szisza w ruch, i jak na boski znak wprost z Niebios- międzynarodówka. Multum ludu z całego świata. Chciałbym szpanersko powymieniać ich z imienia, jak Ciechowski w "Białej Fladze", ale niestety pamięci do imion nie mam :). Wiem, że jest Ben (wspomniany Nowojorczyk). Wiem, że jest Ruby (Toronto). Wiem, że jest chyba jakaś Hinduska, która wychodzi za parę miesięcy za mąż.
Rozmowa, muzyka, faja wodna, trochę poszukiwań na google maps gdzie mamy nasze wydziały. Pomogliśmy im nawet zlokalizować najbliższą siłownię :).
A potem było ich jeszcze więcej! "No nie dam se rady" pomyślałem, jak tylko narzucili tempo rozmowy. Ale dawało radę, z czego jestem nadzwyczaj zadowolony.
I potem znowu: rozmowa, muzyka, faja wodna. Naprawdę świetny wieczór i świetni nowi znajomi. Znowu czułem się "tym najmłodszym szczeniakiem pośród studentów", ale przynajmniej sam jestem studentem. I to się liczy :).
I chociaż towarzystwo zwinęło się już ok. 21, to i tak było to aż nadto. Uwierzcie mi, że brzuch potrafi nieźle od nadmiaru fajki rozboleć ;).

A tutaj drobny upominek od my flatmejt, Olgi:





Się zakochała :D. Te filmiki zrobiły furorę dzisiejszego wieczoru. Następnym razem pokażę im w ramach rekompensaty Waverly Films :D.
Dzisiaj za to walę już w kimę. Jutro pierwsze wykłady, biczys!

P.S. O! I do wszystkich, którzy twierdzą, że dymem z fajki wodnej nie da się puszczać kółek! You rascals! Da się! Dwóch puszczało kółka, o!
P.S.2. Notki-fotki z wakacyjnych wydarzeń odkładam na weekend. Wtedy wbiję sobie na stałe łącze w pokoju obok, i tylko będę sie zastanawiał- czy te drobne reportażyki przyprawią o ból brzucha, policzków, głowy, czy wszystkiego jednocześnie :).

wtorek, 30 września 2008

O zajęciu zastępczym

Jako, że dzisiaj blueconnect odmówił mi współpracy poprzez wprowadzenie limitu wysyłu (fak!), zapowiadana notka zostanie odłożona na jutro, kiedy dorwę się do lokalnego, mieszkalnego neta, ale obleganego przez współlokatorkę, a wszak "szanuj współlokatora swego, możesz mieć bardziej neta oblegającego" czy jakoś tak.
A jako że mam z tego tytułu mnóstwo wolnego czasu, postanowiłem wprowadzić w życie mój plan samorozwoju fizycznego. I zaręczam, że po yakich wakacjach jakie moje mięśnie miały od pompowania, to dzisiejsze wyrobienie z setką pompek i brzuszków było niezła mordęgą. Ale dało radę, szczególnie z brzuszkami. Takie tempo chcę sobie od tej pory utrzymywać, aż będę mógł bezproblemowo być na tym poziomie.
Wtedy dorzucę kolejne dawki, do bólu :).
Może na wojnę europejsko-rosyjską się zdążę na swój sposób przygotować.
A propos. Hail krach Wall Street, które dzisiaj straciło prawie 7% na kursie dziennym! Mam nadzieję, że do 5. października wszystko zbytnio nie podrożeje, bo muszę się na ten jubileuszowy dzień zaopatrzyć ;).

poniedziałek, 29 września 2008

O piciu wina z nieswoją dziewczyną

I cała zagadka stanęła otworem, amory za ćwierć kaszy :).

Po lewo od obiektu fotografowanego w środku sesji fotograficznej, wkradły się żądne sławy klapki. Zaprawdę zaręczam, zostaną umieszczone na stosownych nogach, mogę to zagwarantować.

Inne dzieje już w następnej notce. Stare swoją drogą, dawno obiecane. W końcu doczekałem czasu, kiedy mam wystarczająco kiepski Internet, żeby się za to zabrać. Bo fotków szykuje się całe... hm... morze.

niedziela, 28 września 2008

O pewnym fabrycznym mieście

Wszystko co nasze oddam za kasze
To co nie nasze oddam za chleb
Świty się bielą, a już mnie budzą
Student skazany, robaka zalać chcą!
Co za gród, ulica wzdłuż
Pełna braci, i sióstr skoro już
Na ich zew, znak czy krok
Pójdzie rad studentów łódzkich rok
Studentów łódzkich rok!

Tak mnie wena naszła, bo dawno nie nachodziło :).
Dlaczego wzbraniałem się ponad miesiąc od pisania? Bo naobiecywałem notków a notków, a dupa z tego wyszła. Podsumuje wakacje przy najbliższej okazji i możliwości powrzucania parunastu fotek. Póki co szykuje się długa noc z moją obecną współlokatorką, druga ma dojechać we wtorek... i też trzeba będzie to uczcić :). Jutro zaczyna się studencka jazda na stosunkach międzynarodowych w Łodzi, a jakbym bardzo chciał, to mogę też do Wrocławia pojechać historię studiować :).
A, i ważna sprawa. Niech nikt nie śmie mnie denerować, że Łódź jest be, śmierdzi i ma wszy, korniki, rudych i roboty drogowe. Miasto już po jednym dniu spodobało mi się co nie miara, po drugim je ubóstwiam, a jutro chyba pójdę z nim do łóżka. Co z tego że dzisiaj zdążyłem już:
1. Sprawić, aby pralka wylała (ja tam uwierzyłem jak mówili, że wszystko podłączone).
2. Przypalić dwa garnki (no co?).
3. Dodać przypadkiem wody do wrzącego oleju na patelni (skąd mogłem się spodziewać w "tuńczyku w kawałkach w oleju" wody?).
4. Zainstalować Service Pack'a 3 (jea biczys!).
5. Zepsuć koncert (pieśniarka zapytała "A może jednak?" to odpowiedziałem troszkę głośniej niż się spodziewałem "A może nie?").

Life es wunderbar! Miłego wieczorku mili moi, a ja się zmywam :).

wtorek, 19 sierpnia 2008

O paru pojedynkach w wielkim świecie

Małachowski (Polska) vs. Kanter(Estonia)
Powiem tylko jedno- aż miło było na to popatrzeć. Osobiste gratulacje dla naszego dyskobola.
I to właściwie jedyny absolutnie pozytywny akcent dzisiejszego dnia. Dla mnie tą radość przyćmewa wynik kolejnego dzisiaj pojedynku, tym razem na arenie politycznej.

Tusk (PO) vs. Kaczyński(PiS)
Orędzie do Narodu pana Prezydenta wyprzedziło orędzie Prezesa Rady Ministrów. Chociaż wszystkie serwisy informacyjne wzbudzają panikę, że mogłyby być aż dwa orędzia (gdyby nie łaskawa decyzja PRM rzecz jasna), 1:0 dla Kaczyńskiego powinno zostać jturo wyrównane na 1:1 z zapowiedzią kolejnych punktów, bowiem to właśnie w kancelarii premiera dojdzie do podpisania paktu o budowie tarczy antyrakietowej.

Sikorski (Polskie MSZ) vs. Rice (Department of State)
A to ocenimy jutro. Podobno mamy lepszą umowę niż Czesi, którzy nawet palcem tknąć, stopy postawić ani okiem spojrzeć na amerykańskie bazy nie mogą. Wierzę jednak, że obrany przez nas kurs prowadzenia negocjacji z Ameryką był możliwie nieustępliwy, a zarazem najzwyczajniej w świecie- mądry. Ocenimy jutro.

Dubcek (Czechosłowacja) vs. Gomułka (PRL... ZSRR?)
Ciekawe, że właśnie jutro, 20 sierpnia 2008 roku ma zostać podpisana umowa mówiąca o budowie amerykańskich baz na terenie państwa, które dokładnie 40 lat wcześniej wkraczało siłami przeszło 30. tysięcy żołnierzy na teren innego państwa, w którym mają zostać zainstalowane analogicznie działające bazy. Przypadek, ironia czy cios?

Rosja (Rosja)vs. Gruzja (Gruzja)
Tutaj owacje na stojąco dla obu przedstawicielstw. Jedni drugim do gardeł skaczą, ale czynnik militarny już tak na facetów od wojny działa. Gruzinom współczuję, Rosjanom kibicuję. Albo na odwrót.

NATO (NATO) vs. Rosja (Rosja)
Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzeć, bo np. w 1914 roku wystąpienie Serbii przeciw Austro-Węgrom miało podobny przebieg- szybki zryw na potężniejsze państwo, a potem lata płaczu, łez i przelanej krwi. Wtedy Austro-Węgry tak samo występowały w obronie swoich praw, lecz doskonale wiemy, że mieli apetyt na Bałkany.
Dzisiaj mówi się o prowokacji ze strony Rosji celem wprowadzenia przychylnych Kremlowi rządów na Zakaukaziu.
Jak towarzyszom znad Wołgi nie wyjdzie, to dostaną dwa potężne policzki w kierunku odizolowania ich od polityki wielkiego świata: z jednej strony wspomniane powyżej tarcze antyrakietowe, z drugiej uniezależnienie się od dostaw ropy przez terytorium Rosji (wszyściutkie ropo- i gazociągi ze Wschodu biegną właśnie przez jej terytorium) poprzez budowę korytarza energetycznego przez kaukaskie republiki.
Cóż, Ameryka ma Irak i Wenezuelę, dlaczego Europa nie miałaby mieć Azerbejdżanu? Aloha, polityko kolonialna! Tfu, globalizacyjna! Tfu, społeczności międzynarodowej!
A do diabła z wami. Jeszcze trochę i doczekam się wojny prewencyjnej wobec wojny prewencyjnej wszczętej z powodu zagrożenia wojną prewencyjną powodowaną wojną prewencyjną. God bless us/US.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Powroty

Tak mnie jakoś na wspomnienia wzięło. Lubię tak sobie do czegoś powrócić.

***


Usiadłem w pociągu. Zaraz w pierwszym przedziale.
-Dlaczego? - zapytał.
-Bo jest wolny – odparłem ojcu, którego odwiedzałem w Olsztynie.

Teraz siedzę w tym przedziale, dosiadła się jakaś laska. Brałby ją, ale wolę pisać, choć sam nie wiem o czym. Tak samo nie wiedzieliśmy o czym mamy rozmawiać przez te dwa dni. Znowu dostarczyłem nową porcję informacji o mojej osobie, on przekazał pewne wiadomości o swojej osobie.
Ja o moim zdrowiu, on o zdrowiu Filipa.
Ja o mojej przeprowadzce do Łodzi, on o swojej przeprowadzce do nowego mieszkania.
On zapytał się o Borysa, ja mu odparłem, że nie żyje od ponad pół roku.

Kolejne dwie laski. Młodsze. Do Warszawy jadą. Po co? To pytanie często towarzyszyło mi podczas tego wyjazdu. Po co było tu moje wujostwo? Po co miałbym unikać tematu tego czy tamtego? Po co miałbym być grzeczny i posłuszny? Po co więc byłem tak cicho?
Dlaczego nie potrafiłem zachować się w stosunku do niego w sposób zdecydowany i stanowczy, tak jak kiedyś?
Chyba się zestarzałem, tak jak on.
Kiedyś był inny. Miał włosy na głowie, ładną, dobrze gotującą żonę (obecna udowodniła mi, że na tym świecie istnieją zupy i ciepłe wody z warzywami) i ładniejsze mieszkanie.
Bo mieszkanie raczej mojego entuzjazmu nie wzbudziło. Ani osiedle nawet. Spokojnie można by je wysłać do koszmarów architektury. Budynki wszystkie nowe, i tylko tyle mają ze sobą wspólnego. Reszta to tylko mozaika ludzkiego bezguścia. Bloki wyglądające jak kamienice, bloki wyglądające jak centra handlowe, bloki zamykane, otwarte, zakratowane i monitorowane, bliskie i oddalone, wysokie i niezbyt wysokie, tu drzewo, tam trawnik. Róże, biele, zielenie, biele, żółcie, biele, błękity, biele. I dom. Nowy, matujący szarością dom, ze spiczastym jak kukluxklanowy kaptur dachem, ale dla odróżnienia w czarnym kolorze. Bleh, rzyg, zwrot i w tył zwrot. Tym panom już podziękujemy.

Wydawać by się mogło, że większe wrażenie zrobiło na mnie w takim razie miasto. W dzie tam. Fajne niby, bo dużo otwartej przestrzeni, a przy tym dużo ciekawych zakamarków znalazłem, np. zapomniane schody na wiadukt kolejowy, zupełnie jak te pokazane przez Golluma we Władcy Pierścieni (te, po których musieli się wspinać; schody jego mać). Albo Aleję, ale taką Aleję z prawdziwego zdarzenia, Alkoholu. W skrócie AA. Ścieżka wijąca się dziko w zaroślach i chwastach zaraz u podnóży jakiejś obwodnicy, schowana pod koronami drzew, z odgałęzieniami do pijackich melinek co parę metrów na prawo i lewo ze śladami bytności homo sapiens alcoholic.
Bo co mnie miało zafascynować? Centrum handlowe? Dwa piętra, dwa parkingi, dwie minuty na przespacerowanie się po wnętrzu- cała Alfa w dwu plus paru słowach.
I wypuszczenia w to wszystko tak bardzo obawiał się mój ojciec? Ano właśnie. W końcu się o mnie trochę pobał. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.

Filip. Podobno miałem mieć tak na imię. I była to w dodatku inicjatywa matki (shic!). Stanęło na Bartłomieju, co, jak łatwo się domyślić, niezmiernie mnie cieszy.
Swoją drogą, myślałem, że nie zaakceptuje ojca jako ojca Filipa. Myślałem, że na takiej samej zasadzie nie zaakceptuje Filipa jako brata. Źle myślałem. Byłem w błędzie. Źle ucelowałem. Palnąłem gafę. Wtopiłem. Za szybko doszedłem :).
Abstrahując od powyższego, póki co nie nazwę naszego trio rodziną. Co to, to nie.

Na rozgrzewkę więc taka refleksyjna notka w stylu tych początkowych, kiedy to ruch emo nie był nazwany, ale z którym na płaszczyźnie światopoglądowej intensywnie sympatyzowałem (obywając się przy tym bez szwabów z tokijskiego hotelu). Niach. Aż nazwę siebie prekursorem emo w polskiej blogosferze.

P.S. Cieszę się, że mi przeszło.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Rozgrzewka o pełni

Z okazji pełni i prawdopodobnie najlepszego możliwego biorytmu, piszę, korzystając z przypływu weny. Mam za sobą cały piękny miesiąc pełen wrażeń. Dlatego pojawi się też kilka notek, nadrabiających dotychczasowe opóźnienia. Trochę ich będzie. Chronologię pocałujcie wymalowanymi szminką ustami w dupcie i (korzystając z nowonabytego celownika) kopnijcie ową dupcię na dobranoc. Szykuje się kilka pracowitych wieczorów, a ja lubię pracować systematycznie acz chaotycznie.
Na pierwszy ogień pójdzie więc wizyta u ojca w Olsztynie. Bo śmiesznie było.
Do jutra więc.

sobota, 19 lipca 2008

Nu pagadi

Nu. Pozostaje mi chyba tylko pojechać z dokumentami do Łodzi i zostać studentem Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych. I przy okazji pooglądać parę mieszkanek.

Jutro rozpoczynam kampanie za rzecz pozbycia się zbędnych podręczników. Pojutrze wejdzie ona w kulminacyjny punkt, a popojutrze powinno dojść do pierwszych transakcji. Szykują się bogate (w doświadczenia rzecz jasna) wakacje :).

Na dalszym planie jest organizowanie dotacji na rzecz biednych studentów.

Czuję jednak, że jeżeli tylko wszystko będzie szło po mojej myśli, będę miał za co żyć i utrzymywać siebie i może jakąś rodzinę, to jednakowoż będę wiecznym studentem. A właściwie wiecznie studiującym. Coś czuję, że nie mógłbym tak po prostu przestać słuchać kogoś potencjalnie mądrzejszego od siebie i tym samym zaprzestać szukania luk w jego rozumowaniu. Nie czułbym się z tym dobrze, a szefowi lepiej zostawić jego świat, jego zabawki i wykresiki miast dyskutować o sensie jego wypowiedzi :).

Mam w planach drobną przebudowę bloga od strony organizacyjnej. Obaczym, może nawet za chwilę do tego siądę.

czwartek, 17 lipca 2008

Bananał

Drogi czytelniczku,

Nie będę przepraszać, za to ile nie pisałem. To nie matura.

W imię polotu, wizji, empatii i kiszonych ziemniaków.
Na wszystko co dobre, słuszne, święte i nie zawierające konserwantów.
Oświadczam wszem i wobec, że odkryłem tajemnicę. Tak, tą Boską właśnie.
Ale ponieważ doszedłem do tego bardzo, ale to baaardzo zamotaną, złożoną z niezliczonych analiz i syntez, podzielonych na pod-, nad-, między- i anty-etapy (co w sumie zajęło mi ostatnie cztery czy pięć minut), zdecydowałem, że zostawię to sobie na pracę magisterską. Albo doktorską. Albo jak trzeba będzie pobić i podbić USA.

Jak często przytrafiają się wam sytuacje, w których doznajecie nagłego olśnienia? Ot tak, w ciągu paru chwil macie przed oczami umysłu obraz tego, czego nazwanie, opisanie i spisanie zająć by mogło pół godziny, pół roku... pół życia?
Czy jesteś gotowy na wykorzystanie swojego umysłu w trochę większym stopniu niż zazwyczaj?

Ubiegłym generacjom chyba nawet nie śniło się, że będzie można pogodzić podeśjcie rozumowe, logiczne, empiryczne z potęgami światów wykraczającymi daleko poza percepcję przeciętnego zmysłu lub umysłu prostego zjadacza chleba. Od antyku trwała zażarta rywalizacja między tym, co boskie i tym, co ziemskie. A moim zdaniem w końcu nadarza się okazja do pogodzenia sacrum i profanum.
W końcu istnieją jednostki, które pozbyły się zabobonów.
W końcu istnieją jednostki, które rozumieją, pojmują i są w stanie wytłumaczyć zjawiska potocznie nazywane nadprzyrodoznymi. I nie boją się ufać własnej intuicji.
W końcu istnieją jednostki, które gdy potrzeba, spojrzą przez szkiełko sercem.

Ponieważ jestem takim typem typka, który kojarzy fakty miast je porządkować, zapewne nie pozwoli to na zrozumienie jakiejkolwiek myśli zwarto (może i zbyt) zwartej zawartej powyżej. Wybaczcie to osobie, która niedługo będzie studentem i (jak ślepy los w końcu pozwoli) kierowcą. Bo pamiętajcie- jeżeli świeci się czerwone światło, jeżeli nikt nie jedzie na prostopadłej drodze, jeżeli nie ma żadnego cholernego przechodnia, jeżeli stoi za wami inny pojazd, a świeci się taka cholerna, mała, zielona strzałeczka- to to jest idealny moment aby ruszyć. Jeżeli oczywiście chcecie zdać. Jak nie chceta, to stójta jak te kołki albo Krogule aż pan Jacek przerwie egzamin.

Napisz mi w komentarzach co słychać etc.

Yours sincerely (cmok cmok- przyp. krogulczas),
krogulczas

P.S. Uwielbiam zdania wielokrotnie pod-, nad-, między- i anty-rzędnie zbudowane. Tak, te długie i zrozumiałe tylko dla twórcy bezośrednio po akcie Stworzenia.

środa, 9 lipca 2008

Ciężko mi...

Wyjechałem. Potem wróciłem. Normalna kolej rzeczy.

Co jednak było nienormalnego to moje absolutne zaskoczenie. Zaskoczenie taką mnogością zdarzeń, że aż mi się w głowie nie mieści, że to właśnie mnie się przytrafiło. Z perspektywy czasu jednak udaje mi się jakoś zaradzić moim zaskoczeniom, pogodzić się z nimi przy piwie, a potem przejść do porządku dziennego na kacu.



Chronologicznie.

Nie spodziewałem się, że w mojej pracy przyjdzie mi zostać grabarzem.





Ot myszol miał za dużo pecha w ustach i za dużo metalu na karku.





Ale to nic. Przeczytałem o tym wcześniej tj. o moich obowiązkach i jakoś udało mi się uniknąć stanu dłuższego zaskoczenia. Nagrzebałem, pogrzebałem i zagrzebałem. Wróciłem do sprzątania.

W najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, ile jedzenia może pochłaniać jeden człowiek. A co dopiero, gdy było ich 150, potem 180, na 250 kończąc. I jeszcze wyżywić takie marudy. Praca to praca, pech to pech. Ale nic.



Wydawało mi się, że spokojnie dam sobie radę. No i dawałem aż do końca pierwszego dnia pracy. A właściwie początku drugiego, kiedy to urządziłem sobie miła sesję z Excelem do czwartej nad ranem. Niewiele pamiętam z tego co się działo następnego dnia poza tym, że się zakochałem, ale zmęczonym to się zdarza. Codziennie się zakochiwałem, codziennie byłem zmęczony. Ale nic.



Wyniki matury mnie zaskoczyły. Nie wiem dlaczego pocieszałem się wynikami ogólnokrajowymi, bo byłem powyżej średniej jeżeli mowa o przedmiotach humanistycznych. Póki co wiem, że Wrocław mnie chce na historię i filozofię. Myślę, że poczekam na resztę uczelni i może nawet z prawem wyjdzie. Albo i nie wyjdzie. Ale nic.



Potem wróciłem do pracy. Cały weekend pracy poszedł w pizdu. Namotali, przemeblowali, bałagan porobili. Aż sam Wszechmogący się za mną wstawił i każdego dnia fundował stanicy i jej tymczasowym robolom nowe doznania (z estetycznymi na czele). Kolejno psuły się:

-kanalizacja

-szambo

-znowu kanalizacja

-tony węgla, które musiały być przerzucone do kotłowni

-namiot wysokości przeciętnego namiotu i długości przeciętnego bloku mieszkalnego

-piec ogrzewający calutką stanicę

-i ja

Cytując księgowego "Stanica się psuje. Piec się psuje. I Krogul się psuje". Musiałem naprawdę ciekawie wyglądać. Też niewiele pamiętam z tego czasu. Ale i to nic.



Potem było coraz bardziej zaskakująco. Otóż nigdzie w mojej do tej pory niespisanej umowie nie powiedziano mi, że będę przejściowo pracował na bagnach.





Nakapało trochę. Ale nic.



To stawało się nawet męczące. Mimo, że miałem zapełnione magazyny, zaczynało się robić nieciekawie. No bo jak tu zrobić, żeby żarcia, które było przeznaczone na 100 osób starczyło na 280? No właśnie. Następnego dnia tj. w poniedziałek odszedłem z pracy. A właściwie wybiegłem z pokoju, zostawiając połowę rzeczy na stanicy, i uciekłem z warkotem silnika, resztek resorów i paliwa do domu. Co było to było.

Rzuciłem się na głęboką wodę. Pływać całkiem nieźle potrafię i nawet nieźle mi szło, jakoś do końca lipca dopłynąłbym do brzegu. Ale nie kiedy inni załogo-rozbitkowie mają odmienne opinie co do własnych funkcji. I moich także. I mojej osoby także. I... tak dalej. Nie. Harcerstwo to jedno, pieniądze to drugie, ale moje zdrowie psychiczne to trzecie i najważniejsze. Nie byłem tam w końcu od wytrzymywania.



Potem myślałem już tylko o jednym: koniec z byciem zaskoczonym. A dzie tam! Wczoraj zorientowałem się, że się u mojego najlepszego funfla prawie cały dzień, a on mi wyskakuje w rozmowie przez telefon "Dziękuję ślicznie blabla mam 20 lat blabla". Poszedłem do drugiego funfla i pytam się, kiedy Funfel_1 ma urodziny. Koajrzyło mu się, że 14 lipca- tak prawie patriotycznie. Wchodzę jak ten debil do pokoju z Funflem_2 i jak gdyby nigdy nic ze słowami "O, indeks" zaglądam do indeksu Funla_1 podejrzewanego o urodzenie się 20 lat temu.

Kurwa.

Urodził się 20 lat temu.

Przechodzimy do pokoju obok. Wymieniamy się zgodnymi kurwami. Funfle_1 przychodzi do pokoju. Funfel_2 wpada na pomysł podlewania kwiatków na balkonie, ja wolę podlać drabinę na balkonie.

Mijamy Funla_1 oglądającego "Detektywa Monka" i przechodzimy do jego pokoju. Kurwa? Kurwa, a co ma być.

Przypominam sobie o czekoladzie. Milka, to fajna. Połamana, ale z orzechami, więc na jedno wychodzi.

Jest serwetka. Owijamy czekoladę.

Jest pudełko po motorolce. Wkładamy tam czekoladę.

Jest następna serwetka. I jeszcze następna. Zabezpieczamy pudełko obiema serwetkami, posiłkując się taśmą izolacyjną z braku taśmy przezroczystej.



Przydałaby się kokardka. Funfel_2 rozpoczyna zabawę z improwizowanym origami. Wychodzi kwiotek. Też dobrze. Dorabiam łodyżkę, dwa listki na izolatkę i jest kwiotek.



Czas przejść do życzeń. Wpadamy na Funfla_1. Życzymy życzymy.

-Większej kreatywności.

-I dostania się na studia.

-I większej pomysłowości...

-Ogólnie większość z tych rzeczy pochodzi z twojego domu- wyrzekam, co doprowadza obu Funfli do poziomu podłogi.

Funfel_1 rozpakowuje prezent. Rozpakowuje pierwszą i drugą serwetkę, potem opakowanie po motorolce. Przypominam grzecznie, że to nie koniec... Wyciąga ostatnią serwetkę, odpakowuje...

-I to jest właśnie ta jedyna rzecz, która nie pochodzi z twojego domu!- Wybucham triumfalnie. Funfle przyjaźnią się z podłogą raz jeszcze.



Powiedziałbym, że i to nic, ale na podsumowanie zacytuje tylko sekretarkę z biura pani notariusz, u której dzisiaj sporządzono odpisy i kopie moich świadectw.

Uwaga! Fanfary!

Odpowiedź na moje wyznania o chęci studiowania prawa:

-Po tym prawie i tak nie ma co robić.

Pani sekretarce z biura pani notariusz już dziękujemy :).







Tak. Ta notka oznacza, że wracam do życia jak... a sam sobie dopisz, umiesz przecież.



Cmokam. Cmok cmok.



P.S. Podziękowania dla Kaczora, bez którego zwariowałbym na łez padole w białobrzeskiej stanicy, dla Huga, którego nie posądzałem o zdolności origamiczne, i sto lat szczęścia i urodzaju dla Krecia

niedziela, 22 czerwca 2008

100

I tym oto setnym postem oświadczam wszem i wobec, że bloga zawieszam do odwołania. Czas popracować miast obijać się.

P.S. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że tak to się może skończyć :).

piątek, 13 czerwca 2008

Tampona?

- Ja się na tym nie znam.
- Najwyższy czas abyś się poznał. Może ktoś cię kiedyś poprosi, żebyś kupił mu tampony albo podpaski?


Panowie i (głównie) Panie! Tampona?

***


Jakbym wczoraj wieczorem po meczu miał Internet, to bym dzisiaj nie pisał "co by było gdyby", tylko bym zachwalał Boruca, Rogera i Żewłakowa (za poświęcenie dla Matki Polski) i zapisał notkę "kurwami" aż bym limit długości notki znalazł.

***


No i na koniec spokojnej nocy. Ja idę pozabijać czas w Ragnaroku, bo nie mam jakoś weny na jakiekolwiek wywody. Wczoraj biorytmicznie miałem doła, dzisiaj piątek trzynastego, więc czepta się dżewa eukaliptusowego koralgole jedne.

niedziela, 8 czerwca 2008

Dlaczego nie Bogurodzica?

No dlaczego oni Bogurodzicy nie odśpiewali? Od razu modlitwę by z głowy mieli.

Do boju, Polacy! GO! Klose! GO! Podolski! GO Rasiak!

wtorek, 3 czerwca 2008

Sukinsyn

Jest nów. Przed chwilą musiałem zmienić ustawienia klawiatury z "Polski (214)" na zwyczajny "Polski", bo z niewiadomych przyczyn, czasem mi się to tak robi i chuj strzela polskie znaki diaktryczne.
Przed chwilą kliknąłem także na pajaca.
A jeszcze wcześniej skończyłem Straż Nocną Terry'ego Pratchetta. I zaraz po tym wydarzeniu doszedłem do wniosku, że to dobry moment na pierwszą, czerwcową notkę.

Jest nów. Biorytm z wp.pl jasno stwierdza, że moje siły fizyczne, intelektualne i emocjonalne osiągnęły prawie najniższy punkt. Wszystko przede mną już 12. czerwca, kiedy sprawiedliwość zatriumfuje i wszystkie określające mnie kolorki- fioletowy, różowy i zielony, spiszą mnie na straty na tym śmiesznym wykresiku. Niżej mnie już nie będzie, a przynajmniej nie mieści się to w skali.
Dlatego właśnie ostrzegam, że istnieje u mnie tendencja spadkowa. Ta notka może skończyć się załośnie, albo tak jak zwykle- spojrzysz, przeczytasz, uśmiechniesz się i pójdziesz rozwieszać to pranie, właśnie które ci sę dokładnie przed momentem skończyło no popatrz jaki przypadek że to akurat teraz.

Zebrało mi się bowiem na parę przemyśleń. Głównie o mnie i o sukinsynach. Posłuchajcie tego, bo bardzo mi się teraz podoba.

Kupuję sobie jabłka w sklepie co się nazywa Zorza. Jestem sobie przy kasie. I dostaję sobie swoją resztę. Bez grosza. Słyszę tylko pomruk.
- A gdzie grosz?- odzywam się.
- Bez grosza.
- Znowu?
Ekspedientka, którą nauczono obsługiwać klientów do momentu, aż zaczynają sprawiać kłopoty, odeszła. Żadnego uprzejmego "przepraszam", za to cała masa dalekiej od uprzejmości ciszy i nieobecności kogoś, kto powinien to jedenastoliterowo słowo wypowiedzieć. I pomimo, że grzeczność nic nie kosztuje, handlowcy stanowczo jej unikają.
Jutro więc mam zamiar się troszkę zabawić. Im mniej będą chętnie do współpracy, tym dłużej się pobawię. Zabawa będzie opierać się na kilku prostych prawach, jak chociażby prawie Danego Słowa, prawie Proszę Tylko Tu Podpisać I Znikam, prawie Pożyczki, prawie Konsumenta (w tym prawie Do Wkurzania Sprzedawcy), Prawie Do Wezwania Kierownika, prawie Każdego Tygodnia Kradniecie Moje Grosze I Tak Odkąd Jestem Tu Stałym Klientem i wielu innych żelaznych prawach, nad którymi jeszcze się zastanowię.

Inne sukinsyństwo. Niedopowiedzenie, sugestie i aluzje. Lubię, kiedy ktoś wprost mówi mi, że mnie nie lubi, a nie że woli się o mnie nie wypowiadać. Kiedy mówi mi wprost, że jestem niegrzeczny, a nie że powinienem zastanowić się nad sobą. Kiedy mówi mi wprost, że mam ugryźć się w język, a nie że zachowanie człowieka świadczy o nim. A tak właśnie wczoraj pani Jadzia, obiecująca bibliotekarka, z ramach moralizatorskich instynktów, skwitowała mój dogłębnie szczery opis pewnego osobnika, którego twarz chciałem na szybko skrystalizować wyrazem bliskoznacznym tj. "mordą", (jak w "mordo ty moja!" albo "o w mordę..."- przyp. tłumacza).
No i moje zachowanie widocznie świadczy o mnie jako o człowieku. A właściwie zachowanie ludzi świadczy o nich. Czyż nie sposób się zgodzić z tak przepełnionym ludową mądrością (manipulacją- przyp. tłumacza) stwierdzonkiem? No to potwierdziłem. Potwierdzania nikt się nie spodziewa po Uwadze, a na pewno nie nauczyciel, który myśli, że rozmawia z byłym uczniem. Przykro mi (albo i nie- przyp. tłumacza), ale tak to działa, że właśnie tym byłym uczniem jestem.
I dlatego za tą szkołą, w której grono pedagogiczne jest przekonane, że mogą zmienić człowieka na własną modłę, nie tęsknie. Jest paru fajnych belfrów, których miałem przyjemność spotkać na ścieżce swego żywota. A reszta niech spierdala.

I wreszcie ZHP. Jestem członkiem XVI Szczepu, przeniesionym do zastępu wędrowniczego "V Element", bo akurat był to piąty działający zastęp i Krychu miał tego dnia cięty dowcip.
Mam też papiery opiekuna. I akurat 30 czerwca jedziemy na obóz. I nie mamy opiekunów. No, jak sądzicie, co mogą organizatorzy wykombinować...
Fajnie, ale ja 30 czerwca odbieram wyniki matur. Dodatkowo, mam ustalony egzamin na prawo jazdy kategoria B, część praktyczną, na 17 lipca na godzinę 7.30 w Częstochowie. I chociaż powiem wprost, że bardzo dobrze, że pojawiły mi się dzisiaj takie terminy, to jednak taki obrót spraw bardzo mnie cieszy i mówię o tym wprost. Nie mam ochoty ratować przed zatonięciem statku, który został zwodowany zbyt wcześniej, nawet pomijając brak masztów, to jeszcze z takimi dziurami w drewnianym, przegnitym poszyciu, bez nawet śladów uszczelnienia ani przeszkolenia załogi, która robi to, co każda załoga w takiej sytuacji robi najgorzej w świecie- improwizuje, opierając się na innych. Najlepiej wypychając się na ich plecach z wody, wpychając bogu ducha winnych pod wodę. A ja pływam dość kiepsko.
Nie winię ich za takie podejście. Nawet nie mam zamiaru kogokolweik oskarżać. Ja już się dotego przyzwyczaiłem. Ba, zawsze brałem w tym udział. Ale tym razem mówię stop.
Stop myśleniu o tym, że przeszłość jest wszystkiemu winna, bo ona niczemu nie zawiniła i ze względu na to, że jej nie ma, nie można jej powołać na świadka, więc tym samym nie należy się nią kierować.
Stop myśleniu o tym, że teraźniejszości zawsze jest pod dostatkiem. Teraźniejszości jest pod dostatkiem, kiedy masz cały zapas przyszłości przed sobą, np. jakieś sześć miesiecy do roku jest przyzwoitym zapasem. A że teraźniejszości nie da się gromadzić, pozostaje ją sobie tylko ładnie poukładać, jak te małe pudełka z bombkami, które po sprzątnięciu choinki trzeba włożyć do takiego większego pudełka, które jest przeznaczone na małe pudełka na bombki.
Stop wreszcie myśleniu o przyszłości, tej czarnej, nieznanej przyszłości, której nieznany moment jest gdzieś tam daleko. Życie to nie wycieczka, nie ma na nim punktów, którego elementy będą się uśmiechać kiedy przewodnik pomacha im przed nosem złotą monetą. O nie. Dobra przyszłość to przyszłość malująca się w najczarniejszych barwach jakie jesteś w stanie sobie wyobrazić (mężczyźni, nawet nie wiecie jak przerażający może być morski, albo ecru). Taka przyszłość oznacza, że wszystko przewidzieliście i że mimo, że spodziewacie sie najgorszego, uda się jakoś przebrnąć przez to i owo, tu i tam, co w ostatecznym rozrachunku pozwoli zaoszczędzić parę strat. W ostatecznym rachunku, człowiek wychodzi w swoim przepełnionym szaleństwem rachunku na zero, a jak jest wystarczająco szalony, to jest tam nawet jakiś plus.
Przyszłość nie jest taka przyjemna. Jest jak ruletka.
Albo jak los na loterii.
Albo jak wypadek.
Albo jak gumowa kaczuszka.
Ponieważ nigdy nie doświadczymy życia w przyszłości sensu stricte, pozwolić sobie mogę na najróżniejsze porównania, a każde z nich będzie równie logiczne w przyszłości co niedorzeczne w teraźniejsze i obojętne dla przeszłości, która jest w tej chwili na wakacjach, opalając się w solarium wyładowaniami, ulokowanym między pojedynczymi neuronami naszych mózgów.

Jaki więc z tego morał? Że gdzieś tam, w innym wszechświecie, dzieje się dokładnie to samo co teraz. Tyle, że tutaj ja się zastanawiam, czy bycie sukinsynem opłaca się bardziej od bycia hipokrytą, uczciwym, demokratą, durniem czy warzywem umysłowym. Gdzieś tam, zapewne znałbym odpowiedź.
Dlatego rusza ankieta. Do 18 czerwca, czyli dwa tygodnie. Jak chcesz, zaznacz odpowiedź. Bądź pragmatykiem, możesz być nawet cynikiem. Możesz też udawać, że masz kręgosłup sprawny moralny. Ja wolę dbać o to, że w ogóle mam jakiś kręgosłup.

poniedziałek, 26 maja 2008

What in the devil...?

Przerwa była nieco dłuższa niż planowałem, ale za to jest o czym pisać. Dzisiaj wyjątkowo pozwolę sobie na bardziej pamiętnikarski styl pisania.

Po pierwsze, poznajcie moje słodkie maleństwo. Prawda, że jest milusia? Jak tylko będę mógł, rytualnie ją spalę.
Martwi mnie fakt, że działanie dymu z fajki jest w istocie podobne jak do dymu papierosowego, chociaż na pewno zawartość substancji smolistych jest wielokrotnie niższa. Ale wciąż, nie chodzi o odlot, ale o estetykę.

Secundum, matury za mną. Ustny angielski ngielski 100%, polski zaledwie 45% :). Informuję również, że pracy żadnej nie napisałem (bynajmniej nie jest to coś, co można uznać za całość pracy, ale na pewno za całokształt związanej z maturą twórczości). Niechaj pozostanie wyłącznie do mojej wiadomości, bo niczym więcej jak luźnymi notatkami te wy(po)cinki nie są.
Sama matura była i nic z nią zrobić zbytnio nie mogę. W razie czego, Świat tylko czeka na bycie zawojowanym przez krogulczasa poszukującego zajęcia.

Another thing, chyba znajdę w najbliższym czasie pracę na najbliższy czas. Ściśle związana z językiem angielskim, z czego jako posiadacz certyfikatu FCE jestem niezmiernie rad.

Achtung! Ambasada Pictures reaktywuje swoją działalność! Na dniach szykuje się premiera najnowszej produkcji, w której mam swój skromny, pomysłodawczy, aktorski i dźwiękowy udział. Również serdecznie zapraszam do obserwowania wydarzeń na blogu, bo będzie się teraz tam wieeele działo (być może więcej niż tutaj).

No i to by było na dzisiaj na tyle.

poniedziałek, 12 maja 2008

Przerwa techniczna

Miałem króciutką przerwę techniczną w związku z potrzebą złożenia paru zeznań, poskładania rozbitych okularów. dDzisiaj doszła jeszcze tragedia mojego przyjaciela. Wreszcie- matura z historii, której wprost nie mogę się doczekać.
Teraz myślę, że wszystko wróci do normy, chociaż ostrzegam, że nowa notka może mieć jakieś tygodniowe opóźnienie, głównie w związku z pogrzebem oraz maturami ustnymi. Pozwolę sobie nadmienić, że szykuje się w małą podróż.

czwartek, 8 maja 2008

Wywiad z Tybetem

Przeczytanie tego wywiadu zajmie Ci co najwyżej chwilkę.

***


Wyimaginowany Wirtualny Wolnościowiec (aka World Wide Web): Dzień dobry. Mamy przyjemność przedstawić panu sprawę Tybetu.
Krogulczas: Tybetu? A co takiego się z nim dzieje?
WWW: Jest represjonowany! Nasz raport wszystko panu wyjaśni.
K: [rzuca okiem na zawarte informacje] Chwila, chwila, tylko dajcie mi króciutką chwilę.
Po pierwsze, dlaczego atakowany jest znicz olimpijski, który po raz trzeci w całej historii nowożytnej został z tej okazji zgaszony? Symbol pokoju nagle został znieważony, zbeszczeszczony i okrzyknięty symbolem ucisku! Cóż powiedziałby biedny Pierre de Coubertin? W igrzyskach widział sposób na rozstrzyganie konfliktów międzynarodowych, tak jak w czasach starożytnych na czas igrzysk w całej Grecji zawieszano działania wojenne. To była jego idea- idea pokoju, porozumienia i braterstwa.
Po drugie, czemu atakujecie właśnie igrzyska? Co ma w tym przypadku sport do polityki? Przedstawię Wam kilka faktów dla zilustrowania o co mi się rozchodzi.
Fakt #1: W maju 1951 rząd Tybetu ratyfikował siedemnastopunktowe porozumienie potwierdzające chińskie zwierzchnictwo nad Tybetem. Już podczas negocjacji, czyli kilka miesięcy wcześniej, ONZ przestało interesować się sprawą
Fakt #2: W marcu 1959 ludność Tybetu wznieciła powstanie przeciw rządowi ChRL. Nieudane. Zginęło Budda wie ilu ludzi, nie jest to ważne. CIA wspierało to powstanie, finansowo i szkoleniami. W ramach projektu Circus, przeszkolono całe 259 agentów, z których większość zginęła bądź została wyłapana. Bunt trwał, a CIA kontynuowało projekt do 1972 roku, po czym zaprzestano jego realizacji, kończąc dogorywające powstanie.
Fakt #3: Centralny Rząd Tybetański Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, uformowany po ucieczce tegoż Dalajlamy do miejscowości Dharamsala w indyjskim stanie Himachal Pradesh. Rząd ten nie jest uznawany przez żadne państwo na świecie.
Fakt #4: Przez ponad 50 lat oficjalnie nie potępiano działań ChRL. Wcześniej, na początku XX wieku, był miejscem krwawej rywalizacji brytyjsko-chińskiej.
Te cztery fakty stricte historyczne nasuwają mi tylko jedną myśl- Tybet od ponad 50 lat jest sam, a od ponad 100 lat oficjalnie nie jest w stanie bronić swojej suwerenności.
WWW: Skoro mowa o politycznych wydarzeniach, wielu polityków odmówiło przybycia na ceremonię rozpoczęcia igrzysk olimpijskich, m.in. prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk.
K: [śmieje się] Ci, którym życie miłe, pojawią się. Gdzie leży Lhasa, a gdzie Pekin? Widzicie, to czysta geografia- Chiny są położone na szczycie, a Tybet w depresji.
WWW: Przecież Tybet jest położony na Wyżynie Tybetańskiej, a Himalaje...
K: Na szczycie gospodarki światowej i w deresji tejże gospodarki światowej. Gdzie tu porównanie? Jaki kontra buldożery. Lhasa wobec Beijingu, Szanghaiu, Honk-kongu czy Chengdu. Starożytne świątynie kontra nowoczesne centra światowego handlu. Gospodarka kapitalistyczna kontra feudalna. 1400 milionów Chińczyków kontra 2 miliony Tybetańczyków. Gdzie tu konkurencja?
WWW: Dobrze wiesz, że nie chodzi nam o gospodarkę. Tu chodzi o kulturę, wolność i przede wszystkim- życie! Czytałeś, ilu ludzi zginęło w wyniku terroru, prześladowań i walk.
K: I to statystyki mają do kogokolwiek przemówić? W 1953 roku (dwa lata po wspomnianym siedemnastopunktowym porozumieniu) przeprowadzono spis powszechny, rejestrujący 1,27 milionów Tybetańczyków. Po drodze, Chiny zostały oskarżone wymordowanie 1,2 miliona ludności Tybetu. Przetrwało jakieś... 70 tysięcy Tybetańczyków? Obecnie Tybet liczy ok. 2,5 miliona ludności, co oznaczałoby 3571-krotny wzrost. Nieźle jak na wymordowany na ludobójczą skalę naród. Osobiście darowałbym sobie wypychanie luk w tekście statystykami.
WWW: Zwróć jednak uwagę, że jest to prawdopodobnie najstarszy, zaraz po australijskich Aborygenach, naród świata. Przez politykę rządu chińskiego, grozi mu zagłada.
K: Tak, zgadzam się z tym. Niestety, dla świata nie jest opłacalne wyzwolenie Tybetu. Byłby to drogi i długotrwały proces wyzwalania spod władzy Chin, który się nie zwróci, bo Tybet jest krajem zbyt zamkniętym i zbyt trudnym do eksploatacji, chociażby najbogatszych złóż uranu na świecie. Nota bene, Chiny raczej tak chętnie takiego skarbu nie oddadzą.
WWW: Rozumiemy więc, że nie masz zamiru przyłączać się do akcji bojkotowania Olimpiady Pekin 2008 w obronie praw człowieka w Tybecie?
K: Dokładnie tak. Zgadzam się z panem Juanem Antonio Samaranchem. Powiem więcej- potępiam Wasze działania. Nie dlatego, że są one bezcelowe, ani też nie dlatego, że zajmujecie takie stanowisko po raz pierwszy od wielu lat i prawdopodobnie wygaśniecie zaraz po zakończeniu Olimpiady. Dla mnie, Wasze działania miały i mają charakter terrorystyczny, który zagraża światowej społeczności zjednoczonej wokół Ducha Olimpijskiego.
A gdzie podziały się organy, procedury i instytucje międzynarodowe? Takim zachowaniem jedynie gwałcicie normy tak ważne dla całego świata, w imieniu którego ponoć występujecie! To taka jest odpowiedź społeczeństwa demokratycznego na represje totalitarnego reżimu?

***


Zapraszam do komentowania. Tak, nawet tegorocznych maturzystów z WOS'u ;).

niedziela, 4 maja 2008

Pomódlmy się...

Za tych, którzy naprawdę podeszli do niej na serio.
Coma- Schizofremia

Za tych, którzy w dupie mają opinie otaczającego środowiska.
Bon Jovi- It's my life

Za tych, którzy nie wiedzą co ze sobą dalej począć.
Destination-unknown

Za tych, którzy obiecali sobie, że przed maturą stracą dziewictwo.
Seal- Kiss from a rose

Za tych wszystkich biednych maturzystów, których dorwała zmutowana matura.
Farben Lehre- Matura 2001

Miłego przedpołudnia, bracia i siostry w maturze.

Sama tego chciałaś!

Dobra! Świetnie!
Prosiłaś się, to masz!
Za wszystkie zniewagi...
Za wszystkie katorgi...
Za wszystkie wszystkości, którymi mnie raczyłaś...
Jutro się policzymy.
(Tak właściwie- to trochę później się policzymy.)

Uważaj! Ty jedna ty taka ty!
Tfu! Ślinię się na ciebie!
Aaa! Krzyczę na ciebie!
Bark! Szczekam na ciebie!
Niedoczekanie twoje, moja droga.
Po moim trupie, żebyś cokolwiek ze mną jutro zrobiła.
(Tak właściwie- to trochę później się okaże co mi zrobiłaś.)

Dość twoich kłamstw i złudzeń.
Dość twoich powiedzonek i prawidełek.
Mówię dość!
tobie i tobie podobnym
Jutro się rozstrzygnie.
(Tak właściwie- to trochę później się rozstrzygnie.)

Wal się! Mam cię w nosie!
Wykreowali cię! Mutant! Gęba! Łydki! Trampol! Robol! Kafel! Czajnik! Samowar! Zupka chińska! Kaligraf! Hentai! Cthulhu! Buka-suka! Straszydło-mazidło! Mutant!
Nie przestraszysz mnie!
Ani ja się ciebie nie przestraszę!
Już jutro...
Jak ja cię jutro...
... napiszę...
(Tak właściwie... Cholera, jak ja cię jutro napiszę?
Cholero! maturo?)

***


No. Lepiej mi.

czwartek, 1 maja 2008

Śledziony

Stało się to, co się nie odstanie!
Brzmi dramatycznie? W rzeczywistości prosta prawda.
Nie zdałem na prawo jazdy. I powiem, że już pół godziny jeździłem.
Nie miałem dostępu do mojego kochanego sprzęciku wraz ze wszystkimi zapisanym na nim danymi przez ponad tydzień. I stąd taka niespodziewana przerwa.
A ponieważ dzisiaj (podobnie jak przez ostatnie trzy lata) nie chce mi się uczyć do matury, doszlifowałem w paru punktach zapowiadane już wcześniej opowiadanko.
Za moment wracam do nauki, chociaż pewnie będzie to równie bezowocne jak wszystko dotychczas. Tak naprawdę, nie pisałbym tych słów, gdyby nie kalkulacja zbyt dużego ryzyka powrotu na zaledwie 18-20 godzin snu po przewidywanch kilkudziesięciu kilkudziesiątek kilometrów marszu podczas rajdu "Hubal", jaki chciałem sobie zafundować w ten długi weekend. Ale czegokolwiek nie zrobię, i tak będę żałować. Wolę więc chociaż wypoczęty iść na maturę.
Ale dość użalania się nad biednym losem maturzysty. Po maturach wyjadę na Węgry, do pięknej kuzynki z czasów dzieciństwa, i tyle mnie będziecie widzieć. Chyba, że za kilkadziesiąt lat na pierwszych stronach gazet, wymienionym pośród chaotycznych słów "córka", "więziona", "pożycie", "piwnica", "dzieci", przeplatanych relacjami "niczego nie podejrzewającyh i nie spodziewających się tego po mnie sąsiadach" oraz "najstarszego syna, Kazimierza". Ale to tylko jedna z nogawek czasu.

***


ŚLEDZIONY


1


-Albo on, albo planeta.
-To nas stawia w bardzo...
-Ma być niezręczna. Do usłyszenia.
Na ekranie wyświetlił się komunikat. Koniec transmisji.

2


Augusto, stary krawiec, szedł sobie polną drogą. Dopiero co odebrał cekiny do nowego bolero dla pewnego bogatego cavalero. Trochę utykając i przeklinając na niesamowicie paskudny stan dróg, wręcz tragicznie utrzymywanych przez hiszpański rząd, zbliżał się do swego warsztatu. Od domu było to jakieś trzydzieści minut piechotą, osiem minut biegiem, godzinę czołgania się, trzy godziny skradania, trzy minuty jazdy samochodem, a trzynaście sekund dla helikoptera. Augusto jednak nie zawracał sobie głowy takimi szczegółami.
Właśnie zbliżał się do swojego serdecznego przyjaciela, Hermana. Herman robił to co lubił, a najbardziej lubił pielęgnować kwiaty w swoim o ogrodzie. Mijając się, serdecznie się do siebie nawzajem uśmiechając, pozdrowili się równie przyjacielsko, jak to tylko najlepsi przyjaciele potrafią.
Kiedyś Herman był rewolucjonistą i walczył z rządem. Ale przecież z rządem nie da się wygrać. Więc dzisiaj walczy z chwastami, co uważa za o niebo łatwiejsze.
-Chwast wszedł do ogrodu- zakomunikował przez interkom zamocowany w szelkach ogrodowych spodni.
Augusto wchodził do swojego domu...

3


-Zaszczepiliśmy mu w śledzionie implant. Teraz jest nam ten implant potrzebny- podjął Gonzales.
-Śledziona? Gdzie u diaska położona jest śledziona?- zapytał Raul.
-Nie wiemy. Komputer wylosował lokalizację, a następnie wykonał wszystkie operacje. Niestety, znalezienie śledziony nadwerężyło jego ostatnie siły i zawiesił się. Teraz musielibyśmy go rozkrawać kawałek po kawałeczku, aby znaleźć ten cholerny implant. Że nie wspomnę o położeniu śledziony.
-A gdzie ona leży?
-Odpowiem ci możliwie precyzyjnie. Nie wiem- celnie zauważył Gonzales.
-No to co możemy zrobić?
-Porozkrawać Augusta na drobne kawałeczki aż znajdziemy ten nanoimplancik.
-Chyba nie zamierzacie go kroić?
-A mamy inne wyjście?

4


... jak gdyby nigdy nic. Ot, trzeba było dorobić jeszcze parę cekinów tu i ówdzie. Już nawet wiedział, ile go to wyniosło. I wiedział, że jego przyszłego zięcia nic to nie kosztuje. Bynajmniej teraz. Taki zięć to tylko raz na milion lat z nieba spada. Bratanek premiera, magnat zbożowy, najmłodszy wiceminister ekstremalnego rolnictwa i awaryjnych zasobów żywnościowych. Taki zięć, kiedy spada z nieba, trzeba go zatrzymać przy sobie.
Augusto był staromodny. On sam nazywał siebie tradycjonalistą. Szył ręcznie, bez pomocy niewolników ani robotów. Był szczęśliwym człowiekiem...

5


-Pan zna prawo. Nie wolno rządowi ingerować w kompetencje Rezerwatu. Tego wymaga bezpieczeństwo narodowe.
-Obywatele dojrzali już parokrotnie do narażania bezpieczeństwa narodowego w imię bezpieczeństwa narodowego. Rezerwat musi zostać naruszony ten jeden, jedyny raz. Później możemy nawet wzmocnić straże na jego granicach i podwoić moc pola siłowego. Ale teraz, musimy tam wkroczyć.
-Ten teren jest święty. To skarbnica naszej wiedzy. Bez osobników tam odizolowanych nie wiemy kim jesteśmy… przynajmniej dopóki nam nie powiedzą. I dobrze pan o tym wie. Naruszenie tej delikatnej równowagi może mieć całkowicie losowe i niekontrolowane następstwa...
-Woli pan, panie dyrektorze, abyśmy zlikwidowali Rezerwat?
-Że... że co proszę?- Dyrektora oblał pot zbliżony konsystencją do ciekłego tlenu.
-Nie po dobroci, to się naleci. Mam do dyspozycji takie środki.
-Raul... przecież mnie znasz. Ale ja chyba nie znam ciebie. Bo wydaje mi się, że żartujesz.
-Nie, dyrektorze Światowego Rezerwatu Pamięci Ludzkiej- Raul w mgnieniu oka przycisnął dyrektora do ściany większą, niż by się mogło wydać, ręką- Ja nie żartuję. Ja potrafię obejść się bez pamięci, bez kultury, bez słów i mowy. Ja tego nie potrzebuję. Czyż to nie słodkie? Tak, jestem tym samym daleko lepszy od ciebie. Ludzie, którzy potrzebują siebie nawzajem, którzy potrzebują pamięci, przemijają. – Raul wypuścił rozdygotanego dyrektora - Proszę wziąć mój wniosek pod rozwagę, dyrektorze.
Dyrektor, blady jak ściana, osunął się na ziemię. Drżącym głosem wycedził tylko:
-Bierz go sobie.

6


... który szczęśliwie się ożenił, miał szczęśliwą żonę (Panie świeć nad jej duszą) i córkę, która znalazła najpierw miłość, a potem jeszcze bogatego męża. Teraz chciał już tylko zobaczyć swoje wnuki, spamiętać ich twarze i imiona i mógł już spokojnie odejść z tego świata.
Zabrał się tymczasem do pracy. Nawlekając igłę, rozważał każde jej kolejne pociągnięcie. Wystarczą mu trzydzieści dwa cekiny. W myślach żartował sobie, że chce widzieć tyle wnuków ile będzie cekinów na bolero. „Czcze marzenia” pomyślał sobie. W obliczu polityki rządu zmierzającej do redukcji nadwyżki ludności, ale przecież zawsze lubił marzyć.
Pierwszy cekin, drugi cekin, trzeci, czwarty... szył precyzyjnie, trafiał igłą tam, gdzie potrzebował. Po dwóch godzinach misternego rzemiosła, dzieło jego życia było skończone.

7


-Dajcie mu jeszcze kwadrans. Za chwilę sam się tym zajmę- zawiadomił wszystkie jednostki Raul.
Słońce przemieściło się na nieboskłonie o cztery stopnie. Kwadrans minął.
-Cisza- rzekł Raul i ruszył do domu Augusta.
Tak po prawdzie to nie miał nic do Augusta. Był naprawdę mądrym mężczyzną, który przeżył swoją żonę i wychował wspaniałą córkę. Gdyby nie to, że pamiętał jak się szyje rękoma, zapewne nie znalazłby się w rezerwacie, a rząd zapewniłby mu jakąś fabrykę odzieżową. Ale on, jak prawie pięćset tysięcy jemu podobnych, Pamiętał. Pamiętał jak wyglądają lasy, jak wyglądają pola, jak spieczone są pustynie, a jak pełne życia są oceany, jak wysokie były góry i jak głęboko pod ziemię sięgały nory zajęcze. On to kiedyś widział. Znał swoją wolność. Znał swoją wartość.
Raul zbliżał się do domu pewnym krokiem. Wchodząc na schody ganku, uśmiechnął się. Zapukał. Augusto otworzył mu drzwi.
-Papa! Jak dobrze ojca widzieć.
-Raul! Miło cię jeszcze widzieć. Właśnie skończyłem szyć. Myślałem, że nie dadzą ci w tym miesiącu przepustki do mnie- staruszek zachichotał pod nosem.
-Tata zrobił to bolero dla mnie?
-Tak, jest gotowe. Chodź, przymierzysz, siebie w lustrze zobaczysz. Mnie samemu już trudno widzieć, mimo, że dali mi nowe oczy.
Przeszli parę kroków do warsztatu. Raul zatrzymał się.
-Jak to nowe?
-Operowali mnie kiedyś tam...
-Jak to operowali? Kiedy?
-Oj ze trzynaście lat temu. Nie mówiłem ci o tym? Co tam w ministerstwie w ogóle...
-I ja nic o tym nie wiem?
-Trudno żebyś o tym pamiętał, Raul. Ja mam do takich rzeczy lepszą pamięć. Jakąkolwiek tak po prawdzie!
-Augusto, to nie jest zabawne. Kto i dlaczego cię operował?
-Miałem wypadek. Długa historia. Miałem przebite zdrowe oko, płuco, śledzionę, zmiażdżone...
-Śledzionę?
-Tak. Nie odratowali jej, to ją wycięli. Muszę po prostu bardziej na swoje zdrowie uważać. Po takim wypadku mnie takie zalecenie nawet nie zdziwiło.
-Augusto, gdzie jest śledziona?
-Co?
-Gdzie jest śledziona?
-Zazwyczaj znajduje się w jamie brzusznej, wewnątrzotrzewnowo, w lewym podżebrzu pomiędzy dziewiątym a jedenastym żebrem.
-Augusto, nie pogrywaj sobie na mnie!- Raulem targały wstrząsy szoku połączonego z napadem szału godnym skandynawskich berserkerów.
-Raul, co ci się stało?
Zięć chwycił staruszka pod szczękę i przyciskając do ściany, uniósł obiema rękoma Augusta do góry.
-Gdzie... jest... śledziona? Zapytam.. po raz... os...tatni zanim się... na... ciebie rzucę...-wysapał, dysząc ciężko.
W jednej chwili, Raul opanował swój głos.
-O, przepraszam papo. Powinienem był najpierw to powiedzieć, zanim to zrobię, prawda?
Augusto dusił się
-Gdzie moje maniery. Tak po prawdzie, to... tak. Już nie potrzebujemy twojej śledziony
Augusto walczył o życie
-Implant został zapewne zniszczony. Niewiadomo gdzie się znajduje. Problem zanihilowany i rozwiązany.
Augusto przestał walczyć o życie.
-Tak, zanihilowany i rozwiązany- wypowiadając te słowa, wypuścił bezwładne ciało niedoszłego teścia, który już swoich wnuków nie zobaczy ani ich nigdy nie spamięta.
Ale i tak jest w lepszej sytuacji od Raula.
Raul za dwadzieścia cztery godziny straci wspomnienie o morderstwie.
W ogóle straci całą pamięć.
Augusto przynajmniej pamiętał każdy swój czyn.
Raul wreszcie zginie całkiem niedługo w mechaniczno-informatycznym świecie i zostanie z niego wymazany równie szybko jak został do niego kiedyś pospiesznie wpisany.
Augusto będzie chociaż zapamiętany przez tych, którzy potrafią o nim pamiętać.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Mój Boże, podoba mi się bycie cynikiem

Strasznie męczę swój wzrok pisząc tę notkę, ale czuję potrzebę jej spisania, bo ucieknie. Wiem , że spieprzy, tak jak Sean Connery spieprzył z Alcatraz. Problem w tym, że Alcatraz nie pamiętało jak stamtąd nawiał, a Sean’owi wcale się z powrotem do Twierdzy nie spieszyło. Wniosek? Pisanie szkodzi, ale niepisanie również szkodzi.

Zaczęło się od tego, że umówiony zostałem na wizytę u okulisty. Ot, na ślepe oko jestem ślepy :). Tak zaawansowany astygmatyzm nadwzroczny rzadko się przytrafia, więc warto aby był dobrze udokumentowany w renomowanej klinice. Ale tak na serio, to zapisałem siętam, bo spodziewałem się, rzucając słowa prosto z mostu, fajerwerków. Technologii prosto z Marsa, recepcjonistki-robota, hibernacji dla bezbolesnego pobrania tkanek, laserów wykradzionych Pentagonowi do unicestwienia powierzchni i ludności nieistniejącego już ZSRR, a teraz wykorzystywanego do operacji na oczach, i tym podobnych gadżetów. Przejechałem tyle po to, żeby zobaczyć gabinet okulistyczny z nowszym wyposażeniem, niż miałem tu, na miejscu. Niczego nowego nie odkryto, powiedziano parę nowych zdań, uzupełniających dotychczas istniejącą wiedzę, ale nie naruszającą jej.
Sześć godzin w plecy? O nie. Co to, to nie.

Jechałem tam z moim dziadkiem. A że taka okazja rzadko się zdarza, w drodze powrotnej uciąłem sobie z nim krótką pogawędkę. Jakby zilustrować moje przemyślenia...
Może tak:
Są ludzie, których nazywa się optymistami, i ci widzą, przysłowiowo, że szklanka jest do połowy pełna. Równie przysłowiowo, ich archnemesis- pesymiści, dostrzegają, że szklanka jest do połowy pusta. Są też realiści, którzy ponoć widzą szklankę z wodą. A mój dziadek widzi szklankę, w której może się utopić.
I chociaż ma swoją własną, życiową mądrość, chociaż będzie stawał na głowie aby mi ją wyłożyć, chociaż każdego dnia byłby gotów udowadniać mi jak ważne dzieją się rzeczy na świecie, a ja się nimi nie interesuję- to i tak nigdy nie zamienimy słowa w tym samym języku.
Będąc postrzeganym jako osoba żywiąca ukrytą zawiść do świata i żądającą odszkodowania od niego i wszystkich istot żywych tego świata, niejednokrotnie bywam niezrozumiany. Ba, Bogu dzięki za rówieśników, bo starsze pokolenie bardzo stara się dobić do dna przepaści międzypokoleniowej.

Jedyne, czego chcę od życia, to aby zostało poukładane. I to ja je poukładam według mojego widzimisię. Doskonale się to sprawdza dla milionów ludzi. Będę więc konformistą, jak zboczony 107-letni starzec jakiego stworzył Joseph Heller w „Paragrafie 22”. Był jaki był, ale te 107 lat przeżył. Wiek jest wyznacznikiem jak dobrze przystosował się do środowiska, i tym samym określa jak dobrze sprawdziła się ta strategia przeżycia. 107 lat... Wysoka nota.
Najśmieszniejsze więc w tym życiu jest udowadnianie tym, którzy chcą aby im to udowodnić, że nie jest się wielbłądem. To chyba cała zabawa tego życia- kurczowo chwycić się swojej opinii i bronić jej wtedy, kiedy uznane to zostanie za konieczne, a porzucić wtedy, kiedy uznane to zostanie za koniecznie.

piątek, 11 kwietnia 2008

Słowo o winie i occie

Chyba coś ze mną jest nie w porządku, bo jestem chyba aż zanadto w porządku wobec ludzi z którymi mam styczność. A kiedy nie jestem w porządku, to dopiero wtedy nie jestem w porządku.
Wszystko zaczęło się od tego, że przypomniałem sobie kilka rozmów sprzed jakiegoś czasu.
Widocznie mój geniusz, stwarzając kilka wizji, nie był stanie przewidzieć, że ich nie pojmę i nie obejmę umysłem.

To nie do wiary co kobiety potrafią z faceta zrobić. Są jak ocet. Rozpuszczają kości, nie mają zbyt wielu zastosowań i potrafią ciekawie pachnieć*. Lecz to nie o occie, ale o winie będzie rzecz.

Wino jest towarem luksusowym, czy to się podoba czy nie. Posiadanie go oznacza pewien status**. Im więcej i bardziej dorodnych butelek posiadamy w swej kolekcji, tym lepiej to o nas świadczy***.
Wino.
Ładnie zabutelkowane, lecz butelka to zaledwie powłoka. To zawartość, to trunek nas interesuje- jego barwa, woń, aromat, smak****. Wszystkie te drobne atomy, tworzące właśnie ten niepowtarzalny bukiet.
Można trafić na ocet. Bo można i już, nic na to nie poradzimy. „Towar otworzony uznaje się za sprzedany” etc. Wtedy drogo zainwestowane środki zdają się wyrzucone w błoto. Trudno coś z tym począć, bo ocet nie jest już z naszego punktu widzenia do niczego potrzebny. Można go co najwyżej wylać, albo w najlepszym wypadku wykorzystać do własnych celów. Nic nie stoi rzecz jasna na przeszkodzie w wychyleniu do dna kielichu goryczy (a właściwie to chyba kwasoty), lecz dobrze bym się zastanowił przed przystąpieniem do czynności opróżniania.
To w sumie dość pragmatyczne podejście w ten sposób podchodzić do wina. Ale muszę, niestety. Prawda jest taka, że prędzej czy później, to wino nam zgnije. Trudno jest powiedzieć kiedy. Ale to się stanie. Każdy się więc zgodzi, że pozostaje nam albo wychylić je do dna zanim to nastąpi, albo zdzierżyć jak już będzie po najlepszych latach swej świetności. I wtedy właśnie okazuje się, że nasze środki w pewnym stopniu się zmarnowały...
Lecz czy jest to powód do zmartwienia? Prawa natury tego od nas wymagają- żeby wino zgniło, a my żebyśmy to przeżyli i dostosowali się do nowej sytuacji. To problem tego biednego rocznika, że przepadło. Szkoda, niewątpliwie. Ale czy cofniemy czas? Czy nawet jeżeli dostrzeżemy kiedy smak się zmieniał na gorszy, to czy odwrócimy naturalny proces?
Przyjaciół pozyskujemy wieloma czynami- ale tracimy tylko jednym.
Nie wiem jak ludzie naokoło mnie, ale domyślić się można, że będę delektować się swoimi winami tak długo jak się da i jak długo sprawia mi to przyjemność. Może kiedyś, po latach, przyjdzie mi nawet sięgnąć po jakiś zapomniany przed laty trunek? Chciałbym dożyć takiej chwili, kiedy właśnie wychylę do dna takie stare, cudowne i dojrzałe przez lata wino.


* A jednak są potrzebne. No i kiedyś były wybornym winem. A przynajmniej do czasu aż otworzyliśmy butelkę i na naszej twarzy zagościł międzynarodowy wyraz zdumienia w postaci mimiki twarzy i paru werbalnych sygnałów. Coś w stylu „O żeż ty w mordę...”, „Gdzie moja strzelba?”, „No bez jaj”, „Że niby ja i... ty?”, „Apage!” etc.
** Nomen omen wyższy niż tego cholernego sąsiada z naprzeciwka
*** Oczywiście, możemy skończyć jako alkoholicy... lecz ze względu na alegoryczny charakter rozważań, pominiemy ten dalszy wywód w tym kierunku wraz ze wszystkimi jego negatywnymi następstwami.
**** Nie jestem koneserem, przyznaję bez bicia, ale to akurat podpowiada mi instynkt i własny gust.

środa, 9 kwietnia 2008

Coetus, coetus...

Jestem właśnie po randce. I wiecie co? Jestem... nadzwyczajnie zmęczony. Niezła była.
Wziąłem ją do siebie do domu. A właściwie do pokoju. Właśnie na 20.00, kiedy to na Ale Kino! miał lecieć "Paragraf 22". No to oglądałem. Ona leżała i kusiła.
W czasie filmu od czasu do czasu spoglądałem na Nią. Po jakiejś godzinie wziąłem Ją na kolana. Była tak niesamowicie leciutka... Wprost nie mogłem uwierzyć we własne szczęście.
Tymczasem film zbliżał się nieuchronnie do końca. Coraz częściej zerkałem na Jej śnieznobiałe wypukłości, na kruczoczarny tusz, na zmysłową i delikatną jak aksamit fakturę. Słowem, lustrowałem ją wzrokiem, oceniając i nie mogąc doczekać się końca filmu. A do tego nie było już daleko.
Nareszcie! Film skończył się. Zmieniłem tylko światło na bardziej... przyjemnie dla oka. To, co mnie czekało, było zupełnie niesamowite. Aż nie mogłem uwierzyć, że właśnie mnie to spotkało. Ale byłem zarazem bliski paniki. Mówiłem sobie "Krogul, sukinsynu, dasz sobie radę. Nie w takich sytuacjach dawałeś sobie radę i to tak, żeby nawet jeszcze wszysycy byli zadowoleni!". Krótki aczkolwiek głęboki wdech, szybszy wydech. To nie pozostało mi nic innego jak zebrać się w sobie. Wziąłem się więc do roboty i usiadłem do tej cholernej łaciny.
Do teraz nad nią siedziałem job twoju mać i musiałem odreagować :).

środa, 2 kwietnia 2008

Mam cy latka

Tak tak. Pani Alicja Sęk ma już 50. lat, ja mam 3, a Papież-Polak nie postarzał się ani o rok od 3. lat już. Jakie cudowne statystyki :).

Czyż to nie urocze, jak ten czas minął? Wcale. Już jutro kolejne spotkanie ze Staśkiem Różewiczem, tym razem on będzie jurorem, oceniającym nas.

A teraz, wbrew mojej rozumnej stronie, czując przypływ weny, siądę do pisania czegoś nowego. Np. mojego chorego opowiadanka. Szczególnie, że zapominam o czym miało być :D.
W sumie już je zacząłem. Do przeczytania.

Frajerzy :P

1. Humanista przestający pisać- dobre sobie :).
2. Ja i dziewczyna? Buahah. Małgosia to imię takiej jednej, co parę lat temu zachwaliła bloga. No i imię mojego zeszytu.
3. Praca domowa z łaciny! Ja? No ta. Właśnie kurwa ja...
4. No i przecież w nie mógłbym w przeddzień zmartwychwstania JP2 zawiesić bloga. Kto by to zauważył, sniff?
5. Że nie wspomnę o innym ważnym zdarzeniu, które miało przyćmić świat, a które przyćmił JP2. Krzyż ci na drogę, Wielki Polaku.

Od dwóch lat chciałem to zrobić. Ale nie chciało mi się tego przeprowadzić :).

P.S. Ja chcę takie autko. Jeżeli mi wybaczycie, pozwolę Wam mi takie kupić. Szczególnie, że egzamin na prawko już niedługo :).
P.S.2. Mam pomysł na nowe opowiadanie... możliwe, że do niego siądę za moment. Liczę na ekranizację, Ambasado!
P.S.3. A powinienem pisać pracę maturalną :D.

wtorek, 1 kwietnia 2008

Adieu!

Marzec był dla mnie bardzo ważnym miesiącem. Naprawdę. I to nie jest żart.
Uświadomił mi bardzo wiele rzeczy. Np. że nie mam już weny na tworzenie czegoś sensownego. Na prowadzenie kilku zajęć w jednym czasie i poświęcanie się im.
Nie mam czasu na moją dziewczynę, bo zamiast niej czeka mnie egzamin na prawo jazdy.
Nie mam czasu na czytanie książek, bo zamiast nich czeka mnie czytanie lektur.
Nie mam czasu na tego bloga, bo zamiast niego czekają mnie inne zajęcia.

Tak to już bywa. Długo se na blogu.pl, a potem na blogspocie pisałem. Ale czasy si zmieniają, okoliczności także. A jeżeli ma to być blog nieregularny, to sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy warto go ciągnąć?
Moje życie poważnie się zmienia- to nie żart, to fakt. Zaczynam nawet myśleć nad odrobieniem pracy domowej z łaciny. Albo nad napisaniem pracy maturalnej.
Czuję się tym wszystkim przygnieciony. Nie będę tego dalej wylewał. Za dużo tego. Czas zacząć pisać do szuflady. Chociaż Małgosia mówiła, że całkiem ładnie piszę... Nie!
Koniec. Może dla niej... coś popiszę.

Pozdrawiam
krogulczas

poniedziałek, 31 marca 2008

Było sobie życie

No i stało się. Spełniłem swoje marzenie. Piszę notkę w marcu!
Jakoś tak głupio mi było zostawić tak bez opieki ten marzec.

Dziwnie tak trochę. Musi gdzieś tu być niewyobrażalnie ogromniasty chaos. Chyba jest mi z nim do twarzy, że go jeszcze nie wyeliminowałem. I tak oto zbliża się kres tego, z czym ten blog właściwie rozpoczynał. Kres liceum. A co po nim? Zasadniczo... co się nadarzy. Dopóki udaje się dzięki temu znajdować szczęście i śmiech wiem, że to jest właściwy kierunek. Nawet jeżeli prowadzi na Biegun Północny, albo do Korei.
Zasadniczo, jeżeli użyty zostaje zwrot „zasadniczo”, oznacza to tymczasowy brak pomysłu. Bo o czym mogę rzec? O flegmatycznym staruszku, którego dzisiaj spotkałem? Może być.
Starowinek stał sobie w kolejce. Chciał kupić żarówki, ja potrzebowałem worków do odkurzacza. Postąpiłem trochę przed niego do drugiego stanowiska, gdzie zadowolona pani odchodziła z elektrycznym artykułem. No to on za mną, i przede mnie. Powoli, z gracją, subtelnie, lecz z wzrokiem wyrażającym jedynie rozpacz. Rozpacz, że miał taki cudowny dzień, a musi stać w kolejce. I do tego jeszcze jakiś gówniarz mu się wpieprza w kolejkę! Wreszcie, Starowinek głosem zrezygnowanym jak Amerykanin po spaleniu kolejnej wioski w Wietnamie, wyjawił całemu wszechsklepowi swe głeboko ukrywane uczucia.
„Ja już tutaj pół godziny stoję.”
I jakkolwiek to nie zabrzmi, niespiesznie dodał
„Szału można dostać”
To mu ciśnienie skoczyło! Mnie także. Zatrwożyłem się. Nigdy nie spodziewałbym się po tym Starowinku takiej woli walki o żarówkę. Wyobrażam go sobie jako bojownika o światłość, nie! o trzy światłości! o boskość w trzech osobach! O wolność naszą i waszą! Wespół z Bemami i Chamami, stoi równo w polu. Widzi cel, światły cel. Lecz światło celu przygasa. Ledwo już jedynie migocze w oddali, w ciemności... Jak teraz do niego dotrze? Ano, wymieni żarówkę. Przecież po to przyszedł do tego sklepu, prawda?
No to jak przychodzi jego kolej to prosi o te dwie żarówki. Takie. Albo trzy. I wychodzi po odbyciu swej wędrówki i po swym postoju w Czyśćcu, nawet nie wiedząc, że jest moim bohaterem.

Czas przecieka mi przez palce. Nie pamiętam początku miesiąca, nie umiejscowię w czasie żadnych wydarzeń. Kiedyś z tego tytułu odczuwałbym dyskomfort. Dzisiaj odczuwam jedynie zażenowanie. To już tak się postarzałem?

Jednak nie. Albo mam po prostu dobry olej, który jakoś znosi takie trybienie. Zobaczymy, czy wystarczy go do maja.

Orkiestrowe "Smells like teen spirit"

I kolega

środa, 27 lutego 2008

Bo jestem szczęśliwy

Fotelik podwyższony, nogi w całej nagiej okazałości wystawione na działania temperatur pokojowych, WOS w dupie. Tylko pisać mi się zachcewa. Bo jestem szczęśliwy.

Dzisiaj doświadczyłem jednego z tych dni, które pospolici ludzie nazywają „najszczęśliwszymi”. Wkurzyłem matkę tak, że cały czas wynajdywała mi nowe zadania. Zadanka-pierdółki, polecenia-imaginacje, wszystko to okraszone tonem maksymalnego wyprowadzenia ze stanu równowagi. Jestem wyrodnym synem, wiem.
Ale ja po prostu miałem nadzieję. Ja po prostu wierzę w cuda.
Bo cudem jest to, że na dzisiejszym USG nie było widać nawet śladu raka, zdiagnozowanego parę miesięcy temu. Przypadek? Cud? Co u diabła?
Dowiedziałem się o tym jak zwykle już- przypadkiem. Ot już taką dumną matkę mam. Rozmawiała przez telefon z siostrą, z innymi koleżankami.

Elka należy do bardzo powściągliwych osób. Taki wynik jest dla niej powodem do zmartwień, a właściwie do podejrzeń. Skąd się to wzięło, to musiałbym opisać wszystkie moje lata które pamiętam, a które z nią miałem okazję przeżyć.
Ona czeka na badania w marcu. Cytologiczne. Ale nadzieja się we mnie na nowo obudziła.

-No to co to jest? Cud?
-A co! Pewno!

I już miałem ciekawy wieczór. Odkurzając, myjąc wannę, wynosząc śmieci i/lub naczynia pozmywane i wykonując inne drobne prace domowe, cały czas chodziłem z uśmiechniętą gębą. I łzami. Takim drobniutkimi, tymczasowymi, prostymi i niepozornymi. Z takimi szczęśliwymi łzami. Cały czas się odzywają. Bo jestem szczęśliwy.

I coś dla duszy muzycznej. They Might Be Giants- Istanbul Not Constantinople. Podziękowania dla Krecia za chęci w wysłaniu. Pozdrowionka też dla Dzwonka- damy radę :). A mama da radę jak zwykle, to ją zostawiam samej sobie- i tak w to nie wierzy XD.

poniedziałek, 25 lutego 2008

Łechu łechu

Parę ciekawostek z netu, ot dla jajków.

Męskie Spytki
Zwyczajnie, życzę dobrej zabawy w zapoznawaniu się z nowym pokoleniem flirtowników :).

Jako akompaniament, podrzucam 'The Police - King Of Pain, który jednocześnie można traktować jako soundtrack do "Croteza" :).

Wyszperałem starą reklamę po obejrzeniu dokumentu o Scorseem, reżyserze wybitnym, tym od "Awiatora" czy "Gangów NY", ale także od "Taksówkarza" parodiowanego w naszym ojczystym Kilerze.
Martin Scorsee i American Express

I od razu na myśl przyszła mi genialna reklama BZ WBK. Geniusz Pythona!
BZ WBK

Zakańczając linkowanie, był, prawda, Stage6. Ale zdechło mu się. A właściwie dopiero mu się się zdechnie w czwartek. Bo nierentowne. Noooo to... powstanie Stage7. Oby.

Łechu łechu niach niach chacharara.